Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl
206
BLOG

Eugeniusz Obarski: Demokracja to opium dla ludu?

Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl Polityka Obserwuj notkę 6
"Dla liberalnej demokracji nie ma różnicy między wiedzą a ignorancją; ani w przypadku wyborców ani wybranych. Czyni ona zatem z polityki specjalny obszar, specyficzną dziedzinę, w której obowiązują prawa inne, niż te, obowiązujące w codziennym życiu. W tym wypadku ideologia wypiera rozum, przezorność i doświadczenie. Innymi słowy, wypiera zdrowy ludzki rozsądek (…) promuje brak oryginalnego i niezależnego myślenia (…) aby utrzymać demokrację, potrzebna jest ‘głupota na ogromną skalę’" – pisze Erik von Kuehnelt-Leddihn,
austriacki filozof, politolog i historyk idei, który, podobnie jak wielu ludzi bystrych i rozumnych, nie znosił demokracji i myśli lewicowej. Rzec można, że nie znosił jej przez dziewięćdziesiąt lat, tyle bowiem trwało jego wypełnione twórczą pracą życie (zmarł w 1999 roku). W najmniejszym stopniu nie przekonały go do demokracji światowe „osiągnięcia” demoliberalizmu, a już najmniej dokonania Rewolucji Francuskiej (z jej naczelnym i jakże krwawym, gdy zastosowane, rojeniem o równości, wolności i braterstwie), jak również „osiągnięcia” jej równie krwawych i sadystycznych spadkobierców: socjalizmu czerwonego – internacjonalistycznego, i brunatnego – narodowego. Przyjrzał się bowiem Kuhnelt-Leddihn „demokratyzacji” i jej owocom nad wyraz dokładnie; tak jeżdżąc po świecie, poznając najprzeróżniejsze kraje i ich kultury, jak i prowadząc przez całe życie wnikliwe studia historyczne. Był wprawdzie modelowym konserwatystą, teistą wyznania katolickiego, więc niejako naturalnie nie pociągała go świecka, ateistyczna religia demokracji wynosząca na niebiosa człowieka w miejsce Boga. Lecz nie dogmatyczne presupozycje odgrywały tu wiodącą rolę, a doskonała znajomość historycznych wydarzeń i faktów oraz racjonalizm nie zaczadzonego jakąkolwiek ideologią umysłu autora, który swą niechęć do demokracji, naturalnie wraz z jej jakże sensownym uzasadnieniem prezentował w swych kolejnych książkach. A niechęć tę, dodajmy, dzielił Leddihn z niezgorszym, rozumnym bez wątpienia towarzystwem – z Platonem, Arystotelesem, Sokratesem, Arystofanesem, Cyceronem; już wówczas bowiem za demokracją nie przepadano. Twórca ustroju Sparty, Likurg, zapytany, dlaczego nie wprowadził tam demokracji, odparł: „Chcesz demokracji? Wprowadź ją najpierw we własnej rodzinie”.

W dzisiejszych czasach, kiedy to zwykłe, nie wyszukane przecież w istocie narzędzie wyborcze stało się przedmiotem swoistego kultu i obrosło w ideologiczne chaszcze maskujące jego istotę, gdy środek zamienił się miejscami z celem, dobrze jest wiedzieć, co sądzą krytycy tego stanu rzeczy, jakich argumentów dobywają. A jakże niepopularne to dziś sądy; przytoczmy tu chociaż jeden z nich: Kuriozalny jest fakt finansowania partii przez państwo. Ponieważ partie wkładają największą energię w zwalczenie swych politycznych przeciwników, szokuje świadomość, że państwo przeznacza pieniądze podatników na wspieranie rozłamów w społeczeństwie. Nie ulega więc wątpliwości, że nie usłyszymy podobnych twierdzeń i argumentów w szkole, na studiach, nie pojawią się one także w mediach, na próżno by ich szukać w biuletynach Unii Europejskiej. Są one bowiem nie do pogodzenia z fikcją suwerenności ludu, z idiotyzmem zwanym political correctness, z teoriami o „wykluczeniu”, akcją afirmatywną, z dogmatem „tolerancji”, jednym słowem, z tzw. postępem, który dla tradycjonalisty i konserwatysty jest jedynie hardym, bluźnierczym wywracaniem urządzeń dawnego świata, jego sprawdzonych w życiu wartości i hierarchii do góry nogami. Lecz właśnie dlatego są owe krytyczne poglądy tak cenne i ważne; przegląda się w nich bowiem przeszłość i tradycja ze swymi nie „równościowymi” a hierarchicznymi urządzeniami społecznymi, które, dodajmy, nie miały żadnego problemu z naturalnym i nie budzącym wątpliwości wykluczeniem (np. z gremiów podejmujących istotne decyzje dla polityki i kultury) prostaka, ćwierćinteligenta, zwykłego głupca, czy równie bezwzględnego, co bezideowego karierowicza, jakich wielu kręci się obecnie wokół „kół sterowych” każdego demokratycznego państwa, co umożliwiają im znakomicie obowiązujące „demokratyczne standardy”.

Hołdowanie tego rodzaju „postępowości” w atmosferze demokratycznej obsesji, czy wręcz psychozy, powoduje, że zamiast rządów elit, które do niedawna budowały i umacniały ten świat, stawia się dziś na rządy miernot i hegemonię motłochu wdzierającego się wszędzie i niszczącego wszystko, co napotka na swej drodze, motłochu dla którego nie istnieją żadne świętości, żadne obowiązki wobec społeczności, żadne wartości czy dobro wspólne, żadna refleksja i myśl o przyszłości, a jedynie „prawa człowieka”, „wolność” i hedonistyczne „teraz”. Nawet socjalista J.P. Proudhon, twórca i rzecznik anarchizmu, wyznał bez ogródek, że demokracja to arystokracja miernoty.

W oczach konserwatysty jest więc demokracja powszechnym „rozbrojeniem” i rozprzężeniem; prowadzi ona do unifikacji i atomizacji społecznej skutkujących niosącym wielkie niebezpieczeństwo stępieniem społecznego instynktu samozachowawczego i osłabieniem, dezorganizacją państwa. Nawiasem mówiąc, tego typu naczelne „dobra” demokracji dostrzegają także terroryści-islamiści – aczkolwiek nie posłuży to celowi, który mógłby być nam miły – jeden z nich wypowiedział bowiem znamienne słowa: „Pokonamy was dzięki waszej demokracji”. Słowa te przytomnie oceniają demokratyczną rzeczywistość i wynikające zeń zagrożenia. Cóż, dzięki demokracji pokonaliśmy się już w dużym stopniu sami, i to na własne życzenie, najpierw „przezwyciężając” rozum na rzecz społeczno-politycznej iluzji i w efekcie stawiając na łatwą ilość, zamiast na trudniejszą jakość…

Książka Leddihna poprzedzona jest Wstępem pióra Tomasza Gabisia pt. Erik von Kuehnelt-Leddihn: zawsze za wolnością, zawsze przeciw równości. Tych pojęć nie sposób bowiem pogodzić ze sobą; albo-albo – twierdzi Kuehnelt-Leddihn, przywołując m.in. wypowiedź Goethego na ten temat: Prawodawcy i rewolucjoniści, którzy wolność i równość wymieniają jednym tchem, są fantastami i szarlatanami. Na końcu książki wydawca pomieścił dodatkowo ważny tekst Leddihna – Deklarację Portlandzką, którą poprzedza przedmowa autora skierowana do polskiego czytelnika. Przesłanie Deklaracji ani trochę nie straciło na wartości mimo upływu czasu i niewątpliwie stanowi ono nadal cenny drogowskaz.

Ze wszech miar warto sięgnąć po tę książkę, bowiem stanowi ona kompendium celowo „zapoznanej” wiedzy na temat demokracji, jej istoty, mechanizmów i pokłosia. Lektura to wręcz obligatoryjna dla każdego, kto nie zamierza bez reszty pogrążyć się w oceanie lewicowych utopii i mrzonek, w demoliberalnej indoktrynacji wylewającej się nieprzerwanie z mediów, niczym z niegdysiejszego czerwonego Notatnika Agitatora; lektura dla każdego, kto nie zamierza popaść w nałóg i uzależnić się od tytułowego opium dla ludu! To wyborna nań odtrutka, jak i na każdy rodzaj ukąszenia heglowskiego. Oby była równie skuteczna, co smakowita!

Eugeniusz Obarski


Erik von Kuehnelt-Leddihn, „Demokracja – opium dla ludu?”, Wydawnictwo Thesaurus, Łódź – Wrocław, 2008

www.konserwatyzm.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (6)

Inne tematy w dziale Polityka