Na zdjęciu Kordian (Paweł Jaskulski). Kadr z filmu "In Hoc Signo Vinces" (reż. Mariusz Koryciński). Fot. Stefan M. Ronisz.
Na zdjęciu Kordian (Paweł Jaskulski). Kadr z filmu "In Hoc Signo Vinces" (reż. Mariusz Koryciński). Fot. Stefan M. Ronisz.
Rymek Rymek
665
BLOG

GOSZCZYŃSKI, KTÓRY SIĘ WAHA

Rymek Rymek Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Z Kordianem rozmawia Mariusz Koryciński.
 
Spotykamy się w Indeksie – popularnym klubie w piwnicach Uniwersytetu Warszawskiego. Jest wcześnie rano. O tej porze nikogo tu jeszcze nie ma. Zapowiada się zatem spokojna rozmowa nad filiżanką mocnej, czarnej kawy. Siadamy we wnęce naprzeciwko drzwi, przez które wpadają promienie słońca – jedyne naturalne źródło światła w tym lokalu. Muzyka z głośników miesza się z szumem samochodów i głosami przechodniów. Kordian zapala papierosa, zaciąga się i wypuszcza przez nos ciemną strugę dymu. Możemy zacząć rozmowę.

M: Opowiedz mi o waszym listopadowym pochodzie ulicami Warszawy. Kto wpadł na ten pomysł i jaki był przebieg całego spotkania?

K: Profesor F. rzucił taki pomysł na zajęciach. Przejście tą samą drogą, którą szli powstańcy w nocy z 29 na 30 listopada. Każdy z nas dostał referat do wygłoszenia. F. powiedział mi, żebym przeczytał dwa pierwsze rozdziały Wielkiego księcia Rymkiewicza i na ich podstawie przygotował krótkie wystąpienie. Wyruszyliśmy spod pomnika Sobieskiego – jak przed laty Goszczyński i reszta. Zatrzymywaliśmy się w ważniejszych miejscach, żeby odpowiednia osoba mogła powiedzieć grupie, co się tam niegdyś wydarzyło. Mój przystanek był pod Belwederem.

M: Jest taka niepublikowana sztuka Herberta, zatytułowana Przewodnik. Grupa turystów idzie do muzeum; uczestniczą tam w inscenizacji różnych wydarzeń historycznych. W pewnym momencie bohaterowie w zupełnie naturalny sposób wcielają się w postacie historyczne. Wasz pochód przypomina mi trochę tę sztukę. Czy także i wam przyszło to tak naturalnie? Potrafię wyobrazić sobie profesora F. jako Konstantego, a ciebie jako Goszczyńskiego…

K: (śmieje się) Nie, nic takiego nie miało miejsca. Nie pozabijaliśmy się tam.

M: A o czym rozmawialiście po drodze?

K: O niczym. Szliśmy w milczeniu. (śmiech)

M: Naprawdę? A nie odczuwaliście żadnego podniecenia, żadnej podniosłości?

K: No, nie wiem… Raczej nie. Chyba nie. Było zimno i w dodatku F. pomylił ulice. (śmiech) Pobłądziliśmy i Oliwka musiała czytać swój referat w innym miejscu, niż powinna. Ale wiesz, jak tak teraz myślę o tamtej nocy – bo my też szliśmy nocą – to przypomina mi się jedno zdarzenie. Kojarzysz Agrykolę? Są tam prawdziwe lampy gazowe, które każdego wieczora zapala zatrudniony specjalnie w tym celu facet. Kiedy F. pomylił drogi, to wyszliśmy przypadkowo właśnie na tamtą ulicę. I nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie…

M: „Powietrze cokolwiek zamglone, niebo przysłonięte całkiem, jakby zasłoną, chłód przenikający”. Tak o tamtej nocy pisał Goszczyński.

K: Właśnie dlatego o tym wspominam. Naprawdę miałem wtedy wrażenie, jakbym cofnął się w czasie albo czytał Dziewczynkę z zapałkami. Niesamowity klimat.

M: Chciałbym jeszcze zapytać o książkę Rymkiewicza. Czy pomogła ci w przygotowaniu referatu? Jak ją oceniasz?

K: Przede wszystkim świetnie się ją czytało. Jak jakąś powieść sensacyjną albo Conana Doyle’a – zupełnie nie jak książkę historyczną. Najbardziej utkwił mi w pamięci sposób, w jaki Rymkiewicz pisze o powstańcach: że się wahali. I on zauważa, że obecnie – a przecież pisał swój esej w latach 70. – niepochlebne wypowiedzi o bohaterach narodowych nie należą do dobrego tonu. I dodaje, że wcale nie ma zamiaru pisać o nich źle; że poprzez analizę ich wahania, ich niepewności chce pokazać, że właśnie tacy ludzie – bliscy nam, ludzcy, dwoiści – że to właśnie oni zdobyli się na powstanie. Spojrzenie Rymkiewicza jest więc bardzo aktualne i może stanowić remedium na współczesne spory – na przykład o kino historyczne.

M: Co masz na myśli?

K: No wiesz, cały czas pojawia się postulat odbrązowienia bohaterów. I słusznie. Ale ten postulat przeistacza się pomału we własną karykaturę. Bo jeśli jeden z publicystów pisze, że generał Nil był w filmie Bugajskiego postacią pomnikową, to my chyba oglądaliśmy inne filmy. Zresztą deheroizacja została już prawie w całości zmielona przez tryby poprawności politycznej. Po prostu przekracza się – lub chce się przekraczać – granice w deheroizacji. Musimy sobie zadać pewne pytania: po co bohater ma być, tak jak my, dwoisty? Dlaczego ma się zmagać z dobrem i złem, które są częścią każdego z nas? Odpowiedź jest prosta: żebyśmy mogli się z nim utożsamić – a następnie zrozumieć, doświadczyć niejako na własnej skórze uczucia, że także my, dwoiści, zmagający się ze sobą, możemy zrobić coś wielkiego. Ale jak możemy odnaleźć siebie w kimś, kto zostanie w imię odbrązowienia zmieszany z błotem i przedstawiony jako degenerat? We wszystkim trzeba zachować umiar.

M: Mnie z kolei w książce Rymkiewicza zastanawia jeszcze coś innego, mianowicie przytoczona na początku relacja pewnego żołnierza. Twierdził on, że kiedy spiskowcy spotkali się pod pomnikiem Sobieskiego, to jeden z nich powiedział: „To i świat weźmiemy”. Niestety wiemy, jak się wszystko skończyło – niezbyt dobrze. Rymkiewicz stawia w Wielkim Księciu tezę, że powstańcy mogli zabić Konstantego, ale tego nie zrobili. Powstanie było więc udane, jednocześnie nie będąc udanym. Udane pod tym względem, że w ogóle zaistniało; nieudane – bo jednak Konstanty nie zginął. Podtytuł Wielkiego księcia brzmi: „Z dodaniem rozważań  o istocie i przymiotach ducha polskiego”. Idąc tym tropem zaryzykuję stwierdzenie, że my, pokolenie urodzonych w ’89 roku, jesteśmy takimi powstańcami, którzy cały czas spotykają się pod pomnikiem Sobieskiego, maszerują na Belweder, ale nic z tego nie wychodzi w pełni dobrze.

K: Tym razem ja nie rozumiem…

M: Chodzi mi o niektórych młodych ludzi; o niektórych starszych zresztą też. Oni mają wielki zapał w chwili inicjowania pewnych planów, a później, kiedy trzeba się wziąć do roboty, wycofują się. Bo albo nie chce im się ciężko pracować, albo tchórzą. Rymkiewicz w Wielkim księciu opisuje taką sytuację: Goszczyński z nożem stoi nad łóżkiem Konstantego i waha się. Oczywiście nie chcę kreślić pełnej paraleli ze spiskowcami, bo o co innego wówczas chodziło, ale ten obraz pokolenia spotykającego się pod pomnikiem Sobieskiego do mnie przemawia. Jest niezwykle symboliczny, bo dotyka istoty ducha polskiego. Czasami mam wrażenie, że moi znajomi mają coś z Goszczyńskiego; że w decydującej sytuacji brakuje im determinacji, aby doprowadzić do końca sprawę, w której uczestniczą.

K: To ja w takim razie przypomnę ci historię związaną z Herbertem, o którym dzisiaj już wspominałeś. W filmie Obywatel poeta występuje jego siostrzeniec, który opowiada, że pewnego razu w stanie wojennym wpadł do mieszkania Herberta wprost z ulicznej demonstracji. Rozgorączkowany zaczął mówić, jacy marni są ci Polacy. Chodziło o to, że kiedy ludzie spod Świętego Krzyża zaintonowali hymn, to on stanął na baczność i zaczął śpiewać z nimi. I nagle okazało się, że śpiewa sam, że ludzie dookoła milkną i uciekają, a na niego naciera ZOMO. I wiesz, co mu wtedy powiedział Herbert? Że ci ludzie, którzy przestali śpiewać, wykazali się większą odwagą niż on – śpiewający. Bo mimo iż się bali, to jednak spróbowali…

M: Rozumiem, że dla ciebie Goszczyński jest najpiękniejszy właśnie wtedy, kiedy się waha (śmiech). Powróćmy na chwilę do pochodu z profesorem F. Patrzyłem nań przez pryzmat twórczości Rymkiewicza i zaobserwowałem coś niezwykle ważnego – serię powtórzeń. Wasz pochód był powtórzeniem pochodu spiskowców. Ty opowiadałeś o wydarzeniach tamtej nocy, powtarzając je niejako słowami Rymkiewicza, ale odpowiednio zmienionymi. A przecież także Rymkiewicz, kiedy pisał Wielkiego księcia, przywoływał wydarzenia, które były udziałem powstańców…

K: Coś w tym jest. Być może jeśli właśnie w ten sposób ujmiemy temat, dotrzemy do istoty tego, co mówiłeś o pokoleniu ’89 spod pomnika Sobieskiego (śmiech). Jak rozumiem, w twojej wizji my – bo ja przecież też należę do tego pokolenia – cały czas spotykamy się pod tym pomnikiem, mówimy, że zdobędziemy świat i idziemy na Belweder. Ta teoria zakłada, że powtarzamy nasz „marsz” raz za razem. Dodajmy do tego anegdotkę związaną z Herbertem: liczą się już same dobre chęci. Jestem przekonany, że powtarzając nasz zbiorowy pochód ku jakiemuś obranemu celowi, z każdym powtórzeniem coś zyskujemy.

M: Zdaje się, że jesteś nazbyt optymistyczny. Jest mi bliżej raczej do twierdzenia Rymkiewicza, że z historii nic nie wynika, że wszystko dzieje się na próżno…

Nie twierdzę, że czegoś się uczymy, wręcz przeciwnie. W końcu: „historia uczy, że historia niczego nie uczy”. Chodzi mi o coś innego: o dodanie starego do nowego, swojego do czyjegoś. I być może za kilka, kilkadziesiąt, a może nawet za kilkaset lat, osiągniemy taki stan. I nie mam tu już na myśli naszego pokolenia, jednocześnie mając je na myśli – bo przecież składamy się z tych, co byli przed nami i z tych, co będą po nas – a więc osiągniemy taki stan, że wyzbędziemy się naszych gorszych cech. Niejako w sposób uboczny. Na drodze powtórzeń, które nie są przecież do końca powtórzeniami. Podążając trudną drogą, ku doskonałości.

Wyłączam dyktafon. Dzwony w Świętym Krzyżu oznajmiają południe. To w tym kościele znajduje się urna z sercem Fryderyka Chopina. Zanim tu dotarła, była przechowywana na plebanii w Milanówku. Mam déjà vu. Myślę o tym chwilę, po czym zamawiamy pierwsze tego dnia piwo.

Rymek
O mnie Rymek

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura