Już wszyscy wiemy, jak było. Tusk odpowiedział Ewie Kochanowskiej: „bardzo cenię sobie pani pytanie, ale jest ono oburzające. Ono jest oburzające. Więcej nie będę odpowiadał na tak obraźliwe insynuacje. Mam dosyć wysłuchiwania uwag na temat domniemanego zabójstwa”
Trzy proste konkluzje.
Konkluzja pierwsza: proszę zwrócić uwagę, że Tusk mówiąc o insynuacjach, uznał, że one obrażają JEGO. Postawił się w roli domniemanego współsprawcy ewentualnego zabójstwa. A przecież pytanie nie tak było sformułowane. Bardzo to dziwne.
Konkluzja druga: nie bardzo to dziwne, jeśli zrozumiemy, że pytanie Ewy Kochanowskiej okazało się trafione w stu procentach i to tak, że Tusk po prostu nie wiedział, co odpowiedzieć. Mógł przecież rzec: „proszę się niczego nie obawiać, ta cała historia z rzekomym zamachem to wierutna bzdura i nic nikomu nie zagraża”. Ale najwidoczniej tego powiedzieć nie mógł, nie chciał, bał się.
Konkluzja trzecia: wygląda to właśnie tak (podkreślam: „wygląda to właśnie tak”, a nie: „to ostateczny dowód na to, że”), otóż wygląda to właśnie tak, jakby wszyscy święci wiedzieli, że katastrofa smoleńska to zamach. Ale co z tego? No co? Nikt z NICH głośno tego powiedzieć nie może. Przecie, gdyby nawet oficjalnie rzecz stwierdzono i ogłoszono – nastąpiłaby potem ogólnoświatowa frustracja. Bo nikt by Rosji wojny nie wypowiedział (Rosję z pewnością oskarżenie by objęło), a o jakich innych sankcjach myśleć by można? Co byłoby robić? Sytuacja okazałaby się jeszcze gorsza niż teraz, bo Ruskie powiedzieliby: mówcie sobie teraz co chcecie, współpracujcie z nami albo nie, wasza sprawa. I dałoby to im powód do strasznej obrazy i do kroków zdecydowanych… na które nadal nikt nie chciałby odpowiadać. Europa – zażenowana i sfrustrowana – nie zrobiłaby NIC. I, po prawdzie, rzeczywiście niewielkie miałaby pole manewru. Zwłaszcza z takimi przywódcami i społeczeństwami, jakie się na nią składają.
Nie piszę tego po to, żeby usprawiedliwiać Tuska. Albo Europę. Przeciwnie. Rekonstruuję tylko sobie ewentualny bieg skorumpowanej i strachliwej myśli – która już niejednokrotnie w dziejach świata doprowadziła do wielkich tragedii w imię bezpieczeństwa. Tak ustępowano Hitlerowi, a potem Stalinowi – i efekty znamy. Prawda powinna być ogłoszona – i tylko ona, zapewne, zabezpieczyłaby nas na przyszłość. Nie głoszę tu prawd wielkich i nieznanych. Zacząć by można przecie nie od tej prawdy, której nie znamy (i której może nie poznamy) – zbytek szczęścia. Wystarczyłaby ta, którą wszyscy widzimy jak na dłoni – choćby prosta ocena tego, jak śledztwo ruskie wygląda (przecie jaki koń jest, każdy widzi), a od której to prawdy nasz kochany rząd stroni jak może i oczy zamyka. Choćby tyle.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)