Mija tydzień za tygodniem i jak widać po wpisach na s24 ciągle żywa jest pamięć o marcowych emigrantach, którzy to z wilczymi biletami zajmowali miejsca w pulmanach, kuszetkach i wagonach pierwszej klasy udając się na tułaczkę niczym sybiracy. Co prawda nikt nie dawał im 20 minut na spakowanie się i nie pędził do bydlęcych wagonów, ale sądząc po szumnych obchodach, martyrologia ich w niczym nie ustępowała ofiarom stalinowskich wywózek.
Mówi się o przymusie, choć jeśli się nie mylę to wielu jednak pozostało i jakoś cudem ocaliło życie. Ci, którzy wyjechali mieli czas na sprzedaż majątku i przemyślenie ważnej decyzji.
Przerwane kariery, stracone wysokie stanowiska i apanaże nie pozostawiały zbyt dużego wyboru. Dylemat był taki. Pozostać i tkwić tutaj z perspektywami takimi jak miliony tubylczej ludności czy jechać tam gdzie dostrzeżona będzie ich wyjątkowość.
Jaki był los tych przymusowych emigrantów? Czy była to ostatnia taka akcja w PRL?
No, ale na całe szczęście my okryci wstydem i hańbą Polacy powoli zaczynamy naprawiać wyrządzone krzywdy. Hurtem zwrócimy obywatelstwo, wręczymy unijne paszporty, a fakt, że wśród beneficjentów trafią się jacyś potomkowie stalinowskich sędziów, prokuratorów i ubeków niech nie zaprząta nam głowy. Krzywdy trzeba wynagrodzić.
Nie ma co zaprzątać sobie dziś głowy jakimiś niedobitkami rodaków rozsianych gdzieś po stepach Kazachstanu. To ludzie „cisi, nie gęgacze”. Nie stoi za nimi żadne lobby, grupy nacisku i interesu.
Wraca do mnie jednak jak bumerang myśl o emigrantach lat 80-tych. To oni zapełniali obozy przejściowe, takie jak Traiskirchen w Austrii, Friedland w RFN, Latina we Włoszech. Pamiętam do dziś płacz matki wyjeżdżającego przyjaciela. Najpierw zasłynął jako „kryminalista”, który zbiegł brawurowo z więziennego szpitala po symulacji ataku wyrostka robaczkowego. Zrobił to zaraz po operacji. Pamiętam list gończy za nim w dzienniku telewizyjnym i obławę milicji obywatelskiej za „zbrodniarzem”. Harcerz, członek KPN spotkany przeze mnie po wyjściu z więzienia był zaszczutym wrakiem człowieka. Z pomocną dłonią przyszedł mu Czesław Kiszczak. W styczniu 1982 roku na jego polecenie zapoczątkowano akcję pozasądowej banicji opozycjonistów. Tysiące „wrogich elementów” SB „zachęcała” do wyjazdu z biletem w jedną stronę. Dotyczyło to wyłącznie niepokornych i ich rodzin.
Pomysłodawcy wyrzucania patriotów z ich ojczyzny w przeciwieństwie do tych z marca 68 w większości jeszcze żyją. Mianowani na ludzi honoru i kompromisu nie spotykają się z potępieńczą nagonką. Ci którzy od 89 roku z determinacją występowali w ich obronie, potępiają dziś z całą bezwzględnością autorów marcowej antysemickiej nagonki.
O co w tym wszystkim chodzi? Gdzie choć odrobina przyzwoitości?
Czym gorszy jest polski patriota i antykomunista od „kuszetkowo-pulmanowskiej” marcowej emigracji?



Komentarze
Pokaż komentarze (3)