Uwielbiam spać w dzień i często słyszę, że śpiąc marnuję sobie życie, albowiem bym była mogła zrobić w owym czasie mnóstwo innych rzeczy, a ja zastanawiam się kto ma tutaj rację, bo faktem jest niezaprzeczalnym, że życie mija w tempie zwanym Zick-Zack, ale niejednokrotnie to wyśnione jest wiele piękniejsze od tego, czego można doznać w świecie rzeczywistym, co ja dobrze wiem jako krawcowa hobbystyczna, która przespała nowego ciucha, ale za to nie dziabnęła się igłą pod paznokieć, co zaprawdę jest boleśniejszym, niż niejeden senny koszmar o psychopacie z piłą spalinową w łapie, czy księciu z bajki, co zamiast białego konia posiada rower elektryczny i jedyna eksplozja z ogniem nie do ugaszenia może się jemu wydarzyć kiedy w owym rowerze wybuchnie bateria.
Rzeczywistość w pewnych okolicznościach może też cieszyć, jednak pod warunkiem, że człowiek wie jak improwizować i posiada poczucie humoru, z przewagą humoru czarnego, bo taki się przydaje więcej, kiedy życie nie pieści, a tak zwany zmysł fantasmagoryczny pozwala na kreowanie rzeczywistości, bo jak powiedział pewien Mądrala: "Wyobraźnia jest wszystkim", szczególnie wtenczas kiedy trzeba sobie wyobrazić coś, co ewentualnie nigdy nie nastąpi, ale poczuć w sobie głęboko jak to w ten deseń się tu i teraz dzieje i nie mieć żadnych wątpliwości, na tyle, aby mózg uwierzył, a dusza nie zaczęła wyć z rozpaczy, choć ma do tego absolutne prawo, zaś przy tym wszystkim rozchodzi się nie o to, aby siebie oszukiwać, ale o to, by łatwiej akceptować to czego serce nie potrafi znieść.
Wyobraźmy sobie bowiem, że spotykają się dwie osoby, ona lat szesnaście, on już pełnoletni, akurat zaczął wojskową służbę i zakochali się w sobie niemal od razu, pocałowali delikatnie, bo dla każdego z nich był to pocałunek pierwszy, cokolwiek nieporadny, czas mijał, jej ojciec zginął tragicznie, chłopak trwał przy niej i ją pocieszał, w zakładzie krawieckim wzięli ślub, znaleźli potem mieszkanie, otworzyli szampana, za ojca zmarłego wódki się napili, biegali radośnie po mieście, trzymając się za ręce, ona u fryzjera zmieniła się w piękną kobietę i powiedziała jemu, że skoro tak się nią zachwycił w tym wydaniu, zawsze będzie dla niego robiła ten piękny makijaż i włosy tak czesała, dzieci też zaplanowali (od razu córka im się przytrafiła nocy pierwszej, gdy ciała swoje poznali), ona trwała przy nim w zdrowiu i chorobie, całowała czule, on w budce telefonicznej wydrapał kawałkiem szkła miłosne wyznanie dla niej, na wieczną pamiątkę...
Piękna ta historia życia zdarzyła się naprawdę, powstał nawet na jej podstawie film, który to piękne uczucie pokazuje kadr po kadrze, tak jak kadr po kadrze pokazuje się człowiekowi przed śmiercią z jego życia film, zapewne byłby to takoż materiał na telenowelę rodem z Wenezueli lub Brazylii, gdyby nie fakt, że zdarzyła się ta historia miłosna dokładnie czterdzieści lat temu w mieście Prypeć na Ukrainie.
Oni wiedzieli.
Wiedzieli też jednak jak zasmakować jeszcze życia, wycisnąć radość jak cytrynę, nie marnować czasu na powierzchowne rzeczy, na coś, co nie ma wartości żadnej, jest jak wydmuszka, jak zachcianka, która stymuluje ciało, nie wzbogaca duszy, towar kupowany szybko i za niską cenę, nie marnowali pięknych chwil swojego kruchego życia.
Czy my pamiętamy, że nasz czas też mija? Czy pamiętamy o tym, że nie jesteśmy tu na zawsze i w każdej chwili może nam się przytrafić nasz osobisty Czarnobyl? I wtedy niektórzy z nas mogą siebie sami zapytać: "Czy moje życie miało jakikolwiek sens, skoro nie mam żadnych punktów na Karcie Radości Życia/ Na Karcie Dobrych Uczynków, a jedyną rzeczą, którą wnoszę na Drugą Stronę jest zażenowanie i wstyd, względem tego kim byłem, jak żyłem i co zrobiłem, albo czego nie zrobiłem dla mnie i mojego Bliźniego"?
Notka zespołowa: @Karzo & @Kobieta Kula


Komentarze
Pokaż komentarze (8)