Wakacje w pełni, ogórki dorastają i z tego chyba powodu, w ostatnich tygodniach, mamy już trzeci akt przedstawienia pt. „Obrazki z kwatery głównej prezydenta RP”. Na początku, przynajmniej ku mojemu zaskoczeniu, dowiedzieliśmy się, że w Pałacu Namiestnikowskim istnieją trzy rodzaje miejsc intymnych: damskie, męskie i prezydenta. To, że w ten sposób podzielone są wygódki czyli WC jakoś mógłbym zaakceptować. Nie wiedziałem jednak, że w ten sam sposób rozróżnia się tam także windy! Tak się składa, że z windami mam do czynienia zarówno w miejscu zamieszkania jak i w miejscu pracy. Windy te, owszem, rozróżnia się ale zazwyczaj jako osobowe i towarowe. Wind cywilnych i służbowych, dyrektorskich i pracowniczych, damskich i męskich jednak tam nie spotkałem i nie jeden raz zdarzyło mi się uciąć rozmowę z dyrektorem właśnie w windzie, ku zadowoleniu obu stron. Człowiek jednak się uczy całe życie i lekcję na temat specjalnych wind prezydenckich przyjąłem z pokorą. Nieuleczalni samotnicy z ksenofobicznym odchyleniem tak mają i już. Nic nie poradzisz.
Kolejny akt przedstawienia to impresja: co nasz prezydent lubi najbardziej. O tym że lubi spać i budzi się o dziesiątej wiedziałem wcześniej. No cóż, wielcy ludzie chodzą spać późno i wstają jeszcze później. Taki na przykład Hitler kolacyjki przy herbatce i ciasteczkach kończył o czwartej nad ranem a śniadanie jadał zamiast obiadu w południe albo jeszcze później. Wprawdzie taki tryb pracy niesie za sobą pewne ryzyko ale nasz prezydent, dzięki Bogu, żadnej wojny nie prowadzi, więc nie istnieje ryzyko, że ją jak Hitler przegra. Trochę więcej niepokoju wzbudziła we mnie wiadomość, że nasz prezydent lubi, jak jego obowiązki przyjmują na siebie inni i zamiast pofatygować się gdzieś samemu wysyła tam w zastępstwie np. panią Fotygę. Wprawdzie gdzie diabeł nie może tam babę pośle ale ja, na jego miejscu, owszem posyłałbym baby to tu to tam ale takie, które mają choćby minimalny bagaż zalet i atutów. Najlepiej piękną blondynę w miniówce z nogami jak autostrada, albo damę o kształtach ponętnych jak z renesansowego posągu (nie chwaląc się, mogła to by być na przykład moja żona). Wysyłanie w misje kobiet, które same są podobne do diabła a na dodatek chwalą się, że lubią hardcore (z kim?) nie ma chyba większego sensu. Piekielnie głupi pomysł i tyle.
Akt trzeci spowodował u mnie jednak centymetrowej wielkości ciarki na skórze. Nie wiedziałem, że wizyty u prezydenta to doświadczenia rodem z Łubianki czy Rakowieckiej jak za najczarniejszej komuny. Jako człowiek aspirujący do tytułu profesora i w związku z tym mający w planach wizytę w Pałacu Namiestnikowskim jestem w ciężkiej konfuzji. Bo a nuż, pan prezydent w trakcie mojej wizyty rzuci się na mnie jak czekiści z NKWD czy UB na świeżo pojmanego wroga władzy ludowej i zacznie mnie jak prokurator Andriej Januariewicz (nomen omen) Wyszyński przesłuchiwać i wypytywać o kontakty z politykami amerykańskimi, z którymi to podobno miałem kontakty i pospołu z nimi zamierzam obalić władzę ludową? Co ja mu wtedy powiem? Spieprzaj dziadu? Przecież by mnie od razu zamknęli za obrazę majestatu! Ludzie mawiają: chamów omijaj z daleka. To co ja mam zrobić przed tą wizytą w Chacie Wuja Chama? Wysłać zastępstwo? Wygląda na to że moje aspiracje profesorskie muszę przesunąć o co najmniej dwa i pół roku. Bo to, że obecny główny lokator Pałacu Namiestnikowskiego (jak nic, namiestnik amerykańskich republikanów) zakończy wtedy swoją kadencję jest, w świetle opisanego tu przedstawienia, więcej niż pewne.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)