Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl
42
BLOG

Ludwik Skurzak: Miara degeneracji

Publicyści Konserwatyzm.pl Publicyści Konserwatyzm.pl Polityka Obserwuj notkę 3
Istnieją rozbieżne koncepcje na temat tego, co spowodowało przegraną PiS w 2007 roku. Jedna z nich mówi, że Polacy mieli dość utrzymywania się wysokiej temperatury życia publicznego z jasnym artykułowaniem konfliktów. Donald Tusk miał wygrać pragmatycznym podejściem i niechęcią do ideologicznych sporów.

Jeżeli faktycznie tak było (osobiście nie sądzę), to elektorat otrzymał dokładnie to, czego się nie spodziewał. Nie następuje żadne rozwiązywanie problemów praktycznych bez baczenia na ideologię. Jest tylko gra marketingu.

To, że różni ludzie dochodzili do wniosku, że politycy powinni przestać zajmować się polityką, czyli sporem dotyczącym fundamentalnych kwestii i wprowadzaniem w życie wynikających z nich praktycznych konsekwencji, samo w sobie nie dziwi. Chociażby Cezary Michalski, który dla opisu tego, również własnego stanu umysłu zaproponował bardzo celne określenie "liberalizm zmęczenia". Gdybym nie wiedział, bardzo możliwe, że właśnie jego podejrzewałbym o autorstwo następującego sformułowania: "Potrzebne jest przygaszenie idei 'krucjaty' i przeniesienie ciężaru na kierunek zdroworozsądkowy. Najlepiej z czasowym wyciszeniem się z dyskusji w materii religijnej".

Niespodzianka polega na tym, że zdania te napisał Bartłomiej Królikowski na łamach "Myśl.pl", pisma związanego z Młodzieżą Wszechpolską gdzie prowadzi się dyskusje nad tym, czemu zasiadając jeszcze przed chwilą w fotelach ministerialnych, obecnie środowisko znalazło się całkowicie na aucie. W tym samym numerze Rafał Wiechecki pisze: "Na naszą ostatnią szansę czekaliśmy jako środowisko prawie 80 lat i ją zmarnowaliśmy". Zapewne nie dowodzi to spostrzegawczości i rozumienia polityki potrzebnego w życiu publicznym, skoro byli tacy, co jeszcze przed 2005 rokiem mówili, że środowisko to kroczy ku zgubie. Z drugiej strony, lepiej późno, niż wcale.

Poszukiwanie przyczyn porażki dało efekty oszałamiające. Właśnie Bartłomiej Królikowski odnalazł je w niedostosowaniu się do faktycznej duchowości większości Polaków, w istocie dość letniej. "Polacy traktują religijność, jako swego rodzaju odprawienie obowiązku, pewną tradycję, dobry zwyczaj. [...] LPR chciała być sumieniem Polaków, kiwając im palcem, że nie robią tak, jak im nakazuje wiara. [...] I tutaj pojawił się zdecydowany błąd LPR. Ponieważ poruszył ich sumienia, wpakował się z butami do ich prywatnej religijności i życia: jesteś dobrym katolikiem? To walcz o prawo do życia! Nie chcesz walczyć? To jesteś złym katolikiem! Nikt nie lubi przemądrzałych moralistów, a takim LPR stało się dla dość letnich religijnie Polaków. Wykrzyczeli Polakom to, co było dla nich wstydliwe, co chcieliby przemilczeć".

Autor przeprowadza głęboką racjonalizację tego poglądu dowodząc sprzeczności linii praktycznej z najistotniejszymi założeniami programowymi. "Postawienie interesu religijnego na pierwszym planie działań ruchu narodowego jest nieporozumieniem. [...] Pierwszą zasadniczą kwestią był prymat Rzymu, który przecież również miał swoją politykę, nie zawsze zgodną z polityką polską".

Może nieco upraszczając, okazuje się, że przyczyną klęski LPR były związki z Kościołem. Z konserwatywnego punktu widzenia jest to pogląd dość ekscentryczny. Patrząc na to, co się dzieje w Polsce w ostatnim czasie, widząc, jak kompromitują się kolejne ekipy a brak naprawdę godnych tej nazwy elit można nawet zacząć podejrzewać coś dokładnie odwrotnego. Bez Kościoła, wycofanego od piętnastu lat z realnego życia publicznego a poprzestającego tylko na oficjalnym asystowaniu, nic z tego nie będzie. Czyż znając historię naszego kraju jest to, mimo swej niepoprawności politycznej, hipoteza nieuzasadniona? Jak bardzo Kościołowi dziś szkodzi to, że będąc postrzeganym jako uczestniczący w politycznym, faktycznie nie chce wywierać realnego koncepcyjnego wpływu. Słabo oddziałuje na działania polityków, natomiast jest przez nich wykorzystywany jedynie w dniu wyborów.

"Sam uniwersalizm chrześcijański jest dla endeków niewygodny" - pisze Bartłomiej Królikowski. Skoro tak, to wynika z tego, że jego środowisko przesunęło się już na zupełnie inne pozycje niż ci, dla których nauczanie Kościoła ma zasadnicze dla tożsamości znaczenie. Z czasów PRL-u można przypomnieć, jak śmiesznie wypadały próby pisania historii Polski z pominięciem chrześcijaństwa, nawet wówczas szybko z tego zrezygnowano.

Prawie sto lat temu Roman Dmowski napisał "Upadek myśli konserwatywnej w Polsce". Dziś widać miarę degeneracji tych, którzy chcieliby być jego uczniami. Z narodowej demokracji pozostała już tylko demokracja. Przekonanie, że polityk powinien schlebiać najniższym gustom elektoratu, a nie być tym, który wyznacza standardy i kreśli wizje na przyszłość. Na dodatek ta populistyczna wizja w Polsce chyba dalej jest nieprawdziwa. Przywiązanie do nauczania Kościoła nie jest aż tak fikcyjne, jak to się Bartłomiejowi Królikowskiemu wydaje. Choć oczywiście, przyłączenie się do nurtów, które chcą wraz z Unią Europejską Polskę laicyzować, jest dużo prostsze i może przynieść nawet pochwały w demoliberalnych mediach. Jak tak dalej pójdzie zobaczymy Młodzież Wszechpolską sławiącą zalety homoseksualizmu.

Ludwik Skurzak

www.konserwatyzm.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka