Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
71
BLOG

CRUX STAT: Pałac Prezydencki a świadectwo Świadości

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Polityka Obserwuj notkę 0

[uwaga: pierwotna i macierzysta wersja tego tekstu ukazała się wiele miesięcy temu na  www.kresy.pl, KLIK]

SKRÓT:
...Obecny konflikt jest – jak sądzę – nierozwiązywalny na zasadzie porozumienia stron. Tak jak raczej nierozwiązywalny był konflikt pomiędzy żądaniami Hitlera a interesem Drugiej Rzeczypospolitej w roku 1939. Tu i tam żądania ustępstw zdają się tylko wstępem do eskalacji roszczeń...

MOTTO:
...Pan Wołodyjowski dalej opowiadał... – A to, co [w Radziwiłłowskich Kiejdanach] bierzecie za kościół o czterech wieżach, to jest zbór helwecki, w którym co niedziela Bogu bluźnią... – Dziwno mi, że to piorun tego zboru helweckiego nie zapalił? – rzekł Zagłoba. – Jakbyś waść wiedział, że się to zdarzyło. W środku, miedzy czterema wieżami, była kopuła jako czapka, w którą kiedyś jak trzasło, tak się nic z niej nie zostało...- - - - - - - - Henryk Sienkiewicz, „Potop”

I. Powiadają, że Krzyż jest znakiem sprzeciwu

Wszak nie na darmo wyrazem opozycji wobec komuchów było w latach 80. układanie na placach i ulicach kwietnych Krzyży. Ale ów znak sprzeciwu rychło nabrał nowego znaczenia, gdy kilku Posłów zawiesiło w naszym wolnym Sejmie Krzyż - co wywołało sprzeciw innych Posłów, już nie komuchów. Krzyża jednak nie usunięto.
 
Idąc dalej, przypomina mi to oczywiście sprawę oświęcimskiego żwirowiska, a jeszcze wcześniej - duży konflikt wokół Krzyży zawieszonych w szkole we Włoszczowej, konflikt z czasów grubo wyprzedzających powrót Wolności w roku 1989. Pamiętam do dziś, jak mnie, żółtodzioba w takich sprawach, komuniści po prostu wkurzali swoim stosunkiem do Krzyży.
 
Ale... uwaga. Kolega ze studiów – podówczas starszy ode mnie drugofakultetowiec i opozycjonista, obecnie wzięty Profesor i jeden z Pierwszych Młodych (no, już nie tak młodych) Autorytetów Literackich III Rzeczypospolitej – zadał mi wtedy pytanie w przygodnej dyskusji, czy rzeczywiście uważam, że te Krzyże we Włoszczowej powinny być zawieszone... Po czym wyraził pogląd, że takie czynności jak zawieszanie Krzyży w klasach szkolnych budzą jego obawy, bo mogą prowadzić do wszechwładzy Kościoła, czy też (o ile dobrze sobie przypominam) mogą czyjeś uczucia obrażać i godzić w wolność sumienia.
 
W owych czasach publiczne wyrażanie tego rodzaju poglądów i kwestionowanie słuszności powieszenia Krzyży, w owych czasach – czasach, gdy Krzyżami tymi wkurzano komuchów i udowadniano im ich zamordyzm (schyłkowy, bo schyłkowy, ale istniejący) – otóż w owych czasach takie kwestionowanie potraktowano by wewnątrz opozycji (lub może raczej: w otoczce opozycji) raczej jako rodzaj zdrady lub prowokację. Jednak prywatne zadanie takiego pytania dawało do myślenia – i zapowiadało mi w zawoalowany sposób zawirowania wokół Krzyża (pod wielkim kwantyfikatorem) i wokół Wiary. Te zawirowania, jakie nastąpiły natychmiast po upadku komuny.
 
No i mój ówczesny kolega ze studiów jest obecnie szczerym przyjacielem działań Szczuki, Środy i Nieznalskiej et consortes, co więcej, czuje się zwycięzcą w zapasach z odchodzącym Starym Światem Tradycji – a jakby nie czuje, że i jego tudzież jego znajomych działania też w kogoś i coś godzą. Nie, inaczej: on godzi się z tym, że w Kogoś i Coś godzą, retorycznie twierdząc zapewne, że nikomu szkody nie czynią, przeciwnie, szczęśliwość powszechną sprowadzają.
 
II. Precedensy staropolskie

Sprawa jednak nie tylko, że nie jest nowa - jest na dodatek bardzo stara. Przecie zwłaszcza staropolanie konflikt wokół Krzyża i w ogóle wokół manifestowania swojej wiary mieli co jakiś czas przed oczami.

Kiedy w roku 1638 niesforni uczniowie ariańskiego gimnazjum w Rakowie pod Kielcami zniszczyli, o ile pomnę, przydrożny katolicki Krzyż – bo wystawianie takich krzyży było przez ariańską wiarę źle widziane – sąd sejmowy nakazał zamknięcie szkoły i drukarni, zaś nauczyciele chłopców zostali ukarani. Za arianami nie stała wtedy żadna wielka siła, byli dysydentami wśród dysydentów. Dlatego też z kolei w protestanckim mieście Kiejdany, należącym do księcia Janusza Radziwiłła – i miasto, i osobę znamy z kart „Potopu” - działo się na odwrót: katolickie procesje Bożego Ciała nie miały prawa wychodzić poza obręb kościoła, aby nie drażnić niekatolickiej wiary mieszkańców i księcia. Ale tylko aż do czasu sławetnej afery, jaka miała miejsce w dobrach książęcych w miejscowości Świadość w powiecie wiłkomirskim województwa wileńskiego.
 
III. Świadectwo Świadości

Otóż miejscowy, katolicki proboszcz świadoski ustawił tam naprzeciwko dworu księcia Janusza dwa Krzyże. Książę wściekł się, kazał je wykopać i rzucić pod plebanię. W tamtych czasach kwalifikacja takiego czynu w całej Europie była jasna: świętokradztwo, obrazoburstwo, zbezczeszczenie znaku Wiary. Proboszcz powiadomił biskupa wileńskiego Abrahama Woynę, który jednak aż dotąd z księciem-kalwinem żył dobrze - ale teraz uznał za swój obowiązek interweniować. Nadał więc sprawie rozgłos i księcia pozwał.
I tak na najbliższym Sejmie Janusz Radziwiłł został publicznie oskarżony. Był to jednak potężny magnat i cała sprawa stanowiła dlań co najwyżej polityczny kłopot, nie zagrożenie. Konflikt księcia z biskupem nie przeszkadzał też układnym, litewskim jezuitom drukować w tym samym czasie panegiryków na cześć tego potężnego innowiercy, katolickim księżom zasiadać u jego stołu, a szlachcie zebranej na sejmikach – też po większej części katolickiej – przeważnie nie poprzeć oskarżenia. I tak autorytet Radziwiłłów na Litwie okazał się równie wielki, albo i większy niż autorytet wileńskiego biskupa. Rzecz się przewlekała, ostatecznie po roku nastąpiła ugoda, za sprawą której książę Janusz zobowiązał się w zamian za usunięte Krzyże wymurować dwa inne, zezwolić na przechodzenie procesji Bożego Ciała przez miasto Kiejdany i zapłacić proboszczowi w ramach odszkodowania cztery tysiące złotych (przy czym od razu ustalono, że proboszcz natychmiast odda tę sumę księciu jako pożyczkę, a książę będzie ją spłacał w ratach).
 
IV. Meritum

Co naprawdę nastąpiło w Świadości? Janusz Radziwiłł bronił się, że proboszcz traktował krzyże jako fałszywe znaki graniczne, wkopując je nagle w miejscu niewłaściwym. Jeśli nawet tak było, to jednak, rzecz znamienna – książę nie nakazał Krzyży przestawić z powrotem, lecz w ogóle je usunąć. Nie ulega bowiem wątpliwości, że traktował czynność podjętą przez proboszcza przede wszystkim jako prowokację religijną, a dopiero potem tłumaczył postępowanie tegoż kapłana walką o granice kościelnej posiadłości.

Jakkolwiek by było, wydarzenia świadoskie tchną pewną otuchą. Po pierwsze - najpierwszy magnat Rzeczypospolitej, który do pokory nie przywykł, musiał tłumaczyć się ze swojego stosunku do Krzyża. Podczas obrad Sejmu podział na oskarżycieli i obrońców nie nastąpił jednak bynajmniej ściśle według wyznań, a zarówno oskarżenie, jak obrona przebiegały wedle demokratycznych procedur, którym poddały się i poddać musiały obie strony sporu. I tak Krzyże do Świadości powróciły, ale zdaje się, że nie na to miejsce, na które przestawił je proboszcz, tylko na pierwotne (choć tu ustalenia zostały spisane w sposób wybitnie zagmatwany).
 
V. Krzyże a religia tolerancji

Zauważmy, że w tej właśnie epoce - u końca pierwszej połowy wieku XVII, czyli u końca „srebrnego wieku” Rzeczypospolitej - stanęły naprzeciw siebie w jawnej sprzeczności: deklarowana swoboda wyznania (szlachty) – oraz swoboda postępowania wedle zasad własnego wyznania, a zatem sprzeciwiania się zasadom cudzego wyznania. Oczywiście mowa tu o przestrzeni publicznej.

Dziś stoimy przed bardzo podobnym konfliktem, tyle że obecnie z jednej strony stoją w ogóle chrześcijanie, a z drugiej wyznawcy – jakbym to określił – religii „tolerancji”, ale „tolerancji” w cudzysłowie, bo oznacza ona nie tyle „znoszenie z przykrością nieakceptowanych przez siebie poglądów i zachowań” (definicja plus minus słownikowa), co odwrotnie – oznacza wrogość wobec przejawów wiary w przestrzeni publicznej, przy teoretycznym założeniu obojętności wobec tejże wiary, a nawet propagandowej „otwartości” wobec niej.

Dlatego też obecnie jest to konflikt - jak sądzę - nierozwiązywalny na zasadzie porozumienia stron. Tak jak raczej nierozwiązywalny był konflikt pomiędzy żądaniami Hitlera a interesem Drugiej Rzeczypospolitej w roku 1939. Tu i tam żądania ustępstw zdają się tylko wstępem do eskalacji roszczeń.

Spójrzmy: w epoce kłótni o świadoskie Krzyże wiara w Rzeczypospolitej była podzielona, istniały różne wyznania, ale też istniał konsensus co do pewnej hierarchii wyznań i wyznawanych wartości. Ten konsensus zakładał istnienie moralności publicznej, którą mierzono zarazem szlachecką wolnością wyznania, jak i - jednak - normami religii katolickiej jako głównej religii w Królestwie Polskim. Ostatecznie, choć król koronowany był przez arcybiskupa w katolickiej katedrze, to jednak innowiercy mieli poważny wpływ na jego wybór. I tym samym uznawali prawo religii katolickiej do bycia "główną", czy też, by tak rzec, "przewodnią" religią w tej Rzeczypospolitej.

Mniemanie, że da się ustanowić obojętną równowagę wszystkich możliwych opcji religijnych – a przede wszystkim dwu: opcji religijnej i antyreligijnej – jest mym zdaniem błędne. Można oczywiście uzyskać ich pokojowe współistnienie i to właśnie jest wartość nieoceniona, ku której dążyć należy. Jednak w dawnej Rzeczypospolitej consensus ten możliwy był dzięki dwóm ważnym założeniom. Po pierwsze, obie strony sporu uznawały, iż „Krzyż trwa choć zmienia się świat” – były chrześcijańskie i miały w zasadzie identyczny pogląd na moralność w ogóle. Po drugie – nikt nie negował już, że bezcześcić katolickiego Krzyża nie wolno (nawet, jeśli w zborach wolno było głosić pastorom, że oddawanie czci „kawałkowi drewna” jest niewłaściwe) – bo religia katolicka uznana została za panującą, za tę, która tworzy zasady moralności publicznej.

To nie jest zły wybór. Użyjmy tu prostej argumentacji à la ksiądz Piotr Skarga: jeśli hierarchia pośród załogi jest jasna, okręt żegluje bez przeszkód, nawet podczas burzy. Tam, gdzie załoga kłóci się, albo pozostaje obojętna na problem właściwego kursu - okręt prędzej czy później tonie.
 
----------------------

O Krzyżach świadoskich można było ostatnio przeczytać szerzej w książce Henryka Wisnera: „Rzeczpospolita Wazów. Czasy Zygmunta III i Władysława IV”, Warszawa 2002
 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka