Nie ma się jednak czemu dziwić - nikt nie dyskutuje wszak nad użytecznością słońca ani nad jego "odrzuceniem". Każdy świadomy lub (na ogół) nieświadomy adept oświeceniowo-marksowskiej deterministycznej i progresywnej wizji dziejów rozumie, że podpisanie traktatu, a prędzej czy później także pełnej Karty Praw Podstawowych jest równie konieczne i równie życiodajne co światło Słońca. Tylko człowiek ciemny (zapewne "ze wsi i małych miasteczek"), umysłowa skamielina z czasów Średniowiecza może wszak powątpiewać w świetlane intencje i wiekopomną mądrość autorów eurokonstytucji (która jak przyznał sam jej autor Giscard d'Estaing niczym się nie różni od swej odrzuconej we francuskim i holenderskim referendum poprzedniczki) i Karty Praw Podstawowych.
Tylko taki nieświadomy nieuniknionych procesów historycznych bywalca sowieckich psychuszek - słynny dysydent Włodzimierz Bukowski śmie porównywać oświecony projekt UE do Związku Sowieckiego, a na dodatek przytaczać na poparcie tej tezy jakieś dokumenty z sowieckich archiwów - relacje z rozmów przedstawicieli europejskiej lewicy z przywódcami ZSRR tyczącymi unijnego planu.
Tego typu atmosfera wydaje się dominować w ośrodkach masowego rażenia przekazem, co jest akurat wynikiem zdrowego rozsądku uniofilów, gdyż każda próba nieco głębszego wejrzenia w istotę dokumentu musiałaby zakłócić atmosferę błogiego poddania się rzekomej "konieczności dziejowej" a zamiast tego wzbudzić śmiech i masowe pukanie się w czoło. Problem jednak polega na tym, że ludzkość nie raz już doświadczała wcielania w życie równie zabawnych pomysłów i nie jeden raz na śmiech było już za późno.
Weźmy na ten przykład słynny artykuł 21 Karty Praw Podstawowych pod wdzięcznym tytułem "Niedyskryminacja". Orzeka m.in., iż "Zakazana jest wszelka dyskryminacja ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne lub społeczne, cechy genetyczne, język, religię lub światopogląd, opinie polityczne lub wszelkie inne, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną."
Cóż konkretnie oznacza owo magiczne słowo-klucz dzisiejszego dyskursu? Otóż dyskryminacja w rozumieniu prawnym to wg słownikowej definicji ni mniej ni więcej, tylko "odmienne traktowanie różnych podmiotów, które znajdują się w podobnej sytuacji."
Co zaś oznacza słowo "wszelka" chyba nie należy nikomu tłumaczyć. Jakie konsekwencje mogą zatem wyniknąć z wcielania w życie zakazu "wszelkiej" dyskryminacji dajmy na to ze względu na wiek?
Weźmy na przykład wybory regionalne (do parlamentu polskiego) czy państwowe (do parlamentu unioeuropejskiego). Zbuntowani siedmio,dziesięcio czy trzynastolatkowie ani chybił skorzystają z nadarzającej się okazji obalenia władzy "starych" i wprowadzenia własnych zasad. Wspierać ich w tym będą rozmaici ideolodzy "praw człowieka" "rzecznicy praw dziecka", przedtawiciele nowej lewicy i inni pomyleńcy. W przypadku młodszych dzieci prawdopodobne konsekwencje opisał wybitny ekonomista ze szkoły austriackiej Hans Herman Hoppe: "Albo wyobraźmy sobie na przykład, że (...) prawo do głosowania zostałoby przyznane siedmiolatkom. Chociaż rząd pewnie nie składałby się z dzieci, to jednak jego polityka niemal na pewno wychodziłaby na przeciw „uzasadnionym potrzebom” maluchów obejmującym „odpowiedni” i „równy” dostęp do frytek, lemoniady i gier wideo".
W celu przypodobania się coraz wcześniej dojrzewającej seksualnie, a coraz później mentalnie młodzieży głoszono by zapewne np. państwową refundację dyskotek, klubów, alkoholu,a może nawet narkotyków i ograniczano jeszcze bardziej władzę rodzicielską w imię nieśmiertelnej "diady Lelum-Polelum" (prof Bartyzel), czyli demokracji i praw człowieka.
W celu uzyskania równego ("nie-dyskryminacyjnego ze względu na wiek") dostępu do już istniejących, a obecnie przeznaczonych dla dorosłych towarów nie będzie trzeba czekać na powstanie pro-dziecięcych partii politycznych-gdyż Artykuł 21 KPP da się odnieść do tych kwestii wystarczająco. Skoro dyskryminacja to "odmienne traktowanie różnych podmiotów, które znajdują się w podobnej sytuacji", to zakaz sprzedawania dzieciom i młodzieży młodszej napojów procentowych, tytoniu, usług w domach publicznych musi zostać prędzej czy później uznany za dyskryminację. Dziecko zgodnie z literą i duchem nowego prawa powinno uzyskać również takie samo prawo do decydowania o swym życiu seksualnym. Zatem jeśli zgodzi się na kontakty z pedofilem, to ani rodzice ani państwo nie będą mieć prawa się sprzeciwić. Zwłaszcza,że również pedofil będzie chroniony przed "wszelką dyskryminacją" z uwagi na "orientację seksualną".
Takie są bardzo prawdopodobne logiczne konsekwencje przyjęcia przez Europę (a być może wkrótce i Polskę) całości skrajnie rewolucyjnego prawa zawartego w Karcie Praw Podstawowych. Usuwanie tego zagrożenia poza pole rozważań jest ogromnym błędem, przed którym przestrzegał wielki myśliciel katolicki XXwieku Plinio Correa de Oliveira. Pisał on o ludziach przeciętnych,którzy "wobec tych (rewolucyjnych przyp MJ) perspektyw będą się uśmiechać z niedowierzaniem i optymizmem, tak jak Leon X uśmiechał się wobec pospolitej "kłótni mnichów" (protestanckiej Rewolucji) albo jak Ludwik XVI wobec Rewolucji francuskiej.
Z resztą my dziś jesteśmy znacznie bogatsi w doświadczenia historyczne od Leona X i Ludwika XVI, ponadto widzimy jak pokrewne do pomysłów z Karty Praw Podstawowych absurdy są już wcielane w życie. Jak pisze w ostatniej "Niezależnej Gazecie Polskiej" Paweł Paliwoda (str.13) "W Kanadzie sąd najwyższy dopuścił niedawno funkcjonowanie klubów w których uprawiany jest seks grupowy a wstęp do nich mają osoby od 14 roku życia" - co oczywiście jest gratką dla pedofilów. Albo inny wymysł jaśnie oświeconych "Kąpiel zgodna z prawem nie może się tam (w USA) odbyć Jak zatem umyć dziecko bez dotykania najbardziej umycia wymagających części jego ciała"? W związku ze złamaniem tego przepisu pewien Polak został skazany na...50 lat więzienia o czym z oburzeniem pisała nawet "Gazeta Wyborcza". W Niemczech zaś państwowa instytucja wydała (za pieniądze podatników) broszurę zachęcającą ojców do "pieszczenia" organów płciowych swych córek, w celu...pobudzenia ich dumy z własnej płci. Wiadomo - równość uber alles.
Jak to jest jednak możliwe, by ludzie posiadający mimo wszystko rozum dążyli do wcielania w życie tak absurdalnych i sprzecznych z naturą utopii. Ciekawej odpowiedzi na podobne pytanie udziela wybitny żydowski filozof polityki Eric Voegelin: "Formuła, która w sferze racjonalnej polityki pozwala jedynie na bardzo wulgarne interpretacje nabiera sensu, jeśli rozumiemy ją jako wyraz mistycznej woli aktywisty by zniszczyć siły zła, a zarazem jako objaw ślepoty na warunki historycznej egzystencji". Szatańska pycha i nienawiść do stworzonego przez Boga świata ("I spojrzał Bóg na wszystko, co uczynił, a było to bardzo dobre” (I Mojż. 1,31) ze stałymi prawami i wznoszącą się ku Bogu hierarchią i różnicami doskonałości, dąży do lekceważenia praw natury i występujących w niej najoczywistszych nawet nierówności (przykład dzieci jest tu szczególnie klarowny). Po zniszczeniu "starego świata" ma nastać na jego ruinach era powszechnej szczęśliwości. Nihil novi sub sole - to samo planowali już gnostycy, narodowi socjaliści czy komuniści. Dziś jednak metody do kontrolowania ludzi i totalitaryzmu są o wiele bardziej wyrafinowane niż za czasów stalinowskich. Bez totalitarnego przymusu nie zbuduje się zaś (anty)ładu opartego na zasadach tak jaskrawo sprzecznych z naturą rzeczy. Uśpione medialną papką i tematami zastepczymi społeczeństwo w tym jego elity wydaje się nie dostrzegać w pełni zagrożeń płynących z dalszej i popartej prawnym przymusem realizacji rewolucji kulturalnej w Unii Europejskiej. Dlatego należy przypomnieć sobie o przestrodze profesora de Oliveiry:
"Jeżeli pewnego dnia III lub IV Rewolucja wspierana ekumenicznym progresizmem w dziedzinie duchowej, ogarnie doczesne życie ludzkości, to będziemy to zawdzięczać bardziej niedbalstwu i kolaboracji tych (...) proroków zdrowego rozsądku niż całej furii rewolucyjnych bojowników i służb propagandowych"...
Marcin Jendrzejczak




Komentarze
Pokaż komentarze