IPN powstał zdaje się dla rozliczenia komuny zagarniając bardziej i mniej tajne teczki Polaków. Weryfikacja SBków i wojskowych czekistów była równie skuteczna jak leczenie rzeżączki kiłą, co nieśmiało sugeruje powołanie tego ciała przez ,,śpiochów,, socjalizmu a nie zwyczajnych tajnych współpracowników. Patrząc choćby wstecz na czas po 1945ym zawodowców z Abwehry, Gestapo, SS itp. agentów USA i Związek Radziecki troskliwie zaopiekowały. Osobiście najbardziej podoba mi się ostatni miot narybku generała Kiszczaka z roku 1988ego przeróznie nazywany. Trudno sobie wyobrazić, żeby archiwami kwitów służących do wymuszeń i szantażu na kolejne dekady zarządzali goście z ulicy. Bardzo mi się też podoba historyczny charakter Instytutu. Gro moich kolegów ze studiów po kierunku HISTORIA poszło do pracy w resortach mundurowych i bardziej dyskretnych.
Zupełnym więc jest przypadkiem, że wokół niedawnego prezesa IPNu Karola Nawrockiego są zastępcami dwaj kolejni historycy – Szpytma i Polejowski. Ten pierwszy namaszczony przez ludowców, bo w swej działalności miał bardzo ciepło i dużo zajmować się tą formacją. Drugi, obecnie pełniący p.o. prezesa wydaje się bliższy sercu prezydenta RP. Internet zawiera kompleks informacji o ścieżce zawodowej Polejowskiego w ramach uprawianego historymu i historycyzmu. To dwa wzajemnie sprzeczne podejścia do rozkminiania przeszłości, ale jakie to ma znaczenie dla firmy z takimi zasobami. Polejowski objawił się po studiach w Gdańskim Uniwersytecie ściągnięty do tutejszego oddziału Polskiego Radia przez ówczesnego prezesa Rozgłośni Andrzeja Trojanowskiego. Ten wylądował w PR w stanie wojennym z radiowęzła Stoczni Gdynia, jeśli dobrze pamiętam. Radio Gdańsk nie tylko za tych czasów było przejściową trampoliną kariery wachlarza ludzi Donalda Tuska, trochę lewicy i ołtarza solidarnościowej wolności. Minister Nowak od zegarków, prezes Związku Kombatantów Parell, asy likwidatora WSI Macierewicza i idąc do brzegu Karol Polejowski. Wyliczanka bez wdawania się w szczegóły nie jest tu jakimś dziwolągięm mediów publicznych. Po prostu wszystko jest pod kontrolą państwa, gdzie wyborcom oraz partiom politycznym tylko się wydaje, że rządzą. Polejowski z działalności medialnej zlądował w biurze prasowym prezydenta Gdańska śp. Adamowicza, zdaje się, że nieco dłużej, niż radiofonii. Zakładać należy, że pasje historyczne wzmacniał w tym czasie i kiełkowała w nim myśl o naukowej pracy w teczkach tajniaków.
Dopompowany patriotycznym natchnieniem czerpiąc wzory z obecnego prezydenta, poza może epizodem w sopockim Grand Hotelu, Karol Polejowski musi, że udowodnił swoją przydatność i sprawność manualną w grzebaniu archiwaliów. Nie wspominając o zasobach na zawsze utajnionych. Kiedy słyszą to dziennikarze BBC, podobno w 95u procentach MI 6 i inne służby, mają ubaw po pachy, bo polityka straciłaby swe najlepsze zalety.
Rządzący na Wiejskiej schemat od 1989 POPISu z przystawkami żle życzącym przekłada się na podium w IPNie. Nawrocki od Kaczyńskiego, Szpytma trójpolówką Kosiniak/ Kamysza, a Polejowski ideowo okadza resztę. Gdyby tak było to jest nadzieja, że IPN nie strawi dom publiczny ulicy.
Nielojalność koalicjanta w głosowaniu nad prezesem Instytutu jest tylko pozorna. Ewidentnie nie dało się dowieżć prowizorki państwa polskiego do przyszłorocznych wyborów, a sensacje z dziurawego worka rzeczywistości nie wysypują się wbrew pozorom same. Manipulowanie i podsycanie kolejnymi medialnymi wstrząsami nie jest efektem bynajmniej mozolnej pracy dziennikarzy śledczych. Tak to jest z tą propagandą, że najcenniejsze są informacje – jak słusznie mówił admirał Canaris świetnie obeznany w rywalizacji Stalina z Tuchaczewskim zakończonej zbrodniczymi czystkami w radzieckiej armii. Klucz doboru kadr instytucji nadrzędnych wobec polityków jest absolutnie inny – co potwierdziłby znawca materii Dzierżyński, a Kiszczak z Jaruzelskim tylko by potakiwali. Patrząc na zasoby są kolebką IPNu z przekonaniem kontynuacji misji. Całość jakby żywcem ruska ochrana. To zaiste kabaret, żeby ściskający Putina na sopockim molo Tusk, który oddał śledztwo ws. Katastrofy smoleńskiej Rosji, dziś razem ze starym komuszym donosicielem Czarzastym wyrzucali innym kremlowskie korzenie, tylko dlatego, że myślą inaczej.
Histeria Koalicji i PISu na rok przed wyborami jest wypadkową totalnej porażki na horyzoncie. To już nie są nerwowe ruchy Morawieckiego czy zgliszczy Hołowni. To rozdzierane przez wiatr realiów resztki papierowego państwa z perspektywą czwartego rozbioru. Tym razem z udziałem Ukrainy. Zelensky pokazał kim jest i jego najnowsze demokratyczne balety chyba sam Putin mu pisze. Rusofile POPIS w kieszeni Kijowa już tylko z nadzieją spoglądają na Pałac Prezydencki.
Obie Konfederacje pną się w górę nie zmieniając stylu i retoryki. Nierzadko pisałem, że bez Brauna nic się już nie wydarzy. Jego siła na mój nos jest w Watykanie, więc Bruksela i inni mogą mu za przeproszeniem umyć w domu podłogi. Tajne służby Stolicy Apostolskiej są lepsze od GRU z CIA razem wzięte, a świętopietrze z tacy im nie wystarczy.
Gdyby trzymać się schematu zwycięski Mateusz Szpytma w IPNie wskazywałby na PSL jako lidera po przyszłorocznych wyborach. Przy 3ch procentach poparcia w sondażach zakładam raczej, że ludowcy chcą się podpiąć do kilku spadochronów z lądowaniem w ławach poselskich, bo już nie rządowych.
A jeśli nie Szpytma, to Polejowski trzyma wszystko w garści i do głosowania na Wiejskiej jest następny w kolejce. Chociaż wolałby w cieniu w polityczne upały. Już samo nazwisko godne tej biesiady.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)