Nie milkną spory co do prawnej możliwości udziału prof. Gilowskiej w debacie na temat finansów Państwa. Udziału po stronie PiS. Kluczowe jest tu magiczne określenie „działalność publiczna”, które dla wielu nie jest oczywiste, tak jakby sam wyraz „publiczny” pozostawiał jakikolwiek cień wątpliwości, co oznacza. A wystarczy przecież zerknąć do SJP wyd. PWN. Jeden z salonowych blogerów zażądał wręcz od swoich adwersarzy dowodu w postaci (uwaga!) jakiegoś prawomocnego wyroku sądowego, w którym zawarta byłaby definicja „działalności publicznej”. Zastanawiam się, czy gdyby tenże bloger został przyłapany przez policjanta na przechodzeniu przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, też żądałby udowodnienia mu popełnienia wykroczenia na podstawie prawnej definicji, co to jest „przechodzenie na czerwonym świetle”. Tym bardziej, że przecież nie zdążył przejść, gdyż policjant „wygwizdał” go w połowie drogi.
Inny z kolei bloger próbuje ekspertyzę prof. Winczorka sprowadzić ad absurdum, stawiając tezę, że wszyscy należymy do jakiejś partii.
Cały ten spór od początku był i nadal jest bezsensowny, co (mam nadzieję) łatwo zrozumieć, wyobrażając sobie następującą sytuację:
Załóżmy, że nie ma przeszkód prawnych w kwestii udziału prof. Gilowskiej w debacie na temat finansów z ramienia PiS, a pani Profesor tę ofertę przyjmuje. O czym zatem mogłaby debatować z min. Rostowskim z ramienia PO? O tym kto był / jest lepszym ministrem finansów? Może byłoby to nawet interesujące, oczywiście po uwzględnieniu faktu, iż obojgu przyszło ministrować w diametralnie odmiennych okolicznościach. Publika po takiej „debacie” rozgrzałaby się do czerwoności, udowadniając sobie wzajemnie, kto komu dokopał.
I co? I nic. W dalszym ciągu nie wiedzielibyśmy, kto ma jaki plan radzenia sobie z zapaścią finansów publicznych, jakie zamierza podjąć działania antykryzysowe, jeśli jej / jego ugrupowanie wyjdzie z wyborów zwycięsko. A to nas przecież jedynie interesuje. Konieczna byłaby więc debata prawdziwa. Sytuacja min. Rostowskiego byłaby w niej zupełnie klarowna, wszak firmuje on program swego rządu i swego ugrupowania. A prof. Gilowskiej? Miałaby przedstawiać swoje wizje i koncepcje na przyszłość czy też firmować janosikowe pomysły ekonomiczne J. Kaczyńskiego, które pan Prezes był łaskaw ujawnić w ostatniej autodebacie w Polsat-News?
Pierwsza ewentualność nie wchodzi w rachubę, chyba że J. Kaczyński zapomniałby o swoich pomysłach i wyraźnie zadekretował, że w razie wygrania wyborów powoła Ją na stanowisko ministra finansów, bo tylko wtedy można by w przyszłości PiS i panią minister rozliczyć z ich obietnic i ew. dokonań. Związane byłoby to oczywiście z rezygnacją p. Profesor z członkostwa w RPP i perspektywą zasiadania w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Co by wybrała – nietrudno zgadnąć.
Druga ewentualność dla prof. Gilowskiej - która musiałaby postawić na szali swoją reputację - to wsparcie ekonomicznych pomysłów pana Prezesa. Tu powstrzymam się od komentarza, nie będę się nad nikim znęcał.
Sądzę, że jednoznaczne odcięcie się prof. Gilowskiej od udziału w jakichkolwiek partyjnych debatach miało właśnie takie przesłanki, a nie kierowała Nią – jak to niektórzy sugerują – obawa o utratę intratnej posady. Pani Profesor to przecież mądra kobieta.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)