Cisza wyborcza to bardzo fajna rzecz. Przez przynajmniej jeden dzień, a tym, co będą głosować wieczorem, prawie dwa dni, daje ona chwilę do namysłu nad wyborem reprezentanta naszego kraju, który nie będzie zakłócony wrzawą spotów wyborczych, czy wzajemnych połajanek kandydatów.
Fajna rzecz niby, a zarazem straszna. Cisza wyborcza okazuje się bowiem kolejną formą nieuzasadnionej opresji stosowanej przez państwo wobec własnych obywateli. Jakaś gruba ryba może sobie załatwić pozwolenie na broń na lewo i oczywiście grozi jej najwyżej za to usunięcie ze stanowiska, przy czym i tak może liczyć za jakiś czas, gdy wrzawa ucichnie, na wielki powrót lub przynajmniej intrantną posadkę w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa. Ale zwykłych obywateli będzie się za to przykładnie karać za "likowanie" na Facebooku.
Jaki z tego morał? Powinniśmy się zastanowić poważnie nad udzielaniem poparcia osobom, które rzeczy jedynie fajne chcą wprowadzać w życie przy pomocy państwowego przymusu. Państwo powinno się zajmować rzeczami niezbędnymi. Kto chce wprowadzać rzeczy fajne sięgając po przymus państwowy, ten, cytując klasyka, staje tam, gdzie stało ZOMO, niezależnie od stopnia fajności swoich pomysłów.


Komentarze
Pokaż komentarze