PiS w osobie p. Błaszczaka obwieścił światu klęskę wyborczą Platformy. Nie mógł naturalnie odnieść się do faktycznych wyników wyborów, a zwłaszcza porównać ich z tymi z 2006 roku, bo (jak to obrazowo ujął M. Migalski) to był łomot. I to nie tylko w dużych miastach. P. Błaszczyk czepnął się zatem przedwyborczych sondaży, które dawały PO zwycięstwo w granicach 40% i to przyjął jako punkt odniesienia. Podobnie "argumentują" salonowicze. No cóż, jakoś pocieszać się trzeba...
Warto chyba zastanowić się nad przyczynami kolejnego tak znaczącego przeszacowania wyniku PO. Trzeba być bardzo naiwnym albo też może być niespełna rozumu, aby twierdzić, że owe zawyżone szacunki partii rządzącej są robione na zamówienie władzy lub co najmniej, aby się jej przypodobać. Dlaczego? Ano dlatego, iż byłaby to niedźwiedzia przysługa. Wiadomo, iż PiS ma bardzo zdyscyplinowany elektorat, który będzie w razie konieczności przebijał się przez zaspy, aby na czas dotrzeć do lokali wyborczych. A jak to wygląda u zwolenników PO? Jeśli jeden z drugim przeczyta, iż w sondażach jego partia prowadzi z przeciwnikiem 20 procentami, może to go zniechęcić do udziału w wyborach, bo przecież "nasi i tak wygrają". Logiczne? Skąd zatem to przeszacowanie? Odpowiedź jest prosta - z wprowadzania w bład sondażowni przez sympatyków PiS. Albo wstydzą się swoich preferencji wyborczych i ich nie ujawniają, albo też - i to jest najbardziej prawdopodobne - robią to celowo, aby uśpić czujność wrogów. O ile dobrze pamiętam, jeszcze przed wyborami prezydenckimi, ktoś w S24 reklamował taką strategię. A to, że polega ona na zakłamaniu, to chyba nikogo nie dziwi...
538
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (13)