Wczoraj przegraliśmy. My – wyborcy, acz niekoniecznie zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego. Ale można też powiedzieć: policzyliśmy się i własną siłę poznali. Jest nas prawie połowa. To krzepi. Contra spem spero, że nie rozwalą nas teraz z europejskiej dwururki jak jelenia, że nie zgniotą ustawami o przemocy w rodzinie, że nie zmiażdżą publicznego poczucia moralności gejowskimi adopcjami, nie stłamszą ustawami o tolerancji i politycznej poprawności. Contra spem spero.
Contra spem. Wbrew nadziei. Bo zapowiada się inaczej. Dość szybko zostaliśmy ocenieni i podsumowani; Adam Michnik pokazał nam nasze miejsce. Triumf wyborczy pozwala mu wydyszeć tchem jednym, że ci, którzy ośmielili się głosować na Kaczyńskiego, są „obozem” frustratów i tak dalej. Polska – to brzmiałoby zbyt swojsko; „obóz”... – chciałoby się od razu dopowiedzieć: „koncentracyjny” – rzecz straszna sama w sobie. Bo wszak „Polska głosująca na Komorowskiego to Polska wartości europejskich, demokratycznych, gospodarki rynkowej i państwa prawa...” Zaś „obóz Kaczyńskiego, wspierany przez formacje skrajnej prawicy nacjonalistycznej i klerykalnej w rodzaju Radia Maryja, jest z całą pewnością niebezpieczny dla demokracji w Polsce”.
„Z całą pewnością niebezpieczny”! No tak, skoro do tego „obozu” zalicza się niemal połowa wyborców, musi być niebezpieczny. Patrzę do lustra z niejaką dumą. Czyżbym i ja, kulejący i nieruchawy, był niebezpieczny? Zapewne. Na pewno też piana leci mi z ust, na pewno-m zarażon wścieklizną. Kto by pomyślał...
Zaraz potem patrzę na zdjęcia Komorowskiego zamieszczone na stronie www. „Gazwyboru”. Ach, jaki to Ludzki Pan, prosto z „Pogody dla bogaczy” (pamięta ktoś ten serial?) i tak sympatyczny jak główny, młody bohater „Ojca chrzestnego”, czyli Ojciec Chrzestny junior. Nie wierzę własnym oczom... jaka przemiana... Ów raczej sztywny cynik i lekko niedouczony nieudacznik, kumpel Palikota – jakiego znamy z kampanii i sprzed kampanii, mimo usilnych starań mediów, aby wypadł inaczej – jakże luzacko i przyjemnie wygląda na tych zamieszczanych dziś fotosach.
Od razu przypominam sobie, jakie zdjęcia pokazywano pięć lat temu w trakcie i po kampanii wyborczej Lecha K. I rzeczywiście przez chwilę mam pianę na ustach. I rzeczywiście wydaję się sam sobie niebezpieczny. I czuję się coraz bardziej przedstawicielem „obozu” pełnego „frustracji, lęku przed tym co odmienne, i permanentnego strachu przed Rosją czy Niemcami”, jak Wielki Adam pisze.
Wreszcie na koniec doczytuję, iż ta część wyborców, która głosowała na Kaczyńskiego, „nie czuje się w naszym państwie u siebie”.
Coś takiego. Widać, że role się odwróciły. Jak dotąd, słyszeliśmy o ksenofobach, którzy nie chcą u siebie niczego obcego. Teraz jest już inaczej. Drzwi pokazuje nam „Polska głosująca na Komorowskiego”. Poprzednio to raczej cieszono się, że ci, którzy nie lubią tej ksenofobicznej Polski, mogą stąd wyjechać i mieć Ją gdzieś. Teraz, jak widać, Polska została zawłaszczona. Podobno KTOŚ zajął nasze miejsce. Nie jesteśmy już u siebie. Przychodzą mi na myśl słowa wieszcza (co nie zawsze za wieszcza uważan): „Noc idzie – czarna noc z twarzą Murzyna!”
Czyżby? Contra spem spero, i może jeszcze niekoniecznie tak bardzo contra spem, skoro jest nas w „obozie” osiem milionów?




Komentarze
Pokaż komentarze (1)