Choć Donald Trump dwoił się i troił, by zrobić wrażenie na swoim rozmówcy, z ust Putina nie schodził charakterystyczny ironiczny uśmiech, demonstrujący pewność siebie i przewagę nad amerykańskim odpowiednikiem. Byłemu kagiebiście nie drgnęła powieka, gdy nad spacerującymi po czerwonym dywanie Prezydentami przeleciał bombowiec B-2 w asyście myśliwców, a następnie prezydencka kolumna przejechała wolno wzdłuż zaparkowanych w bazie Air Force tuzinów nowoczesnych wojskowych samolotów, co ewidentnie było zaplanowanym pokazem przewagi amerykańskiej w tym elemencie sił zbrojnych. Wydaje się, że bezpośrednie rozmowy trwały dłużej, niż przewidywano, ale nie był to powód do szczególnych nadziei na pozytywny dla Ukrainy rozwój wypadków.
Wygląda na to, że Putin postawił zaporowe warunki pokoju i dotyczy to nie tylko Ukrainy, ale i Europy. Trump mówił o "pewnym postępie" w rozmowach i zapowiedział, że będzie telefonował do Zełenskiego i liderów europejskich z informacją o ustaleniach z Anchorage, ale dało się wyczuć, że brakuje mu optymizmu co do szans na zaakceptowanie narzucanego przez Kreml "kompromisu", którym jest on raczej tylko z nazwy. Padła też zapowiedź kontynuowania rozmów obydwu prezydentów. Rosjanin zasugerował po angielsku, że do kolejnego spotkania powinno dojść w Moskwie. "Zrobi się gorąco" - powiedział Trump, słysząc zaproszenie do Rosji, ale nie odmówił.
Cóż, między bajki trzeba włożyć to, że gospodarka rosyjska zasilana miliardami dolarów za dostawy gazu i ropy (także przez kraje UE), jest w tak kiepskiej kondycji, by Putin musiał szukać kompromisów za wszelką cenę. Jego prawa ręka - Ławrow to stary lis, który po przybyciu na Alaskę również odstawił własną szopkę, zakładając bluzę z napisem CCCP - jednoznaczny manifest tego, czego usiłują dokonać na Ukrainie. Jeśli nawet sytuacja Rosji nie jest obecnie najlepsza, to i tak z pewnością zrobił wszystko, by Kreml negocjował z pozycji rozgrywającego, wykorzystującego przewagę militarną na froncie i dla którego ponoszenie dramatycznych strat, w tym tysięcy kolejnych istnień ludzkich, nie ma większego znaczenia.
Na dostrzeżenie zasługuje histeria polskiego komentariatu, wychowanego na polityce pustych, demonstracyjnych gestów. W mediach oraz w internecie nad Wisłą zapanowało zgorszenie, bo Trump ośmielił się witać największego wroga Zachodu na czerwonym dywanie. Według polskich "strategów" Trump powinien zapewne nakazać rozlanie gnojówki na płycie lotniska, wychodzącemu z samolotu Putinowi napluć w twarz, a następnie kazać go aresztować i wysłać do imigracyjnego "Alcatraz" w Everglades.
Warto pamiętać, że nieco wcześniej Trump rozmawiał z najwierniejszym wasalem Putina - Łukaszenką, od którego miał przyjąć zaproszenie do odwiedzenia Białorusi, z której władzami polska dyplomacja uparcie rozmawiać nie chce. Cóż, być może wkrótce zobaczymy amerykański Air Force One w drodze na Kreml z przystankiem w kartoflanym imperium, zaś Polacy w piątkowe popołudnie, 15 sierpnia, otrzymali kolejną lekcję realpolitik. Obawiam się jednak, że polscy politycy, kontynuujący jagiellońską szarżę poprzedników, nawet tego nie zauważyli.





Komentarze
Pokaż komentarze (1)