„No i co to, Panie, będzie z tą naszą Polską?” – już parę razy takie zapytanie padło w towarzyskim zasięgu mego ucha i wzroku – niczym znak ryby za czasów pierwszych chrześcijan – w celu namacania poglądów spotkanej osoby. Osoby z reguły już kiedyś znanej, ale teraz spotykanej po paru ładnych latach – więc nie wiadomo: za PiSem ona, czy za PeO?
I żeby było jasne: owo zapytanie o przyszłość naszego kraju, narodu i państwa wychodzi niezmiennie od wyborców (uwaga: niekoniecznie zagorzałych zwolenników!) PiSu. Wyborcy PO uważają bowiem przeważnie, że jest nieźle, no i że w ogóle o co chodzi z tym narzekaniem?! (przynajmniej głoszą tak na zewnątrz, z góry odpierając atak ze strony PiSowych) Wyborcy zaś (uwaga: niekoniecznie zwolennicy!) PiSu uważają, że się staczamy.
I nieodmiennie powraca problem sprawy smoleńskiej. Ona jest kluczowa. Mimo, że śledztwa, dochodzenia, prace komisji etc udało się przeciągnąć tak, że powoli następuje zmęczenie społeczeństwa. Coraz mniej ludzi śledzi postępy dochodzeń oficjalnych, dziennikarskich i blogerskich. Kolejne ujawniane skandale i wątpliwości robią coraz mniejsze wrażenie. To pewien sukces tych, którzy starają się sprawę smoleńską zatuszować. A jednak ta sprawa jest wciąż ważna. W moim przekonaniu najważniejsza, kluczowa.
Bo tak naprawdę stosunek do sprawy smoleńskiej determinuje wielką część poglądów politycznych współczesnych Polaków (tych oczywiście, którzy je w ogóle mają). Wszak, jeśli ktoś uważa, że to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 - było zamachem… nie może spokojnie patrzeć na obecną scenę polityczną. I mimo awersji do wielu posunięć Jarosława Kaczyńskiego – raczej nie może głosować na… no właśnie. Ani na… no właśnie. Tak myślę.
No i jeśli ktoś uważa, że to był zamach – raczej będzie wzdragał się przed wzięciem udziału w oficjalnych uroczystościach pierwszej rocznicy 10 kwietnia z udziałem najwyższych władz państwowych.
To, rzecz jasna, paradoks. Bo takie uroczystości ofiarom tragedii smoleńskiej się należą. Najwyższe władze nie mogą ich nie organizować. Powinny organizować takie uroczystości – i wziąć w nich udział.
No, dobrze. Ale jeśli ktoś widzi, co robiły i robią obecne najwyższe władze w sprawie tragedii smoleńskiej – a co gorsza, jeśli ktoś podejrzewa niektóre osoby spośród tych najwyższych władz o świadomie współuczestniczenie w – jak to się przejęzyczył (?) Rafał Ziemkiewicz, „organizowaniu katastrofy smoleńskiej”– to co wtedy?
To wtedy, że skoro oskarżeń takich nie można wyłożyć oficjalnie, skoro się tego nie zrobiło – to bojkot oficjalnych obchodów będzie nie do końca jasny dla znacznej części obywateli – dla tych, dla których sprawa smoleńska jest zakończona i wyjaśniona, i „o co chodzi?!”.
Ale co można zrobić innego? Właśnie najmniej inwazyjną, najmniej obarczoną błędem reakcją będzie powstrzymanie się od udziału w uroczystościach, w których wezmą udział owi przedstawiciele najwyższych władz (pomijam tu oczywiście reakcje i decyzje krewnych ofiar – te reakcje i decyzje trzeba rozumieć jeszcze inaczej, inaczej oceniać – bo oni są w szczególnej, innej sytuacji; tu myślę wyłącznie o reakcjach tak zwanego „szarego obywatela”).
Jest to miarą naszej polskiej niemocy. Jeśli bowiem przyjmiemy, że nasze podejrzenia są słuszne – włosy wstają na głowie, nie tylko ze względu na straszliwość domniemanego czynu, ale i ze względu na jego niesłychaną bezkarność i nieścigalność, na niemoc dochodzenia do prawdy w obecnej sytuacji. Okazuje się, że jedyne, co zrobić można na drodze legalnej, to… zejść Tym Panom z drogi i z widoku. Okropność: „No i co to, Panie, będzie z tą naszą Polską?”
Komentarze
Pokaż komentarze (19)