kobaian kobaian
1021
BLOG

Powyborczy joint

kobaian kobaian Polityka Obserwuj notkę 7

W słynnej rozmowie w „Drugim śniadaniu mistrzów” Zbigniew Hołdys zwrócił Donaldowi Tuskowi uwagę, że w Polsce nie ma właściwie demokracji. Partie obecne w parlamencie załatwiły sobie finansowanie z budżetu, którego nie ma opozycja pozaparlamentarna. Zawłaszczyły media, by mieć darmową reklamę. Najwyższe władze partii decydują o miejscach kandydatów na listach i przydziale środków z budżetu. „Dyktujecie nam na kogo mamy głosować i nie dajecie nam żadnej szansy, abyśmy wybrali spośród siebie”. Uważam przemyślenia Hołdysa za ważne i głębokie. Podziwiam go za to, iż odważył się przedstawić je premierowi wprost na antenie.

Uznaję też powyższe słowa, za ciekawy punkt wyjścia do refleksji nad wynikami wczorajszych wyborów parlamentarnych, zwłaszcza w kontekście najbardziej zaskakującej informacji – 10% wyniku Ruchu Palikota. Pojawiło się w związku z nią wiele skrajnych opinii. Z jednej strony komentatorzy wydają się zaskoczeni, że ludzie okazali się tak głupi i naiwni, by oddawać głos na „błazna” i „demagoga”, z drugiej zaś, zwolennicy i członkowie ruchu wydają się również zaskoczeni, że tak wielu Polaków okazało się gotowych na zmiany, jakie ta partia niesie na sztandarach. Ja proponowałbym natomiast spojrzeć na zjawisko od zupełnie innej strony. Jakie są szanse, aby w niedługim czasie zbudować od zera ugrupowanie polityczne i przekroczyć próg wyborczy? Jakie są warunki powodzenia takiego przedsięwzięcia?

Niewątpliwie pod pewnymi względami Ruch Palikota wydaje się absolutnym fenomenem. Jest on kojarzony powszechnie wyłącznie z nazwiskiem swojego lidera. O ile jego wysoki wynik w Warszawie nie musi dziwić, o tyle należy sobie zadać pytanie, co kierowało ludźmi głosującymi na nazwiska mało znanych polityków RP w pozostałych okręgach? Nasuwa się dość prosty wniosek – ludzie dawno przestali głosować na konkretnych posłów. Znacznie ważniejsze jest skojarzenie listy wyborczej z wyrazistym liderem. Naród chce wodza, a kto z wodzem - nie ma znaczenia. Tak myślą, jak się okazało, nie tylko oskarżani o to często zwolennicy PiS, ale również ludzie o poglądach diametralnie im przeciwnych.

Warto też zwrócić uwagę, że Janusz Palikot nie był wcale znów pupilkiem mediów w czasie kampanii. Początkowo stoczył nie transmitowaną przez główne media debatę z Januszem Korwin-Mikke, dyskutował też z tym politykiem i komentował bieżące wydarzenia w telewizji. Z politykiem, którego partia otrzymała wynik 1% w skali kraju. W wieczorze wyborczym nie przygotowano dla reprezentanta partii Palikota wolnego krzesła. Mówiono o nim oczywiście, ale nie koniecznie w dostatecznie poważnym tonie. Nie był ani nadzieją, ani gwarancją stabilności, ani realnym zagrożeniem dla kogokolwiek.

Palikota, w przeciwieństwie do pozostałych kandydatów, próbujących wejść do parlamentu, będąc poza nim, cechują jednak pewne niezwykłe umiejętności, których wielu jego przeciwników nie potrafi dostrzec i docenić. Ten człowiek, nawet gdy jest kontrowersyjny, nie wygłasza przecież, co mu ślina na język przyniesie, tylko pracuje konsekwentnie nad tym, aby być w centrum uwagi. Niewybrednie atakuje swoich przeciwników politycznych. Ale gdy zwraca się do wyborców bezpośrednio, mówi im same pozytywne rzeczy, które oni chcą usłyszeć: że nie będzie znęcających się nad ludem pracującym i przedsiębiorcami urzędników, że państwo będzie pomagać, a nie przeszkadzać, że będzie ogólnie przyjazna atmosfera itd. Głoszenie podobnych sloganów nie jest zabiegiem szczególnie wyszukanym. Nie wymaga jednak od kandydata wyrzekania się swoich radykalnych poglądów w różnych dziedzinach, nie wymusza składania fałszywych obietnic. Jest to więc technika umożliwiająca kandydatowi pozostanie w zgodzie z sobą samym.

Warto zauważyć, że mimo radykalnych treści, będących udziałem kampanii Palikota, polityk ten nie każe swojemu wyborcy walczyć ze szwadronami ZOMO (czy w jego wypadku – szwadronami od Rydzyka), agentami kondominium rosyjsko-niemieckiego, nie każe być nikomu zaporą dla kaczyzmu, która aby uchronić kraj przed totalitaryzmem zgodzi się na podwyżkę podatków, cen biletów itp. Palikot, przynajmniej jeżeli chodzi o jego retorykę, jawi się jako ten, który sam weźmie na swoje barki walkę z kościołem, ciemnotą, dzięki czemu jego wyborca będzie mógł siedząc we własnym fotelu spokojnie palić jointa. Bo przecież to polityk ma pracować dla wyborcy, a nie wyborca ma warować w namiocie na Krakowskim Przedmieściu dla polityka. Trudno się dziwić, że 10% wyborców wyraża zainteresowanie politykiem, który jako jedyny stawia sprawę właśnie w ten sposób.

Palikota oskarża się o chamstwo i sprowadzanie debaty publicznej poniżej pewnego poziomu. Zupełnie jakby debata ta przed nim osiągała wyżyny intelektu i kurtuazji. Poza tym, na co warto zwrócić uwagę, Palikot atakuje przede wszystkim innych polityków. Ludzi, którzy w świadomości wielu Polaków i tak są warchołami biorącymi za nic wynagrodzenie, którzy zapewne na żadne lepsze traktowanie nie zasłużyli. Dlaczego ktoś, kto np. pracuje na śmieciowej umowie i ma do zapłacenia podwyższone tego lata o 30% rachunki za wszystkie media ma się głęboko przejmować uczuciami Kaczyńskiego, czy Tuska. Przekonanie, że nie zasłużyli oni na żadną ochronę, wydaje się z punktu widzenia takiej jednostki nieźle uzasadnione.

Wnioski z powyższych rozważań wydają się proste. Mimo takiego a nie innego systemu wyborczego, partie spoza parlamentu mogą się dostać do parlamentu. Nie muszą mieć gotowych struktur w terenie, ani jasno sprecyzowanego programu. Wystarczy im wyrazisty przywódca, na którym skupić się może cała wyborcza kampania. Człowiek ten musi jednak mieć politycznego nosa i umiejętnie posługiwać się socjotechniką. Nie jest aż tak bardzo istotne jakie poglądy są mu bliskie. Nie jest też przeszkodą radykalizm poglądów, ani nawet cynizm polityczny. Trzeba tylko wiedzieć, jak spektakularnie uderzyć, kogo i w którym momencie, i od czasu do czasu przypomnieć sobie o problemach swoich wyborców. I trzeba być zdeterminowanym i zorientowanym na zwycięstwo. Mam wrażenie, że partiom, które pozostają poza parlamentem, wymienionych cech zwyczajnie zabrakło. W końcu, jakby nie patrzeć, niektóre z nich nie potrafiły się nawet zmobilizować na etapie zbierania podpisów.

Czy wejście RP do sejmu oznacza całkowite załamanie się systemu, który był krytykowany przez Hołdysa? Nie sądzę. Pokazało jednak, że w tym systemie istnieją pewne szczeliny, przez które drobne ugrupowania mogą się próbować od czasu do czasu przecisnąć. Tylko muszą to czynić nieco bardziej udolnie niż do tej pory.

kobaian
O mnie kobaian

Obserwuję, myślę, analizuję.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka