Zmarłemu niedawno Władysławowi Bartoszewskiemu zawdzięczamy wdzięczne określenie "dyplomatołki", które w moim przekonaniu bardzo trafnie charakteryzuje postępowanie władz Polski na arenie międzynarodowej. Wbrew intencjom pomysłodawcy nie dotyczy to jednak wyłącznie polityki jego przeciwników politycznych, tylko polskiej polityki zagranicznej w ogóle.
Kim jest dyplomatołek? Aby to zrozumieć, najpierw powinniśmy uświadomić sobie, na czym polega dyplomacja. Dyplomacja to sztuka osiągania dalekosiężnych celów politycznych kraju, przez przekonywanie władz innych krajów, aby podejmowały korzystne z naszego punktu widzenia decyzje. Aby być dobrym dyplomatą, trzeba po pierwsze, poprawnie uświadomić sobie cele polityczne własnego kraju, po drugie, zrozumieć cele polityczne kraju, z którym negocjujemy i po trzecie, dobrać odpowiednie środki do realizacji naszych celów. To ostatnie, wymaga często ukrywania własnych intencji, bądź wypowiadania swoich oczekiwań niewprost.
Rząd PiS uznał, że strategicznym celem Polski, jest odbudowa potęgi i wpływów Polski Jagiellońskiej, a najlepszym środkiem do realizacji celów jest głośnie deklarowanie naszego celu wszem i wobec oraz podnoszenie wrzawy zawsze wtedy, gdy ktoś nam przeszkadza ten cel realizować. Czy to był przejaw dyplomatolstwa? Oczywiście, że tak! Nie dość, że sam cel może budzić uzasadnione wątpliwości, to przede wszyskim jego realizacja pozostawia wiele do życzenia. W przeciwieństwie jednak do PO, PiS jakiś cel miał i jakoś, nieudolnie co prawda, próbował go realizować. Polityka PO to jest jeden wielki chaos, polegający na naprzemiennym podlizywaniu się krajom realizującym politykę sprzeczną z naszą racją stanu i wyładowywaniem kompleksów wobec nich. I tak np. postanowiliśmy bez sprzeciwu podporządkować się polityce Niemiec, natomiast od czasu do czasu jesteśmy świadkami incydentów świadczących o niechęci naszych polityków do tego kraju, czego przykładem może być zachowanie prominentnego polityka PO w czasie odprawy na niemieckim lotnisku. Tak samo postępujemy wobec Rosji, w sprawach zasadniczych ustępujemy, ale jak się nadarzy okazja, to pokażemy, co myślimy o wrednym Putinie i nasłanych przezeń w celu szerzenia sabotażu i dywersji motocyklistach.
Wypadałoby sobie zadać przy okazji pytanie, jaki powinien być dalekosiężny cel naszej polityki zagranicznej? Wobec tego, że jedność interesów Unii Europejskiej okazała się w ostatnich latach fikcją, takim celem wydaje się niedopuszenie do budowy gospodarczego i politycznego sojuszu między Niemcami i Rosją. Zamiast pokrzykiwania, jaka ta Rosja jest okropna i niesprawiedliwa, interesującą opcją dla dobrego dyplomaty wydaje się straszenie jednych drugimi, np. przez przypominanie zdarzeń, gdy jedni i drudzy walczyli przeciw sobie. Stanęliśmy przed znakomitą okazją, polegającą na możliwości przepuszczenia gangu motocyklowego, chcącego uczcić okrągłą rocznicę zrównania Berlina z ziemą przez żołnierzy Armii Czerwonej. Wydaje się też, że im więcej taki gang by narozrabiał, tym bliżej bylibyśmy realizacji naszego celu, czyli wzbudzenia w Niemcach resentymentu względem Rosjan, którzy jak na razie są traktowani przez naszych zachodnich sąsiadów jako znakomici partnerzy do wspólnych interesów. Co zrobiły dyplomatołki? Podjęły decyzję, aby ochronić Niemców przed najazdem "barbarzyńców ze wschodu" i całą reakcję strony rosyjskiej ściągnąć na siebie. Co więcej wszystko wskazuje na to, że członkowie gangu znajdą sposób na obejście naszej blokady i po raz kolejny obnażą nieudolność naszych władz. Albowiem dyplomatoły dysponują przecież jedynie "teoretycznymi" strukturami, pozwalającymi wcielać ich decyzje w życie.


Komentarze
Pokaż komentarze (49)