Rewolucja medialna i technologiczny postęp w tej dziedzinie powinny mieć również zbawienny i ozdrowieńczy wpływ na rozwój demokracji. Tak przynajmniej nam wmawiano, a naiwni przyjmowali te twierdzenia bez większego sprzeciwu.
Osobiście mam co do tego wątpliwości.
Skok technologiczny w dostępie do informacji może być z czasem nożem w plecy, wbitym w ten jedynie słuszny i traktowany jak świętość ustrój.
Jest tylko kwestią czasu, kiedy coraz większa ludzka masa zda sobie sprawę z ogromu bezczelnej manipulacji jakiej jest poddawana, czy wręcz zaplanowanej tresurze.
Nie chcę tu wieszczyć w którą dokładnie stronę zwróci się cała złość, ale że do tego kiedyś dojdzie jestem przekonany.
Pierwszym skutkiem coraz bardziej dostrzegalnym i jednoznacznie negatywnym mediokracji jest fakt skazania ludzi na polityków i politykierów.
Już nie ma szans na mężów stanu. Tym mianem określano polityków obdarzonych jakąś dalekosiężną wizją. Dzisiaj wizja sięga w najlepszym wypadku okresu oddzielającego kadencje parlamentarne.
Mężowie stanu znani z historii to ludzie poważni. Nie sądzę, aby którykolwiek z nich żyjąc w dzisiejszych czasach poniżyłby się do roli uczestnika „Idola”.
Wielcy odchodzą. Symboliczna dla mnie była też śmierć ostatniego polskiego wielkiego aktora. Ostatniego, który w tych zwariowanych czasach nie dał się zepchnąć do roli błazna, jak wielu jego kolegów.
Polityka to dzisiaj zajęcie dla nierobów, karierowiczów i ludzi o moralności prostytutek. Każdy kto nieco odbiega od tego schematu i próbuje cokolwiek zmienić ląduje taj jak Kaczyński, lżony i wyśmiewany przez elity, które zaledwie lekko musnął przez dwa lata rządzenia. Takim i podobnym można zarzucić wszystko, od terroryzmu, po głupotę. Od choroby psychicznej, alkoholowej po cytowanie wypowiedzi z lat minionych i porównywania do Gomułki.
Coraz bardziej przybliżył się czas polityków niekontrowersyjnych. Takich, których z należnym szacunkiem traktują niemal wszystkie bez wyjątku media, a wybitni dziennikarze spijają z ich słodkich ust każde słowo.
Może warto by rozpocząć prezentację politycznych nadziei na nadchodzące lata? Takich, którzy łączą, a nie dzielą?
Jaki życiorys trzeba mieć, by mieć szanse na karierę polityczna w dzisiejszych czasach?
Może ja rozpocznę ta swoistą paradę gwiazd.
Nierób nr 1
Jerzy Szmajdziński – nazywany Johnem Kenedy polskiej lewicy.
Od czasu ukończenia studiów (niektórzy sądzą, że dużo wcześniej) oderwany od normalnego życia w społeczeństwie i nie skażony normalna pracą. Komunista i od najmłodszych już lat zawodowy pracownik komunistycznej młodzieżówki. Członek komunistycznej partii już od połowy studiów. Od 1986roku zasiadał w Komitecie Centralnym PZPR. W latach 1989-90 kierownik wydziału organizacyjnego KC PZPR. W latach 1984-89 przewodniczący Zarządu Głównego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej.
Starsi czytelnicy pamiętają dokładnie rozpromienioną twarz młodego komunisty, składającego na tle sztandaru meldunki kolejnym pierwszym sekretarzom KC PZPR i odśpiewującego międzynarodówkę.
To właśnie ta nadzieja polskiej lewicy słynie z piętnowania zachowań, życiorysów i wypowiedzi czołowych polityków prawicy.
Nie da się ukryć, że to jeden z autorytetów dzisiejszej dziennikarskiej braci. Przed takimi przyszłość.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)