Ponieważ urodziłem się jeszcze w PRL, przy przekraczaniu granic państwowych towarzyszy mi zawsze świadomość, że jeżelibym to zrobił nielegalnie, spotkałyby mnie za to surowe konsekwencje. Mógłbym nawet w skrajnych sytuacjach oberwać kulkę w łeb, wylądować w areszcie, mieć założoną sprawę sądową, a pretensje mógłbym mieć w takim wypadku tylko do siebie. Dziś czasy się zmieniły, mamy strefę Schengen i dzięki temu granice większości krajów, do których mógłbym chcieć się udać, stoją przede mną otworem. Mimo to zdaję sobie sprawę, że gdy przebywam na terenie obcego kraju powinienem stosować się do obowiązujących tam praw i znów, gdybym je złamał, muszę się liczyć z konsekwencjami a pretensje mogę wówczas mieć tylko do siebie.
W związku z tym, że pamiętam z dzieciństwa stosunki społeczne panujące w PRL, uważam że prawo do protestu, demonstrowania na ulicy własnego zdania jest dobrodziejstwem, które należy wykorzystywać rozważnie, pilnując, by w stopniu jak najmniejszym naruszać interesy współobywateli. Atakowanie policji, przypadkowych przechodniów itp, powinno zawsze spotkać się ze zdecydowaną reakcją sił porządkowych i jeżeli sam zdecydowałbym się na naruszanie porządku publicznego, musiałbym się liczyć z tym, że dostanę w najlepszym razie pałą po grzbiecie, a pretensje znów mogę mieć jedynie do siebie.
Wiele mówi się o tym, że zagrażają nam napływający z kolejnymi falami imigrantów islamiści. Osobiście podzielam tę opinię. Zastanawiając się nad pytaniem, skąd to zagrożenie wynika, udzielibym jednak odpowiedzi nieco innej, niż ta, którą głosi część komentatorów.
Czy głównym problemem jest, że Islam to "zło"? Z całą pewnością odmienne wartości wyznawane przez muzułmanów, które zaczerpnęli z kart ich świętych ksiąg, stanowią pewne utrudnienie w procesie asymilacji. Nie podoba mi się na przykład charakterystyczna dla tej religii pochwała krętactwa. W Ramadan należy pościć przez 30 dni, ale w dzień. W nocy, gdy Allah nie widzi, można rozpocząć wielkie żarcie. Jakże niesamowicie kontrastuje to z Chrześcijaństwem, które uczy, że Bóg widzi wszystko i przed jego okiem żadne nasze niecne postępki się nie ukryją. Islam budzi zatem moją nieufność, nie tylko dlatego, że bardzo nie lubię krętaczy, ale też dlatego, że uważam iż w społeczeństwie, gdzie religia wspomaga tworzenie silnego moralnego kręgosłupa u jej wyznawców, łatwiej zaprowadzić porządek, niż w społeczności opierającej swoją egzystencję na tzw. "kulturze wstydu", gdzie zło jest złem tylko wtedy, gdy wyjdzie na jaw. Biorąc pod uwagę, że hipokryzja jest cechą ponadreligijną i ponadnarodową, nie przypisywałbym jednak decydującego zagrożenia cechom samego Islamu.
Gdzie więc szukać największego zagrożenia dla Europy? Otóż w mentalności samych Europejczyków, którzy z roku na rok zwyczajnie lewaczeją. Jeszcze nie tak dawno uchodźca czy też imigrant musiał się liczyć z tym, że w kraju, do którego zmierza oczekuje na niego straż graniczna i policja, przed którą powinien czuć respekt oraz organizacje charytatywne, które mogą mu pomóc. Te dwie strony znakomicie się dopełniały, dzięki temu istniała równowaga między zabezpieczeniem interesów gospodarza a dbaniem o dobro gościa. Dziś jednak, między innymi dzięki rozpowszechnieniu się czegoś, co nazwałem gdzie indziej pół żartem, pół serio "logiką lewoskrętną", jeżeli ktoś jest za udzielaniem pomocy uchodźcom, to niejako automatycznie musi sabotować każde działanie zapewniających porządek na granicach i wzmacniające w imigrantach poczucie respektu wobec sił porządkowych. Ktokolwiek domaga się natomiast rozwiązań siłowych, które byłyby rzeczą normalną, gdyby chodziło np. o zamieszki wywołane przez kibiców piłkarskich, ten zostanie od razu oskarżony przez lewoskrętnych o rasizm i szerzenie tzw. "mowy nienawiści". Dochodzi do tego przekaz serwowany przez potężną medialną machinę propagandową, która o rzeczywistym zachowaniu imigrantów zwyczajnie nie informuje i gdyby nie relacje zamieszczone w Internecie człowiek w ogóle nie miałby pojęcia o tym, co się naprawdę dzieje na Lesbos czy na dworcu Keleti. Lewoskrętni nie wiedzieć czemu nie są w stanie zrozumieć, że prawo regulujące zasady przekraczania granic i przebywania uchodźców na terenie kraju, który ich gości może współistnieć z pomocą humanitarną. Że można jednocześnie dać datek na pomoc uchodźcom i postulować bezwględne traktowanie jednostek łamiących nasze prawo i naruszających nasze obyczaje. Przyjmowanie imigrantów w takiej atmosferze nie sprzyja ich integracji, lecz przeciwnie eskalacji postaw roszczeniowych i popełnianiu przez nich coraz większej ilości przestępstw. Skoro imigrant może wdzierać się na terytorium dowolnego kraju, w którym miałby ochotę zamieszkać, skoro może napadać na kierówców w celu przejęcia ich samochodów i autobusów, skoro może okupować dworzec w centrum wielkiej europejskiej metropolii i szturmować Eurotunel, to dlaczego nie ma gwałcić, rabować, ustanawiać islamskiej milicji, czy dokonywać morderstw honorowych. Przecież my sami prosimy się, aby oglądać tą najciemniejszą i najbardziej krwawą stronę Islamu na ulicach naszych miast!
Istnieje również zupełnie niezrozumiała dla mnie tendencja przerzucania oczywistej odpowiedzialności imigrantów za ich czyny na Europejczyków. Pisałem już z resztą we wcześniejszej notce o tym, jak to ewidentną odpowiedzialność rodziców za śmierć utopionego chłopca chce się przerzucić na bezduszną Europę, która nie wysłała po nich wygodnego statku. To samo jednak dotyczy zachowania na granicy austriackiej, czy na Lesbos. No przecież to biedni ludzie, którzy podróżują tyle dni, tygodni, no kto by się na ich miejscu nie wkurzył - głosi przekaz lewoskrętnych. Warto przy okazji podkreślić, że nie należy mylić dwóch rzeczy. Czymś innym jest twierdzenie, że największym zagrożeniem dla Europy jest ona sama, a dokładnie toczący ją rak lewactwa, a czymś innym uznanie odpowiedzialności Europejczyków za skutki poszczególnych działań podejmowanych przez imigrantów. To właśnie przyjmowanie odpowiedzialności na siebie w sytuacjach, które w sposób oczywisty nie są przez nas wywołane, jest efektem naszego zlewaczenia i przyczynia się właśnie do tego, że sami dla siebie zaczynamy stanowić zagrożenie. Nie dość, że pozwalamy przybyszom na robienie w naszym domu wszystkiego, czego tylko zapragną, to jeszcze odpowiedzialnością za skutki ich działań obarczamy samych siebie.
Istnieje jednak drugi obok ogólnego zlewaczenia ważny czynnik, a właściwie tendencja, o której warto wspomnieć. Wydaje się ona akurat całkowicie niezgodna z lewackim wyobrażeniem o świecie i jest najczęściej stymulowana przez różnych takich "mądrzejszych" i bardziej wpływowych, którzy niby znają się na polityce i snują dalekosiężne plany. Otóż jak wiemy Europa się wyludnia, a raczej wyludniałaby, gdyby nie stały napływ imigrantów z biedniejszych krajów, chętnych podjąć każdą pracę, której autochtoni się akurat brzydzą. Nie muszę się chyba rozwodzić na temat, jak bardzo ściąganie sobie pachołków przez obrosłe tłuszczykiem paniska sprzyja wzajemnej integracji. Czy naprawdę można się dziwić, że dla młodego pokolenia parobków, urodzonych już w Europie, mieszkających w gettach na przedmieściach wielkich europejskich metropolii, których pasie się socjalem, w nadziei, że jak się tylko nażrą, to ochoczo będą wypełniać swoją rolę obywateli drugiej kategorii, że dla tych ludzi najbardziej atrakcyjną formą życia okazuje się uczestniczenie w radykalnych ruchach religijnych, dzięki którym mogą odnaleźć swoją tożsamość i nadać sens swojej egzystencji? Gdybym ja miał się temu dziwić, to nie pisałbym tej notki, ani żadnej poprzedniej, tylko sam żarłbym w najlepsze.
Jak zatem brzmi ostateczna odpowiedź na pytanie, dlaczego imigracja z Bliskiego Wschodu i Afryki stanowi dla nas zagrożenie? Po pierwsze, dlatego, że przez naszą własną słabość nie potrafimy sobie z imigrantami poradzić i zmusić ich do przestrzegania naszych praw i obyczajów. Po drugie, bo nie mamy dla imigrantów żadnej sensownej oferty, która pozwoliłaby na długotrwałe i pokojowe współistnienie. Sądzę, że gdybyśmy te dwie rzeczy w sobie zmienili, to nawet inwazja Marsjan nie stanowiłaby dla nas poważnego problemu.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)