koniak koniak
60
BLOG

O państwie, co opiera się na strachu

koniak koniak Polityka Obserwuj notkę 0

Księga politycznego nonsensu pisze się odwiecznie w niezliczonych miejscach i czasach. Pisze się jakby sama, bo przecież nikt nie zamierza powoływać do życia absurdów. Ale tak jakoś wychodzi.

Czy jest to pogląd nieznośnie pesymistyczny? Bynajmniej, jeśli spojrzeć na rzecz w perspektywie ewolucji. Najlepiej w perspektywie aż tak rozległej, że rozwój gatunku homo sapiens rozpatrujemy jako scenariusz kosmologiczny. Jeśli widzieć rzeczy na tle totalnego kosmicznego bałaganu z pierwszych ułamków pierwszej sekundy wszechświata (,,tohu wabohu'', jak określa to po hebrajsku Pismo Święte), to nieporządek, w którym dziś żyjemy jawi się jak oaza ładu.  

Rzecz bowiem w tym, że sens jest ze świata ideału, a nonsens ze świata realnego. Ale świat realny niestrudzenie, choć kroczkami tak małymi, że nie zauważa tego żadne z osobna pokolenie, do ideału się przybliża. Gdy porównać naszych pra...pradziadków troglodytów, a choćby tych tyranów, o których rozpisuje się Herodot, ze stanem obecnym, to politycy w Europie Anno 2007, nawet ci najbardziej rozhukani, jawią się jako wcielenia umiaru i humanitaryzmu.

Tak więc świat zmierza, choć ruchami pokrętnymi i nieznośnie wolno, ku temu, że przybywa w nim sensu, a ubywa nonsensu. Nie dzieje się to jednak automatycznie. Istotny w tym udział ma ludzka wola, a ta jest w stanie zmagać się z nonsensem. Czasem pomaga już samo jego nazwanie, określenie po imieniu. Jak w baśni Andersena o nowych szatach króla. Nonsens to zaprzeczenie oczywistości. W baśni fakt nagości króla jest oczywisty, ale trzeba dopiero głosu naiwnego dziecka, żeby zmanipulowany tłum dorosłych dostrzegł tę oczywistość.  

Podejmuję się takiej roli naiwnego obserwatora. Zacznijmy od kwestii strachu jako wymarzonego przez niektórych polityków fundamentu państwa.

Czy strach czy zaufanie ma być ostoją państwa? (Zdjęcie obok przedstawia Robespierre'a, klasycznego przedstawiciela doktryny strachu jako środka rządzenia). To kwestia wyboru między cywilizowanym i prymitywnym stadium ewolucji.

Grafika:Labille-Guiard Robespierre.jpg

Nie jest tak, że jakaś ostra granica oddziela jeden stan od drugiego - tak, że gdzieś kończy się stan barbarzyństwa, a zaczyna cywilizacja. Cechy te są przeciwstawne w sposób stopniowalny: im więcej cywilizacji, tym mniej dzikości, i odwrotnie. Brak cywilizacji to stan, w którym panuje maksimum strachu i minimum zaufania. W miarę postępu cywilizacji, strachu ubywa, zaufania przybywa, aż gdzieś w granicy mamy minimum strachu i maksimum zaufania. Oto w największym skrócie wykres dziejów.

Żeby więc ocenić poziom cywilizacji w państwie, trzeba zobaczyć, jak układają się w nim proporcje między strachem i zaufaniem. Nie są one dane raz na zawsze. Może jakieś państwo czynić postępy ku wyższej cywilizacji, a może wejść w fazę regresu, staczając się z osiągniętego już poziomu.

Jest państwo X w Europie, nie gdzieś na jej pobrzeżach, ale wśród członków Unii Europejskiej, które przeżywa dziś regres cywilizacyjny. To znaczy, szybko ubywa w nim zaufania, a przybywa strachu. Gdy cywilizacja dopiero torowała sobie drogę, w społecznościach jeszcze bliskich stanowi prymitywnemu, oparcie państwa na strachu, jak w ustroju feudalnym czy monarchii absolutnej, miewało swą rację bytu. Wracać jednak do tamtych czasów byłoby cywilizacyjnym absurdem.

W państwie X zastraszaniu towarzyszy przypływ kłamstwa. Strach bowiem wystarczy jako środek panowania tylko tym despotom, którzy osiągnąwszy pełnię mocy fizycznej, są w stanie operować przemocą bez ograniczeń. Taka jednak pełnia, jeśli nawet gdzieś istniała (może w starożytnych tyraniach Bliskiego Wschodu), nie jest dziś osiągalna. Dlatego trzeba uciekać się do kłamstwa, jakim jest szerzenie dezorientacji, zatajanie faktów, lekceważenie logiki, oswajanie z nonsensem, fałszywe oskarżenia, insynuacje.  

Jeśli władzę despotyczną chce się zdobyć działając w demokracji, to na etapie ubiegania się o rządy nie dysponuje się przemocą mogącą wzbudzać lęk. Wtedy trzeba uciekać się do podstępów, jak kłamliwe obietnice wyborcze, oczernianie konkurentów, łudzenie potencjalnych sojuszników. Po zdobyciu władzy przychodzi pora na dozowaną kombinację okłamywania i zastraszania. Okłamywanie ma ten jeszcze skutek, że dramatycznie niszczy zaufanie. A gdy już mało kto komu ufa, jeszcze więcej lęgnie się strachu, na którym jak na drożdżach urasta władza despotyczna.

Dlaczego państwu X przydarzył się taki los? Łączą się tu zapewne w sprzężeniach zwrotnych różne czynniki. Jest zapóźnienie cywilizacyjne spowodowane trudną historią. A w tym słabość warstwy przemysłowo-kupieckiej, którą sam jej zawód uczy myślenia rzeczowego i konkretnego, odporniejszego na frazeologiczne manipulacje; uczy również sztuki negocjacji, będącej szkołą wzajemnego zaufania. Wchodzić też może w grę zręczne oddziaływanie potężnego sąsiada, który miał czas (prawie tzy wieki) wypracować metody podskórnego ingerowania i z dobrym dla siebie skutkiem nieraz je stosował, żeby osłabiać państwo, które tradycyjnie traktuje jako swego konkurenta.

Tak malując sytuację w kraju X, nie twierdzę, że jakieś osoby lub grupy miały świadomy zamiar dewastowania państwa. Może to byli dobrzy ludzie, którzy mieli dobre intencje, ale skoro tak źle wyszło, widać, że nie mieli dobrze w głowie. Nie chcę też powiedzieć, że proces ów tworzą tylko osoby czy grupy dające się dokładnie nazwać po imieniu. Owszem, są pewne znane z imienia, ale tworzy go też anonimowe wielogłowe monstrum, którego członkami są po trosze obóz rządzący, po trosze opozycja, niektórzy publicyści i historycy, wreszcie iluś zwykłych zjadaczy chleba.

Choć mam poczucie, że wypowiadam tu rzeczy oczywiste, zdaję sobie też sprawę, że inni mogą oczywistości tej nie podzielać. Trzeba ją więc udokumentować. W pierwszej kolejności posłuży do tego przykład szczególnie pouczający, skupia się w nim bowiem cała wiązka nonsensów.

Ów wieloraki nonsens oplata się wokół problemu lustracji. Jak trafnie zauważył Jacek Żakowski, słowo to stało się nazwą zjawiska, które ma cechy sekciarskiej religii. Od tego mętnego i kipiącego od emocji sensu trzeba się w tym momencie uwolnić; na jego rozpatrzenie przyjdzie czas potem.

A tym, co podsuwa na początek zdrowy rozum, jest cechująca demokrację zasada, że aby darzyć polityka zaufaniem, niezbędnym dla skuteczności jego misji, obywatele winni mieć wgląd w jego życiorys w sprawach związanych z polityką. Oprócz faktów, o które pytać nie trzeba, bo jako należące do sfery publicznej, są publiczności znane, istnieją takie, o których tylko dany kandydat wie w cichości ducha. O nie więc trzeba go pytać, w tym o ewentualny fakt współpracy z tajnymi służbami dawnego niegodziwego reżimu; jest to bowiem fakt polityczny, a zarazem z natury tajny. Mamy w tym również test na drugi atrybut polityka niezbędny do tego, by darzyć go zaufaniem, mianowicie prawdomówność. Tak pomyślana lustracja, adresowana do polityków z tytułu ich specjalnej relacji do obywateli i motywowana metodologicznie (jako sposób docierania do danych) ma zdrowy sens.

I tylko taka. A nonsens zaczyna się tuż za progiem. Wyobraźmy sobie, że wśród obywateli kraju X jest pan A, światowej sławy fizyk, niezastąpiony w roli kierownika instytutu badawczego, dzięki któremu kraj znalazł się w światowej czołówce. Z kolei pan B jest wynalazcą, którego patenty dają krajowi krociowe zyski pod warunkiem, że ma do dyspozycji unikalną aparaturę ulokowaną w placówce państwowej. Pan C zaś jest profesorem akademii medycznej, fenomenalnym chirurgiem, ratującym ludzi każdego dnia i przekazującym swe umiejętności młodszym. Otóż władca kraju X żąda od każdego z nich pisemnego zeznania, że nie był tajnym agentem. Każdy z nich powiada: jeśli byłem proszę mi przedstawić dowody, a ja się do nich ustosunkuję. Władca jednak uznaje taki argument za karygodny bunt i wymierza nieposłusznym karę: pozbawić pracy i zakazać wykonywania zawodu przez lat dziesięć. Oczywiście, panowie wyjeżdżają za granicę, gdzie przysparzając innemu krajowi zysków i prestiżu, podnoszą jego poziom cywilizacyjny.

Kto wymyślił taką bajkę? Niedorozwinięte dzieci ze szkoły specjalnej w jakimś transie narkotycznym? Jeśli to nie bajka, a dzieci nie wchodzą w grę, to pozostaje jedno wyjaśnienie: władca, mówiąc kolokwialnie, ,,ma gdzieś'' dobro kraju, a tym, co się dla niego jedynie liczy, to jest upewnienie się, że poddani należycie się go boją. Spełnia się więc definicja regresu cywilizacyjnego: ubywa zaufania, a przybywa strachu.

Główną funkcją strachu w systemie despotycznym jest paraliżować ludzkie myślenie na własny rachunek. W nim jest największe dla despotów zagrożenie, większe niż w namiętności buntu. W procesie uczestników spisku przeciw Hitlerowi, najcięższszym zarzutem było to, że mieli własny pogląd, jak ocalić ojczyznę. Na obrazie z kroniki filmowej tamtych czasów sędzia śledczy woła z furią do przesłuchiwanego generała: "jak śmieliście myśleć inaczej niż Führer?" W chórze obecnych potakiwaczy pobrzmiewa ta sama nuta: jak śmiecie myśleć inaczej? A że ludzi myślących na własny rachunek trudno takim krzykiem zastraszyć, trzeba ich z życia publicznego eliminować, licząc przy tym, że groźba eliminacji skłoni część (choćby argumentem mniejszego zła) do podporządkowania się ideologii dysponującej środkami przymusu (odwieczny dylemat w obliczu inkwizycji).

W tym punkcie wracam do zastrzeżenia uczynionego wyżej, że nie jest to próba rekonstruowania czyichś świadomych intencji. Potworek legislacyjny mający owe opłakane skutki mógł się wyłonić z mikstury przypadku, głupoty, nieuwagi, chaotycznej gry interesów itd. To samo dotyczy innych prących ku dyktaturze poczynań. Postać tytułowana tu władcą to nie musi być jedna osoba, czy partia, ale -- jako się rzekło -- zbiorowe wielogłowe monstrum. I nie chodzi o to, że monstrum to uniesione pychą świadomie chce zmiękczyć najzacniejszych nawet obywateli przez przymus wyznawania, że nie byli zdrajcami; ale o to, że taki jest obiektywny skutek jego poczynań.

Wróćmy jeszcze do motywacji panów A, B i C, gdy odmawiają wykonania ustawy. Każdy z nich, jako rozumny i odpowiedzialny obywatel, pragnie zapobiegać zdarzeniom szkodliwym dla kraju. Jeśli uważa, iż "Führer" szkodzi krajowi, ma prawo i obowiązek szkodom zapobiegać. Jeśli sądzi, że dla zapobieżenia trzeba czynnie oprotestować absurdalny przepis, ma takie prawo i obowiązek.

Zwróćmy uwagę na kilka warstw w tej argumentacji. Chodzi nie tylko o prawo do własnej godności. Także o wkład - dla dobra kraju - w obronę porządku cywilizacyjnego, którego fundamentem jest domniemanie niewinności. Obowiązuje ono nawet wobec osób podejrzanych o czyn kryminalny, a cóż dopiero, gdy chodzi o tych, którzy są poza wszelkim podejrzeniem, będąc ofiarami zbrodniczego ustroju i mając zasługi w jego zwalczaniu. Którego to porządku fundamentem jest także zaufanie, nie zaś zastraszanie. Skoro władca próbuje nas ustawą zastraszyć, odmową jej realizacji zaświadczamy, że zastraszyć nas nie łatwo. A tym pomagany krajowi i rodakom wydobywać się z pętli strachu.

Można iść o zakład. że domaganie się pod sankcjami oświadczeń niewinności to będzie tylko jedna z kolejnych prób przerabiania obywateli za pomocą strachu na element wiernopoddańczy. Spróbujemy rozebrać ten mechanizm w dalszych rozważaniach.

Witold Marciszewski

koniak
O mnie koniak

... Pracuję jednak tylko tyle. ile muszę! Zaoszczędzony w ten sposób wolny czas wypełnia mi literatura ... naukowa! I fortepian. Na Salonie24 jestem pod ps. "koniak" - trzeci wiek późnej kredy. Jak każdy, jestem wcieleniem diabła, który pragnie zostać aniołem.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka