Niedługo, 2 kwietnia, minie 6 lat od dnia, kiedy grupa posłów PiS złożyła w Sejmie projekt "Deklaracja o suwerenności państwa w dziedzinie moralności i kultury". Dokument ten miał na celu zabezpieczanie podstawowych interesów narodowych Polski w obliczu zbliżającego się wejścia do Unii Europejskiej.
Wnioskodawcy uważali, że nasz kraj zapewne znajdzie się w tej strukturze, ale mimo to - a może właśnie dla tego - należy używać wszelkich dostępnych metod, by próbować bronić się przed cywilizacyjnymi zagrożeniami.
Deklaracja nie odegrała poważniejszej roli a jeżeli dziś warto o niej przypomnieć, to nawet nie z powodu zbliżającej się właśnie rocznicy. Pod projektem podpisali się posłowie PiS łącznie z najbardziej wpływowymi politykami tego ugrupowania takimi jak Przemysław Gosiewski, Zbigniew Ziobro, Mariusz Kamiński czy jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego - Adam Lipiński. Ale była to przede wszystkim inicjatywa środowiska Marka Jurka.
W "Naszym Dzienniku" z dnia 14 marca 2008 roku opublikowany został wywiad z byłym Marszałkiem Sejmu pod mówiącym już wszystko tytułem: "Poprawki PiS są bez znaczenia". Odpowiadając na zaledwie cztery pytania Marek Jurek w krótkich żołnierskich słowach przesądza szybko i wszystko: " Nawet gdyby Przemysław Gosiewski poprzedził traktat wstępem do Konstytucji 3 Maja, Kartą Praw Rodziny czy statutem PiS - nie będzie to miało żadnego znaczenia prawnego". Tym razem chodzi oczywiście o znajdującą się w centrum sporu politycznego ratyfikację Traktatu Lizbońskiego.
Przypomnijmy więc, co parę lat wcześniej Marek Jurek pisał o opisywanej na wstępie własnej Deklaracji z 2002 roku. W wydawanym przez jego środowisko piśmie "Christianitas" nr 11/12 z 2002 roku możemy przeczytać: "Deklaracja, która sama w sobie jest wypowiedzią w debacie europejskiej, ale również deklaracją interpretacyjną, chroniącą interes narodowy wobec każdego traktatu zawartego przez Polskę". W kolejnym numerze ("Christianitas" nr 13 z 2002 roku), ten sam autor uzupełnia: "Europa upada sama, niezależnie od Unii, choć wiele instytucji Unii Europę do tego upadku popycha. A póki co wyrazem europejskiej odpowiedzialności polskiej prawicy była Deklaracja o suwerenności państwa w dziedzinie moralności i kultury, opracowana przez Artura Zawiszę i przedstawiona w Sejmie przez Prawo i Sprawiedliwość. Intencją Deklaracji było potwierdzenie przez polski parlament prawdy, że odpowiedzialność moralna i ochrona kultury narodowej są zasadniczymi składnikami odpowiedzialności i związanej z władzą suwerenną. Jako takie stanowią więc niezbywalne składniki suwerenności narodowej, których nie mogą naruszyć ani ograniczyć żadne umowy międzynarodowe".
Jak to więc jest? Gdy Przemysław Gosiewski podpisuje Deklarację o randze jedynie uchwały stworzoną przez środowisko Marka Jurka za czasów, gdy było ono jeszcze w PiS, określa się ją jako: " chroniącą interes narodowy wobec każdego traktatu zawartego przez Polskę". Gdy ta sama metoda opatrywania umów międzynarodowych deklaracjami i to nawet o randze ustawy jest wykorzystywana przez PiS obecnie, a więc już bez Marka Jurka, można skwitować, że: "nawet gdyby Przemysław Gosiewski poprzedził traktat wstępem do Konstytucji 3 Maja, Kartą Praw Rodziny czy statutem PiS - nie będzie to miało żadnego znaczenia prawnego".
Hipokryzja jako metoda polityczna nie jest zjawiskiem szczególnie rzadkim w realiach demokracji. Jednak to właśnie od katolicko-konserwatywnej prawicy oczekuje się wystrzegania takich działań.
Jeszcze w 2004 roku Marek Jurek pisał ("Christianitas" nr 19/20 z 2004 roku): "W Polsce świadome siły katolickie mogą zbudować większość polityczną. Nie stanowią jednak bezwzględnej większości społecznej. To więc sprawa jedności katolickiej była dla (bliskiego mi) grona działaczy Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego zasadniczym motywem zaangażowania w budowę partii Prawa i Sprawiedliwości jako partii centroprawicowej, zdolnej do zaproponowania przywództwa narodowego i budowania obozu większości, w której jednocześnie działają politycy o poglądach wyraźnie katolicko-konserwatywnych, dbający o chrześcijański charakter takiego szerokiego ruchu patriotyczno-antykomunistycznego".
Nie trzeba być obdarzonym szczególnie dobrą pamięcią by bez problemu wspomnieć, iż to właśnie Marek Jurek po wyborach 2001 roku jednoznacznie głosił, że optymalnym pomysłem dla polityków o poglądach katolicko-konserwatywnych jest funkcjonowanie w ramach PiS. Niezbędnym jest też przypomnieć, iż było to w czasach, gdy po wejściu do parlamentu LPR istniała realna możliwość budowania prawicy według innego pomysłu. Nawet LPR nie była wówczas jeszcze opanowana przez Romana Giertycha, lecz kierowana przez takich liderów jak Jan Łopuszański, Antonii Macierewicz czy Jan Olszewski. Czemu wówczas Marek Jurek nie dołączył do nich ze swoją grupą i nie stworzył partii, która przy odrobinie szczęścia mogłaby stać się zwycięzca wyborów 2005 roku, gdy Polacy odwrócili się od lewicy?
Dopiero w 2007 roku Marek Jurek nagle odkrył, że "świadome siły katolickie" nie mają co w PiS szukać, mimo, że wówczas ewidentnie nie był już czas na tworzenie projektów politycznych od zera, a działalność Marszałka Sejmu służyła jedynie osłabianiu PiS.
Trzeba nawet dodać więcej. Wydawałoby się, że Marek Jurek walczył wtedy za jedną z najważniejszych spraw - ochronę życia. Jednak wystarczy tej sprawie przyjrzeć się odrobinę bliżej, by wszystko nie było już takie oczywiste. Przede wszystkim z samej arytmetyki parlamentarnej wynikało, że poprawkę Konstytucji przeprowadzić można jedynie uzyskując przynajmniej część głosów PO. W tej sytuacji było jasne, że to w tamtej partii należy przede wszystkim poszukać poparcia, a to, co najbardziej zaszkodzić może sprawie, to ustawienie w takim kontekście partyjnym, że sukces jednego ugrupowania będzie kapitulacją drugiego. W atmosferze bardzo silnego konfliktu między PiS i PO Marek Jurek zupełnie nie podołał temu zadaniu i w gruncie rzeczy doprowadził do tego, że do tematu konstytucyjnych gwarancji obrony życia wrócić w najbliższym czasie będzie bardzo trudno.
Niestety, w sprawie tej trzeba zadać jeszcze jedno pytanie. Nim doszło do porażki w głosowaniu na sali obrad, projekt zmiany Konstytucji złożony przecież przez Romana Giertycha przeleżał długie miesiące w marszałkowskiej szufladzie Marka Jurka. Dlaczego? Co spowodowało, że w końcu powrócił na światło dzienne?
Czy nie było tak, że miało to pewien związek ze sprawą abpa Stanisława Wielgusa? Na początku 2007 roku środowisko Marka Jurka mocno zaangażowało się we wmawianie polskim katolikom, że abp Stanisław Wielgus z cała pewnością jest agentem niegodnym objęcia metropolii warszawskiej. W wydanej w tym samym czasie książce "Odwaga prawdy, spór o lustrację w polskim Kościele" Tomasz P. Terlikowski pisał: "Najlepiej widoczną nowością w owym dyskursie jest powstanie szerokiej i bardzo różnorodnej koalicji świeckiej katolickiej inteligencji, wspieranej przez duchownych i zakonników młodszego pokolenia. Tym co łączyło te środowiska (od 'Tygodnika Powszechnego' i 'Znaku' przez 'Więź' i 'Frondę' aż po 'Christianitas'), była lustracja, ale trudno nie dostrzec, że wspólnota fundamentalnych poglądów może sięgać znacznie głębiej".
Nie można nie postawić tego pytania. Czy cudowne odnalezienie we własnym biurku i tak gwałtowne podjęcie inicjatywy Romana Giertycha nie było paniczną próbą odcięcia się od tej kłopotliwej koalicji, skoro Marek Jurek niewątpliwie zauważył, że większość hierarchii niechętnym okiem spogląda na ingerowanie w porządek Kościoła za pomocą świeckich służb specjalnych? W istocie bowiem, dla katolika szczególności w sprawach dotyczących kapłanów, znaczenie powinno mieć raczej to, co powiedzą biskupi, niż instytucje państwowe.
Jeżeli miałoby się okazać, że tak właśnie było, wychodziłoby na to, że sprawa ochrony życia została użyta przez Marka Jurka instrumentalnie. Byłaby to również hipokryzja powoływania się na najbardziej szczytne ideały w imię dość trywialnych interesów własnych.
Można by o tym wszystkim nie mówić, gdyby nie fakt, że z historii należy się uczyć. Marek Jurek ewidentnie działa w tej chwili w kierunku utworzenia nowego ugrupowania politycznego, które zapewniłoby mu elekcję do Parlamentu Europejskiego w przyszłorocznych wyborach. Niewybrednie atakuje przy tym PiS, który jest jego głównym konkurentem. Ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego można zapewne wiele zarzucić. Jest tylko jeden problem. Nie powinien czynić tego akurat Marek Jurek, skoro to on właśnie zmarnotrawił szansę na to, by polska prawica wyglądała inaczej. Całe lata zasiadał w fotelach PiS piastując funkcję Wiceprezesa tej partii i nie zgłaszając żadnych zastrzeżeń.
W demokracji życie polityczne płynie szybko. Nie wiadomo, jakie są dalsze losy polskiej prawicy katolicko-konserwatywnej. Jedno jest jednak pewne. Marek Jurek nie jest tą osobą, której należy powierzać jej przyszłość.
Ludwik Skurzak
Wnioskodawcy uważali, że nasz kraj zapewne znajdzie się w tej strukturze, ale mimo to - a może właśnie dla tego - należy używać wszelkich dostępnych metod, by próbować bronić się przed cywilizacyjnymi zagrożeniami.
Deklaracja nie odegrała poważniejszej roli a jeżeli dziś warto o niej przypomnieć, to nawet nie z powodu zbliżającej się właśnie rocznicy. Pod projektem podpisali się posłowie PiS łącznie z najbardziej wpływowymi politykami tego ugrupowania takimi jak Przemysław Gosiewski, Zbigniew Ziobro, Mariusz Kamiński czy jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego - Adam Lipiński. Ale była to przede wszystkim inicjatywa środowiska Marka Jurka.
W "Naszym Dzienniku" z dnia 14 marca 2008 roku opublikowany został wywiad z byłym Marszałkiem Sejmu pod mówiącym już wszystko tytułem: "Poprawki PiS są bez znaczenia". Odpowiadając na zaledwie cztery pytania Marek Jurek w krótkich żołnierskich słowach przesądza szybko i wszystko: " Nawet gdyby Przemysław Gosiewski poprzedził traktat wstępem do Konstytucji 3 Maja, Kartą Praw Rodziny czy statutem PiS - nie będzie to miało żadnego znaczenia prawnego". Tym razem chodzi oczywiście o znajdującą się w centrum sporu politycznego ratyfikację Traktatu Lizbońskiego.
Przypomnijmy więc, co parę lat wcześniej Marek Jurek pisał o opisywanej na wstępie własnej Deklaracji z 2002 roku. W wydawanym przez jego środowisko piśmie "Christianitas" nr 11/12 z 2002 roku możemy przeczytać: "Deklaracja, która sama w sobie jest wypowiedzią w debacie europejskiej, ale również deklaracją interpretacyjną, chroniącą interes narodowy wobec każdego traktatu zawartego przez Polskę". W kolejnym numerze ("Christianitas" nr 13 z 2002 roku), ten sam autor uzupełnia: "Europa upada sama, niezależnie od Unii, choć wiele instytucji Unii Europę do tego upadku popycha. A póki co wyrazem europejskiej odpowiedzialności polskiej prawicy była Deklaracja o suwerenności państwa w dziedzinie moralności i kultury, opracowana przez Artura Zawiszę i przedstawiona w Sejmie przez Prawo i Sprawiedliwość. Intencją Deklaracji było potwierdzenie przez polski parlament prawdy, że odpowiedzialność moralna i ochrona kultury narodowej są zasadniczymi składnikami odpowiedzialności i związanej z władzą suwerenną. Jako takie stanowią więc niezbywalne składniki suwerenności narodowej, których nie mogą naruszyć ani ograniczyć żadne umowy międzynarodowe".
Jak to więc jest? Gdy Przemysław Gosiewski podpisuje Deklarację o randze jedynie uchwały stworzoną przez środowisko Marka Jurka za czasów, gdy było ono jeszcze w PiS, określa się ją jako: " chroniącą interes narodowy wobec każdego traktatu zawartego przez Polskę". Gdy ta sama metoda opatrywania umów międzynarodowych deklaracjami i to nawet o randze ustawy jest wykorzystywana przez PiS obecnie, a więc już bez Marka Jurka, można skwitować, że: "nawet gdyby Przemysław Gosiewski poprzedził traktat wstępem do Konstytucji 3 Maja, Kartą Praw Rodziny czy statutem PiS - nie będzie to miało żadnego znaczenia prawnego".
Hipokryzja jako metoda polityczna nie jest zjawiskiem szczególnie rzadkim w realiach demokracji. Jednak to właśnie od katolicko-konserwatywnej prawicy oczekuje się wystrzegania takich działań.
Jeszcze w 2004 roku Marek Jurek pisał ("Christianitas" nr 19/20 z 2004 roku): "W Polsce świadome siły katolickie mogą zbudować większość polityczną. Nie stanowią jednak bezwzględnej większości społecznej. To więc sprawa jedności katolickiej była dla (bliskiego mi) grona działaczy Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego zasadniczym motywem zaangażowania w budowę partii Prawa i Sprawiedliwości jako partii centroprawicowej, zdolnej do zaproponowania przywództwa narodowego i budowania obozu większości, w której jednocześnie działają politycy o poglądach wyraźnie katolicko-konserwatywnych, dbający o chrześcijański charakter takiego szerokiego ruchu patriotyczno-antykomunistycznego".
Nie trzeba być obdarzonym szczególnie dobrą pamięcią by bez problemu wspomnieć, iż to właśnie Marek Jurek po wyborach 2001 roku jednoznacznie głosił, że optymalnym pomysłem dla polityków o poglądach katolicko-konserwatywnych jest funkcjonowanie w ramach PiS. Niezbędnym jest też przypomnieć, iż było to w czasach, gdy po wejściu do parlamentu LPR istniała realna możliwość budowania prawicy według innego pomysłu. Nawet LPR nie była wówczas jeszcze opanowana przez Romana Giertycha, lecz kierowana przez takich liderów jak Jan Łopuszański, Antonii Macierewicz czy Jan Olszewski. Czemu wówczas Marek Jurek nie dołączył do nich ze swoją grupą i nie stworzył partii, która przy odrobinie szczęścia mogłaby stać się zwycięzca wyborów 2005 roku, gdy Polacy odwrócili się od lewicy?
Dopiero w 2007 roku Marek Jurek nagle odkrył, że "świadome siły katolickie" nie mają co w PiS szukać, mimo, że wówczas ewidentnie nie był już czas na tworzenie projektów politycznych od zera, a działalność Marszałka Sejmu służyła jedynie osłabianiu PiS.
Trzeba nawet dodać więcej. Wydawałoby się, że Marek Jurek walczył wtedy za jedną z najważniejszych spraw - ochronę życia. Jednak wystarczy tej sprawie przyjrzeć się odrobinę bliżej, by wszystko nie było już takie oczywiste. Przede wszystkim z samej arytmetyki parlamentarnej wynikało, że poprawkę Konstytucji przeprowadzić można jedynie uzyskując przynajmniej część głosów PO. W tej sytuacji było jasne, że to w tamtej partii należy przede wszystkim poszukać poparcia, a to, co najbardziej zaszkodzić może sprawie, to ustawienie w takim kontekście partyjnym, że sukces jednego ugrupowania będzie kapitulacją drugiego. W atmosferze bardzo silnego konfliktu między PiS i PO Marek Jurek zupełnie nie podołał temu zadaniu i w gruncie rzeczy doprowadził do tego, że do tematu konstytucyjnych gwarancji obrony życia wrócić w najbliższym czasie będzie bardzo trudno.
Niestety, w sprawie tej trzeba zadać jeszcze jedno pytanie. Nim doszło do porażki w głosowaniu na sali obrad, projekt zmiany Konstytucji złożony przecież przez Romana Giertycha przeleżał długie miesiące w marszałkowskiej szufladzie Marka Jurka. Dlaczego? Co spowodowało, że w końcu powrócił na światło dzienne?
Czy nie było tak, że miało to pewien związek ze sprawą abpa Stanisława Wielgusa? Na początku 2007 roku środowisko Marka Jurka mocno zaangażowało się we wmawianie polskim katolikom, że abp Stanisław Wielgus z cała pewnością jest agentem niegodnym objęcia metropolii warszawskiej. W wydanej w tym samym czasie książce "Odwaga prawdy, spór o lustrację w polskim Kościele" Tomasz P. Terlikowski pisał: "Najlepiej widoczną nowością w owym dyskursie jest powstanie szerokiej i bardzo różnorodnej koalicji świeckiej katolickiej inteligencji, wspieranej przez duchownych i zakonników młodszego pokolenia. Tym co łączyło te środowiska (od 'Tygodnika Powszechnego' i 'Znaku' przez 'Więź' i 'Frondę' aż po 'Christianitas'), była lustracja, ale trudno nie dostrzec, że wspólnota fundamentalnych poglądów może sięgać znacznie głębiej".
Nie można nie postawić tego pytania. Czy cudowne odnalezienie we własnym biurku i tak gwałtowne podjęcie inicjatywy Romana Giertycha nie było paniczną próbą odcięcia się od tej kłopotliwej koalicji, skoro Marek Jurek niewątpliwie zauważył, że większość hierarchii niechętnym okiem spogląda na ingerowanie w porządek Kościoła za pomocą świeckich służb specjalnych? W istocie bowiem, dla katolika szczególności w sprawach dotyczących kapłanów, znaczenie powinno mieć raczej to, co powiedzą biskupi, niż instytucje państwowe.
Jeżeli miałoby się okazać, że tak właśnie było, wychodziłoby na to, że sprawa ochrony życia została użyta przez Marka Jurka instrumentalnie. Byłaby to również hipokryzja powoływania się na najbardziej szczytne ideały w imię dość trywialnych interesów własnych.
Można by o tym wszystkim nie mówić, gdyby nie fakt, że z historii należy się uczyć. Marek Jurek ewidentnie działa w tej chwili w kierunku utworzenia nowego ugrupowania politycznego, które zapewniłoby mu elekcję do Parlamentu Europejskiego w przyszłorocznych wyborach. Niewybrednie atakuje przy tym PiS, który jest jego głównym konkurentem. Ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego można zapewne wiele zarzucić. Jest tylko jeden problem. Nie powinien czynić tego akurat Marek Jurek, skoro to on właśnie zmarnotrawił szansę na to, by polska prawica wyglądała inaczej. Całe lata zasiadał w fotelach PiS piastując funkcję Wiceprezesa tej partii i nie zgłaszając żadnych zastrzeżeń.
W demokracji życie polityczne płynie szybko. Nie wiadomo, jakie są dalsze losy polskiej prawicy katolicko-konserwatywnej. Jedno jest jednak pewne. Marek Jurek nie jest tą osobą, której należy powierzać jej przyszłość.
Ludwik Skurzak




Komentarze
Pokaż komentarze (4)