Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
85
BLOG

ODEJŚCIE W TŁO. Solidarnościowo-komunistyczne...

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Polityka Obserwuj notkę 19

 

Zbieżność przebiegu ostatnich kłótni o Krzyż Smoleński przed pałacem prezydenckim i kłótni o śledztwo w sprawie smoleńskiej katastrofy – z precedensami z czasów komunistycznych, jest uderzająca. Niecelowa, zapewne, może; ale w każdym razie uderzająca.

 

Publiczna kłótnia o Sprawę Smoleńską wzmaga się. Dotyczy głównie rzeczy drugorzędnych, a nie problemów kluczowych, merytorycznych. Mam wrażenie, że zwłaszcza jedna ze stron – strona rządowa – po prostu nie chce przyjąć do wiadomości żadnych oczywistych wątpliwości, jakie przy sprawie smoleńskiej się pojawiają. Woli wpatrywać się wyłącznie w tło całej sprawy. Woli dyskutować daleką otoczkę zamiast sedna.

 

Z tego też powodu „GazWybor” et consortes „czepiają się” wszystkiego czego się tylko czepić można celem ośmieszenia dociekliwych przeciwników i wszelakich wątpliwości. Powtarzam: wszelakich. Ta strona nie zamierza bowiem przyjąć do swej wiadomości jakiejkolwiek odpowiedzialności rządu. I ktokolwiek o tej odpowiedzialności będzie mówił – okaże się w jej oczach śmieszny. Ta strona woli po prostu poświęcać jak najwięcej czasu kłótni o Krzyż, przymiotnikom towarzyszącym rozmaitym określeniom, retoryce poszczególnych wypowiedzi. Ale nie zamierza zgłębiać właściwych problemów smoleńskiej katastrofy. Dlaczego? Tkwi w tym, z jednej strony, bodaj prymitywny zamiar usunięcia śladów pamięci tej katastrofy, z drugiej – chęć sprowadzenia wszystkiego do kłótni, która pozwoli wypromować się politykom bez angażowania ich autorytetu w sprawy, w których będą się liczyły konkrety, nie zaś wizerunek medialny.

 

Strona PiSowska po części, niestety, podejmuje tę rękawicę. Dyskusja przechodzi w krzyk. PiSowi tym łatwiej wydawać krzyk, skoro czuje za sobą „moralną słuszność”: to krzyk w dobrej sprawie. 

 

Przypomina to bardzo czasy „Solidarności” i kłótnie o sprawy często drugorzędne, podczas gdy meritum pozostawało nietknięte (niekiedy jak i teraz: po to, aby nie drażnić zbytnio Towarzyszy zza Buga). Pamiętam więc, jak szefostwo Związku ogłaszało pogotowie strajkowe, promując hasło: „chcemy zgody narodowej, ale nie pozwolimy się bić po twarzy” (to było w „sprawie bydgoskiej”, jeśli ktoś ją jeszcze pamięta, ach! w marcu roku 1981). I Komuna, i Nasi podejmowali tę płaszczyznę sporu, bo inne płaszczyzny, te merytoryczne, okazywały się nie do ruszenia.

 

W ten sposób jednak, niestety! Jakoś nieuchronnie opanowuje mnie wrażenie, że o ile „strona PiSowska” jest po solidarnościowemu zagalopowana w nerwowych reakcjach, także często niemerytorycznych – to strona rządowa stoi po stronie... niestety... ZOMO.

 

Wszystko to egzemplifikują dwie sztandarowe sprawy z zakresu „katastrofy smoleńskiej”

 

SPRAWA A

 

1. Prezydent-elekt gada o tym, że Krzyż nie powinien stać w miejscu publicznym. - - - Jakby nie wiedział, że nie chodzi o Krzyż jako taki, czyli jako o Znak Wiary, ale także jako o znak upamiętniający konkretną, tragiczną śmierć jego poprzednika. - - - To nie znaczy, że Krzyż ma tam koniecznie stać. Ale Prezydent udaje, że nie wie o co chodzi. A chodzi o to.

 

2. Następnie dochodzi do porozumienia pomiędzy częścią stron rzekomo za Krzyż odpowiedzialnych: Pałac Prezydencki, władze miasta, kurię, harcerzy: i ustala się, że Krzyż zostanie zabrany, przeniesiony do kościoła – jak sądzi się, zamiast niego będzie „pomnik”.

 

3. Następnie okazuje się, iż żaden pomnik stanąć w miejscu Krzyża nie może. Takie stwierdzenie pada ponoć w piśmie wysmażonym przez konserwatora zabytków – czy raczej przez osobę go zastępującą, bo właściwy konserwator ponoć jest na urlopie.

 

WNIOSEK ZE SPRAWY A

 

1.Zastosowaną powyżej medialną zasadę sformułował już Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem”. Zacytuję z pamięci: „ty Kozacze duszę oddaj, a my tobie szablą”. Wszystkie kolejne podjęte kroki i wypowiedzi są niemerytoryczne, za to polityczne.

 

2.Najbardziej – jako historyka sztuki – oburza mnie reakcja konserwatora. Wprawdzie rozumiem, co mogło konserwatora ubóść (chyba, że niemerytorycznie ubodła go po prostu „PiSowskość” Krzyża...). Otóż:

 

3.Po pierwsze, konserwator mógł z góry uznać, i słusznie, że miejsce przed pałacem prezydenckim – dokładnie to, w którym stoi Krzyż – nie nadaje się do wznoszenia kolejnych pomników. Nie nadaje się po prostu z zasady, z punktu widzenia „artystycznego” i „konserwatorskiego” – bo to wnętrze miejskie „zamkniete”, o z dawna określonym kształcie, w który ingerować nie można, nie wolno, nie należy. To założenie może i dobre, ale nie do końca. Plac przed pałacem, jak i sam dziedziniec pałacowy, zmieniały swój kształt i sposób zagospodarowania dość często. Przypomnijmy, że pomnik księcia Józefa trafił nań dopiero po wojnie. Mamy tu więc do czynienia z odciskająca się w kształcie miasta i budynków żywą historią, która dzieje się na naszych oczach – i która ma prawo kształtować rzeczywistość, i pozostawiać na niej ślady. Pozostaje tylko umiejętnie dyrygować estetycznym wyrazem owych śladów.

 

4.Po drugie, konserwator mógł się obawiać, że powstanie jakiś pseudoartystyczny „pomnik-potworek” wymuszony okolicznościami politycznymi. Byłoby to faktycznie straszne, a mogłoby się stać, jako że faktem jest, iż licznie wznoszone u nas pomniki tak zwane „słuszne” (Papieża, ofiar Katynia etc), których powstawanie popieram jak najbardziej, bo słuszne są – są jednak zarazem z punktu widzenia artystycznego i urbanistycznego najczęściej okropne, brzydkie, obrzydliwe. Ale to przecie nie powód, żeby blokować powstanie nowego „pomnika” przed pałacem. Trzeba tylko zadbać o jego artystyczną jakość. To trudne w Polsce, ale w końcu możliwe.

 

5.Wszystko to oznacza, że z punktu widzenia uwarunkowań konserwatorskich naprawdę można wymyślić odpowiedni „pomnik” (słowo „pomnik” jest niestety bardzo wieloznaczne; i trudno mi teraz powiedzieć, o niemożności postawienia jakiegoż to rodzaju „pomnika” myślał konserwator). Można wymyślić „pomnik”, który byłby naprawdę mało „inwazyjny” z punktu historyczno-sztucznego, a zarazem wystarczająco widoczny. I ach, niestety! Takim nieinwazyjnym pomnikiem, najlepszym, byłby – mym skromnym zdaniem – skromny drewniany krzyż, odpowiednio tylko osadzony w bruku. No, albo płaska tablica osadzona w bruku – ale ta druga byłaby mało widoczna. Takich właśnie rozwiązań – w przypadku pomników Grudnia 1970 i Poznańskiego Czerwca 1956 – pożądała komunistyczna władza za czasów Solidarności, żeby takie pomniki, jeśli już miały stanąć, były jak najmniej widoczne. Czyli jak najmniej upamiętniające.

 

6.O co więc tu chodzi w tym całym hałasie? Na to wychodzi, że o to chodzi, żeby żaden ślad pamięci przed pałacem prezydenckim nie powstał. I tyle.

 

 

SPRAWA B

 

1.Macierewicz został szefem nowej komisji parlamentarnej. Zabrał głos i zabrał go (jak się zdaje) rzeczywiście dość niefortunnie. Mówił o „zbrodni” i mówił o „niezgodnościach” w śledztwie smoleńskim oraz w wypowiedziach przedstawicieli rządu na temat tegoż śledztwa.

 

2.„GazWybor” natychmiast go splantowała. Najbardziej wywnętrzała się na temat nieprawdziwych, bo rzekomych podobno tylko „niezgodności”, których Macierewicz dopatrywał się w wypowiedziach pani minister Kopacz.

 

3.Z drugiej strony niejaki Palikot mnoży obraźliwe teksty dotyczące katastrofy smoleńskiej. Za to miał być usunięty z partii, a dostał tylko – jak zwykle – reprymendę. Na dodatek chciał dopisać się do składu rzeczonej komisji. Macierewicz ponoć przed nim uciekał. Smieszno a straszno.

 

4.„GazWybor” triumfuje, a wszyscy zwolennicy „GazWyboru” pukają się w czoło co do Macierewicza.

 

5. Palikot triumfuje takoż. Jego wypowiedzi zyskały już poparcie Eustachego Rylskiego oraz „Teatru Ósmego Dnia”.

 

WNIOSEK ZE SPRAWY B

 

1.Nawet, jeśli Macierewiczowi się w tym konkretnym momencie poplątało, nie ulega najmniejszej wątpliwości, że znacznie bardziej plątało się (jak dotąd) pani minister Kopacz, która wieloma swoimi wypowiedziami zdążyła się po prostu skompromitować.

 

2.Słowo „zbrodnia” nie powinno było paść z ust Macierewicza, bo dewaluuje znaczenie tego terminu, który trzeba zawarować do spraw udowodnionych i wypunktowanych.

 

3.Nie ulega jednak wątpliwości, że dostępne dane na temat stanu śledztwa smoleńskiego wskazują na mnóstwo niezgodności i skandalicznych niedopatrzeń. Kto tego nie widzi, no to...

 

4.Nie ulega wątpliwości, że premier i obecny prezydent-elekt są przynajmniej współodpowiedzialni skandalicznych niedopatrzeń dyplomatyczno-prawnych i lapsusów, jakie miały miejsce po 10 kwietnia w sprawie okołosmoleńskiej. A mym skromnym zdaniem, niestety! także i przed. Co stawia ich w sytuacji bardzo niewygodnej. Jeśli słowo „zdrada” nie jest tu adekwatne – to tylko pod warunkiem, że te zaniedbania nie były celowe. Poza tym zdradę trzeba dokładnie udowodnić, nie wystarczą poszlaki, nawet tak liczne i kompromitujące jak te, o których wiemy. Trzeba też najpierw podać je do publicznej wiadomości w publicznych, najlepiej parlamentarnych dokumentach, a nie tylko w prasie popularnej (w tym w „GazWyborze”) i w internecie.

 

5.Nie ulega też wątpliwości, że zarzuty Palikota są przede wszystkim inwektywami.

 

6.I nie ulega wątpliwości, że traktowanie Macierewicza i Palikota przez media i parlamentarzystów jest tak jawnie niesymetryczne, że aż boli.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (19)

Inne tematy w dziale Polityka