Kolejna rzecz polsko-rosyjska, dawno zapowiadana, a która bije po głowie.
Wpierw dwa słowa historii. Zaraz po smoleńskiej katastrofie i tak zwanym ociepleniu ruskie opublikowały w prasie propozycję złożoną Polsce - żeby wspólnie budować wspólną elektrownię atomową w Obwodzie kaliningradzkim. Wspólną, to znaczy jak rozumiem, oczywiście ruską, do której dopłacimy i od kórej będziemy potem kupowali prąd.
Tryb skłądania propozycji był typowo hitlerowsko-stalinowski, to znaczy: zamiast zapytać dyplomatycznie, drogą rządową, ogłosiło się propozycję w prasie wszem i wobec. I przeciwnik musiał się martwić, co z tym fantem zrobic. I jakby musiał w imie dobrosąsiedzkich stosunków wziąć lub z hałasem odmówić.
Po co wziąć? Otóż po to, żeby LItwa nie zbudowała własnej elektrowni atomowej - co właśnie chce uczynić.
W gruncie rzeczy to dokładnie tak, jakby np. Anglicy budowali elektrownię na swoim malutkim Gibraltarze - niby dla siebie, ale w gruncie rzeczy po to, żeby energetycznie uzależnić Portugalię, co byłoby mozliwe, gdyby Hiszpania sie przyłączyła do projektu... i Hiszpania się przyłącza...
Dziś dowiadujemy się (no, przyznaję, na pewno coś w tzw. miedzyczasie pisano, a ja nie załapałem) że propozycja została przyjęta, a inwestycja juz sie rozpoczyna. Donosi Rzepa:


Komentarze
Pokaż komentarze (11)