W poprzedniej notce wskazałem na rozpowszechnianie się zjawiska, które nazwałem "lewoskrętną logiką", a które zdobywa popularność między innymi w debatach na temat imigrantów. Lewoskrętna logika polega, przypomnę, na wywodzeniu zasad wnioskowania z zasad poprawności politycznej, a jedyne obowiązujące w niej prawo głosi, że strzałka implikacji skręca zawsze w lewo, czyli bez względu na przyjęte przesłanki wniosek powinien być koherentny z pewnym podzbiorem przyjętych uprzednio lewackich bzdur. (Mówię o podzbiorze, bo nie posądzam lewoskrętnych o to, aby zbiór wszystkich wyznawanych przez nich poglądów był niesprzeczny.) Dziś chciałbym zwrócić uwagę na to, w jaki sposób lewoskrętni narzucają pozostałym swoją narrację i przez to sprowadzają debatę na manowce.
Lewoskrętni twierdzą, że odmowa przyjęcia nielegalnych imigrantów wiąże się ze złamaniem zasady solidarności z innymi narodami Europy, które takich imigrantów przyjmują i przez to biorą na siebie cały ciężar odpowiedzialności za tzw. "kryzys imigracyjny". Jak reagują na to prawicowi komentatorzy? Odpowiadają pytaniem na pytanie: Dlaczego mamy być solidarni z narodami, które sprzedały nas w Jałcie, blokowały wspólną europejską politykę energetyczną i nie okazują nam solidarności w kwestii polityki wschodniej? Dlaczego mamy się solidaryzować z krajami, które zbudowały swój dobrobyt na polityce kolonialnej, a później nie interesowały się należycie losem mieszkańców swych kolonii? Dlaczego mamy odpowiadać za krótkowzroczną politykę zachodnich krajów, które zdecydowały się zbombardować Libię i przyczyniły się do obalenia reżimu skutecznie tamującego napływ imigrantów z Afryki do Europy? Taka odpowiedź powoduje, że dalsza debata zamienia się w wyliczankę krzywd i dobrodziejstw, jakie narody Europy nam przez ostatnie wieki zafundowały.
Imigrantoentuzjastom jak i imigrantosceptykom umyka fakt, że przedmiotem ich sporu nie jest wcale solidarność jako taka. Aby to wyjaśnić podam brutalny przykład. W opublikowanym kilka miesięcy temu na Youtube filmie prof. Wolniewicz postulował, aby barki z imigrantami płynące przez Morze Śródziemne zatapiać, gdyż naszym najpierwszym obowiązkiem jest obrona Europy przed islamizacją, a nie dbanie o dobrostan tych ludzi. Zwróćmy uwagę, że jest to przecież głos wzywający do solidarnej walki z zagrożeniem. Zwolennik poglądów prof. Wolniewicza jak najbardziej mógłby się w związku z tym zgodzić na to, aby w geście solidarności dopłacać włoskiej flocie do każdej wystrzelonej torpedy, finansować budowę płotu na granicy Serbsko-Węgierskiej ze środków Unii Europejskiej, czy też wysłać międzynarodowe siły zbrojne na Lesbos. On nie zgadza się jedynie na narzuconą z góry formę solidarności polegającej na przyjmowaniu określonych kwot imigrantów. Inaczej mówiąc: nie chce być solidarny z Europą w działaniach, które uznaje za głupie i dla tejże Europy zgubne.
Zamiast wyliczać krzywdy, jakich zaznaliśmy za sprawą naszych europejskich partnerów prawa strona sporu powinna odpowiedzieć inaczej: Owszem mówimy "Nie!" dla solidarności w krótkowzrocznej polityce opierającej się na założeniu, że problem imigrantów jest jedynie problemem ich rozlokowania w poszczególnych krajach Unii. Żądamy natomiast ustalenia solidarnej, dalekosiężnej polityki wobec problemu imigracji, która będzie efektem konsensusu, a nie próbą narzucenia swojego zdania słabszym krajom Unii przez silniejsze. O podzieleniu się imigrantami możemy debatować dopiero wówczas, gdy fala zostanie powstrzymana i będzie można w ogóle ustalić, ilu imigrantów Europa w ogóle przyjmie. A zatem "Nie!" dla solidarności w głupocie i krótkowzroczności, "Tak!" dla solidarności w mądrych, wspólnie przyjętych rozwiązaniach. Debaty o Jałcie, polskich uchodźcach w Iranie itd. zostawmy natomiast historykom, bo one szczególnego związku z obecną sytuacją Europy zwyczajnie nie mają.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)