…co uważamy. Pisząc w pierwszej osobie liczby mnogiej nie myślę o tych „nas”, którzy piszą na salonie, bo generalnie tu piszemy & mówimy to, co uważamy.
Myślę o ludziach mejnstrimu, którzy myślą podobnie i mówiąc „My” mieliby na myśli także (ale nie wyłącznie) to właśnie grono salonowiczów.
Myślę tak, czytając w dzisiejszej „Rzepie” (20 I 2011, s. A6-A7) artykuł Grażyny Zawadki i Piotra Nisztora „Polska i rosyjska odpowiedzialność” – z podtytułem: „Nie można ukrywać, że winę za katastrofę ponoszą wspólnie załoga Tu-154 M i rosyjscy kontrolerzy lotów”.
Otóż.
Jest prawdą, że można wskazywać na wiele „nieprawidłowości” po obu stronach. Za sprawą tych nieprawidłowości prezydencki (znaczy się rządowy) Tupolew znalazł się w mgielnej chmurze. Nie chcę tego w tej chwili tykać. Rzeczy są ważne, nierównomiernie się rozkładają, ale…
Ale zacznijmy od sprawy, której pewnie nie wyjaśnimy, a która nie będzie nam dawała spokoju – od pytania, DLACZEGO piloci mimo tego, że mówili o „odejściu” nie poderwali maszyny. Ale skąd pewność, że nie czynili tego usilnie - a bezskutecznie? To zostało zresztą przez autorów artykułu podniesione: piszą, że „ten moment to jedna z największych tajemnic lotu” – tak, tajemnic, nieoświetlonych przez żadne dane z czarnych skrzynek etc. Jednak, jeśli istnieje w ogóle jakiś dostępny klucz do rozwiązania tej zagadki, leży on pewnie, jak podejrzewam – i jeśli leży – POZA czarnymi skrzynkami, które reakcji pilotów w zasadzie nie zapisały,
…ale…
…ale to jeszcze nie jest moment katastrofy.
Właśnie: JAK wyglądał sam moment katastrofy? Kto ponosi odpowiedzialność za ten moment, a także za to, co stało się chwilę później? JAK wyglądało miejsce katastrofy tuż po niej? Dlaczego tak? I dlaczego ani raport MAK, ani polskie pytania tego nie wyjaśniają?
TO jest kluczowe. I my wszyscy (ci, którzy się do tego „My” poczuwają) wiemy TO – że TO jest kluczowe.
Bo istnieje szereg niezwykle drażliwych punktów, których podniesienie i następnie wyjaśnienie jest nadal dla całej sprawy kluczowe. Nie wątpię, że mejnstrim w jakiejś chwili weźmie się za nie. Ale kiedy? Za sto lat?
I wiemy (no dobrze, „podejrzewamy”), że premier uważa publiczne podnoszenie tych fundamentalnych kwestii za karygodne, bo bijące w dobre stosunki z Rosją, ale i w dobre imię rządu.
Istotnie, pytania te są trudne dla polsko-rosyjskich stosunków. Ale to nie znaczy, że nie wolno ich podnosić, że grozi to „wojną”. Wojnę robi ten, który chce ją robić; bo ten, kto chce wojny, pretekst znajdzie zawsze. I na niego nie ma się co w ten sposób oglądać. To nigdy nie przynosi pożytku, jedynie upokorzenie, a generalnej sytuacji wcale nie zmienia. Na odwrót: si vis pacem para bellum, powiada łacińskie przysłowie
A zatem należałoby wreszcie publicznie i bardziej masowo upomnieć się o wyjaśnienie, między innymi: co oznaczają dwa wybuchy, które miały rozerwać samolot w powietrzu (?),widziane przez pana Wiśniewskiego, o których potem już jakoś nie chciał mówić; kto sporządził i co oznacza ów film z odgłosami strzałów i rosyjskich głosów, który prawie znikł z mejnstrimu, a jest bodaj najwcześniej zarejestrowanym dokumentem dotyczącym katastrofy/zamachu, lub też jest fałszywy (jak wiemy, w obu przypadkach winno się wytłumaczyć jego istnienie – i w obu przypadkach wytłumaczenie musi być dla wielu krępujące); dlaczego nie znamy wyglądu kokpitu, w którym rzekomo odnaleziono ciała pilotów przypięte pasami (jak stwierdził w jednym z ostatnich wywiadów sam E. Klich!); co spowodowało i kto zdecydował o błyskawicznym niszczeniu wraku, drzew ściętych przez samolot itp. dowodów; dlaczego są takie niejasności związane z sekcjami zwłok i pochówkami; i tak dalej.
Wszyscy („My”) wiemy, jak niewygodne są to pytania, aż dotąd pomijane lub zbywane przez główny mejnstrim odpowiedziami, które krążą pomiędzy inwektywą „durne teorie spiskowe” a „zdaniem obronnym”: „co, chcecie, żeby Rosja przyznała się do zamachu?”
Jak dotąd, polska strona orzekająca czy wypowiadająca się oficjalnie zasłaniała się tajemnicą i koniecznością oczekiwania na zdanie Rosjan. Nie przeszkodziło to jednak publicznemu szerzeniu fałszywych opinii o katastrofie, wypowiadaniu insynuacji, z których część już teraz okazała się nagle fałszywa. I nic… i nikt nie jest odpowiedzialny. Niekiedy insynuacje opierały się na rzekomych przeciekach. Rządowa strona polska wiedziała, że te „przecieki” są fałszywe, w tym sensie, że sprzeczne z tym, co teraz się ujawnia (niezależnie od tego, czy ujawnia się prawdę, to inna kwestia), a miało być rządowi od dawna znane. A jednak rządowa strona polska niczego odpowiednio wcześnie nie dementowała – ewentualnie dementując tylko sprawy ściśle dla siebie niewygodne; i zresztą niektóre dementi też okazały się fałszywe.
Nie ma więc nadziei na pełną prawdę, którą polskie komisje & rząd mieliby objawić sami z siebie, jeśli sprawy nie przejmie mejnstrim. I mejnstrim powinien to zrobić. Wiadomo, że GP i NDz to jedynie obrzeża mejnstrimu – skutecznie zmarginalizowane, choć popularne. Wiadomo, że Antoniemu Macierewiczowi przyprawiono skutecznie „gębę”. A gdzie inni? Gdzie, na przykład, „Rzepa”? To nic, że Paweł Lisicki uważa, iż to nie był zamach, a zwolenników tezy o zamachu ma za oszołomów (lub coś w tym rodzaju). Tu nie chodzi przecie o z góry założoną tezę – lecz o wyjaśnienie zagadnień niezwykle ważkich. Wyjaśnić je trzeba tak czy inaczej, cokolwiek ktokolwiek by sądził; a niejasności jest wystarczająco dużo, żeby tego wyjaśnienia zażądać – i trwać w tym żądaniu.
Czekam więc na mejnstrim.
Zapewne pragnę za wiele. Zapewne istnieje autocenzura, która „Rzepie” poruszać tych spraw nie pozwala. A może jeszcze coś innego? Bo nie ma usprawiedliwienia w tezie (słusznej skądinąd), że w dużej części Polaków tkwi taka nienawiść do PiSu, że chwycą się każdego pretekstu, aby tylko prawdy nie poznać albo ja wyprzeć ze świadomości. I że nie ma co nawet próbować, bo każda próba wywoła nieufność.
Ale przecie nie chodzi tu wcale o PiS!
I dlatego z jednej strony dobrze, iż rząd jest przez PiS atakowany. Z drugiej strony źle, że atak został przeprowadzony tak nerwowo. Tyle było rzeczy do spokojnego wypunktowania, że można było chyba zrobić to w sposób naprawdę przyciskający, w rękawiczkach, a precyzyjniej.
Oczywiście łatwo mi tak pisać. Ale efekt na razie jest taki, że ogólny obraz debaty nadal pozwala tuskoidom szerzyć opinie o „PiSowskich oszołomach”, bez prób odpowiedzi na pytania najważniejsze – które znów udało im się zbyć.
A tu chodzi właśnie o prawdę, a nie o PiS. A tu chodzi o przekroczenie podziału na PiS i PO. Ale tego nie ma jak zrobić, póki jedynie PiS jest alternatywą.
Pozostaje mejnstrim. Mała nadzieja, ale (-)



Komentarze
Pokaż komentarze (14)