Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
2258
BLOG

OSOBISTE PODSUMOWANIE SMOLEŃSKIE

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Polityka Obserwuj notkę 20

 

Uwaga: ten tekst miał być odpowiedzią dla Pana Chwilowego. Ale jest szerszy. Odpowiedź dałem na końcu [***], a tu zaczynam niezależnie.

Emocje

Jest 10 kwietnia AD 2010 rano. Siedzę przy komputerze, piszę książkę i jednocześnie co jakiś czas zerkam na aktualne www-wiadomości („Rzepa”, „GazWybor”, „Fronda”, lubię skrajne wersje wydarzeń). Wtem uderza wieść o katastrofie samolotu, którym prezydent Lech Kaczyński leciał do Smoleńska.

Milczę, nic nie mówię mojej Mamie, która siedzi w pokoju obok i ogląda TV. Nie chcę robić sensacji. Choć zaczyna mi się gorąco robić. Nagle Mama wchodzi i mówi mniej więcej tak: „Jezus, Maria, wiesz, co się stało?! Słuchaj…” – uprzedzam: „Wiem, Mamo, właśnie oglądam wiadomości w internecie” – „To Ruscy! To oni, na pewno…” – „Mamo!” – mówię – „to nieprawdopodobne, po co Ruscy mieliby to robić?” – „A, ty nic nie wiesz, nie zdajesz sobie sprawy…” W dwu słowach tłumaczę Mamie, że Jej wersja jest raczej nie do obrony, że tu Ruscy nie mieli interesu, że to działałoby tylko na szkodę ich image’u, no i że katastrofy lotnicze najczęściej mają miejsce właśnie podczas startu lub lądowania… więc, że to klasyczny przypadek.

Rozum

Jednakowoż w ciągu kilku godzin zaczynam zmieniać zdanie. Logiczne rozbieranie faktów zwycięża i pod wpływem logiki włosy stają mi na głowie. Bo za normalną uważałbym sytuację, w której niejasności wokół katastrofy stanowią margines. Taką sytuację, w której wersje oficjalne z pierwszych dni, mówiące nie tyle o samej nawet katastrofie (detale rekonstruowane mogą się zmieniać), ale o sprawdzalnych okolicznościach towarzyszących tejże, oparte będą na solidnych relacjach audiowizualnych, udokumentowanych, które trzymają się kupy i nie zmieniają zbytnio w czasie. No i wreszcie, że jeśli wypowiedzi polityków bliskich całej sprawie okażą się kłamliwe, niejasne – to media nielitosciwie ich za to ukarzą. A potem ukarze ich za to polityka sama. I stracą stanowiska.

A tu – patrzę i widzę – dzieje się na odwrót. Dzień za dniem, na odwrót... Dochodzenie pomija ważne sprawy. Zamiast wiedzieć więcej, wiemy mniej. Do tego kompromitujące zachowania polityków. Ale takie, co to je media mejnstrimowe pomijają... A całość obrazu ciemna, mało logiczna, relacjonowana jednostronnie. Głupi by tego nie widział… No i właśnie połowa ludzi nie widzi.

Kiedy to pojąłem – a pojąłem rozumowo – to zaraz za rozumem poszły znowu emocje. I one zaczęły mi towarzyszyć nieodmiennie już. I już wtedy, już  10 kwietnia o 17.00, zanotowałem na blogu, deklarując:

…dociera do mnie powoli jedna jeszcze, silnie narzucająca się myśl. […] ta strata jest zbyt wielka, zbyt straszna, aby uwierzyć w przypadek. […] Myślę, niestety, o tym, że chyba nie uwierzę, NIE UWIERZĘ, aby to był przypadek z czysto ludzkiego punktu widzenia. Jakiekolwiek byłyby wyniki tak zwanego śledztwa…

Te słowa podyktowane zostały przez emocje, ale, jak rzekłem, emocje owe zrodziły się pod wpływem rozumu, uderzonego  pierwszymi dziwnymi faktami. Bo śledztwo okazało się „tak zwanym śledztwem”.

Fakty

Jakież to były fakty?

Przede wszystkim – natychmiastowa, nieustanna manipulacja informacjami. Została, jak sądzę, perfekcyjnie zaprogramowana przez Rosjan. To oczywiście interpretacja, można jej nie przyjmować. Ale zobaczmy sławetne fakty. Przedstawiciele rosyjskiej armii w ciągu pierwszych godzin po tragedii oświadczyli, że polski samolot, mimo fatalnej pogody, podchodził czterokrotnie do lądowania. To rozeszło się po świecie i utrwaliło podstawową wiedzę na temat „katastrofy” i jej przyczyn. Uwaga, powtarzam, to nie był tylko samorzutny nius prasowy, lecz nius przedłużający oficjalne wypowiedzi szefów armii rosyjskiej. Te wypowiedzi okazały się rychło nieprawdziwe – ale dziś nikt sobie tym głowy nie zaprząta. W ciągu dwu dni z czterech podejść zrobiły się jakoś trzy, potem dwa, wreszcie jedno. I niech nikt mi nie mówi, że ktoś był tu źle poinformowany. Kontrolerzy lotu wiedzieli przecież dobrze, co i jak. Ich szefowie też wiedzieć musieli. Ale najwyraźniej chodziło o to, żeby w świat poszła wiadomość o winie polskich pilotów. I poszła. Także w Polskę. Przywołuję z pamięci gazetowy tytuł: „Kapitan zdecydował: lądujemy!” We mgle oczywiście. Tymczasem w tekście, który nastąpił po tytule, ów rzekomy cytat nie został potwierdzony… Bo nic o takim stwierdzeniu kapitana polskiej załogi nie wiadomo. Ale już zasugerowano, kto był odpowiedzialny. Teraz mało kto na świecie będzie starał się dociekać szczegółów, skoro dostał silną pierwszą dawkę jednostronnej wersji – ta generalnie załatwiła sprawę zainteresowania prasy światowej. Owa zasada zadziałała też doskonale przy sprawnym rozegraniu przez Rosjan ogłoszenia raportu MAK.

Zastanawia, że wersję o „winie pilota” niemal natychmiast przyjął minister Sikorski, dzwoniąc do Jarosława Kaczyńskiego w niewiele minut po tragedii. Jakie były podstawy jego wiedzy? Musiały być raczej żadne; jeśli jakieś, to raczej rosyjskie. Tak naprawdę nic jeszcze nie można było przecież powiedzieć. A zatem to między innymi przynajmniej z ust ministra Sikorskiego lub z jego otoczenia wyszła i została rozpowszechniona wersja o winie pilotów. Minister musiał jednak wiedzieć, że ta wersja, to co najmniej wersja nie sprawdzona.

A zaraz potem zrodziła się też wersja mówiąca o naciskach na pilotów ze strony prezydenta. Pojawiła się w mediach rosyjskich i polskich, na Zachodzie zaś sprzedał ją w sławnym wywiadzie Andrzej Wajda. W tej samej gazecie, którą zacytowałem powyżej, znalazł się wywiad z pilotem-bohaterem Związku Radzieckiego, który rzekł o pilocie polskim: „myślę, że mógł być pod presją kogoś na pokładzie. To problem wszystkich lotników, którzy wożą ważnych dygnitarzy”. Wersji tej jak dotąd nie udowodniono, bo opiera się na nieustannych pomówieniach, a mimo to trwa w (pewnych konkretnych) mediach na przekór niewiedzy dotyczącej tego tematu. Zadziwiające!

Wskazane kłamstwa i pomówienia nie dowodzą oczywiście, że miał miejsce zamach. Dowodzą natomiast jednego: że jakakolwiek jest Prawda, u samego początku dochodzenia nastąpił świadomy zamach na Nią, na Prawdę W jakim celu? Kto był jego (współ)autorem? Oczywiście: może i po prostu zamach na Prawdę miał na celu zapobieżenie złej opinii o Rosji w ogóle. I miał na celu zachachmęcenie widoku sprawy, i „zdenerwowanie przeciwnika” (Polaków) bo tak to już w Rosji jest. Ale czy tylko z tego powodu? I dlaczego polskie odpowiedzi na te manipulacje niemal nigdy nie padały i nie padają z ust oficjalnych przedstawicieli naszego rządu, prokuratury, etc? Dlaczego przeciwnie, przynajmniej niektóre elementy kłamstw powstawały i przenosiły się z udziałem przedstawicieli tegoż rządu RP?

Rząd RP a domniemana katastrofa

Powstaje więc naturalne podejrzenie, że przyczyną takich manipulacji jest fakt, iż organizacja wizyty miała miejsce w okolicznościach kompromitujących dla rządu RP. I dodajmy: jest to sformułowanie bardzo delikatne. Bo zważmy:

Po pierwsze – charakter wizyty, niejako wymanipulowanej przez premiera Tuska w porozumieniu z Rosjanami. Znów mówimy o faktach, bo znamy nie tylko relacje konkretnych osób, ale i dokumenty, które o powyższym wymanipulowaniu mówią. Otóż do zorganizowania dwu oddzielnych wizyt w Katyniu doprowadziła kancelaria premiera współdziałając z władzami rosyjskimi. Już to (rozgrywanie własnego przeciwnika politycznego przy pomocy dyplomatów rosyjskich) zakrawa na… pomińmy. Tak czy inaczej to skandal. Zważmy: wpierw poczekano na decyzję prezydenta, aby wiedzieć, kiedy tenże do Katynia zamierza polecieć, a potem – zanim jeszcze wieść dotarła do opinii publicznej – szybko umówiono się z Rosjanami, że wizyta premierów, ergo spotkanie Tusk-Putin odbędzie się parę dni wcześniej. Natychmiast też rozpoczęto kampanię medialną, której naczelną tezą było: „prezydent znowu robi rzecz bezsensowną, dubluje wizytę w Katyniu, na złość premierowi”. Tymczasem to premier ukartował tę rzecz z Putinem. I przypominam, to są twarde fakty.

Po drugie – zaraz po katastrofie, jeszcze tego samego dnia, nastąpiło kolejne spotkanie Tusk-Putin. Sam fakt nie dziwi, dziwią jednak okoliczności dodatkowe. Otóż w chwili, gdy Tusk spotykał się z Putinem, Jarosław Kaczyński został celowo zatrzymany przez Rosjan w drodze do Smoleńska – tak, aby kolumna samochodów premiera Tuska mogła go wyminąć i dotrzeć znacznie wcześniej na miejsce zdarzenia. Nie koniec jednak na spowalnianiu autobusowej podróży Jarosława po autostradzie – potem długo nie wpuszczano go na samo lotnisko i na miejsce wypadku, tam, gdzie właśnie obściskiwali się Tusk i Putin. To był wyraźny afront ze strony Putina, dokonany bez wątpienia na jego rozkaz. To ruskie „dziel i rządź”, pokazanie, że „tego kocham, tego lubię a tego nie”. Efekt był zapewne obliczony na wprowadzenie fermentu w stosunkach polsko-polskich, tudzież przede wszystkim na zdenerwowanie Jarosława. I znów chodzi tu o fakty potwierdzone niedawno przez ambasadora RP w Moskwie, Jerzego Bahra, w obszernym wywiadzie dla „GazWyboru”. Cytuję:

Bahr: Teraz powiem pani jak człowiek, który zna Rosję. Jeżeli strona rosyjska zaplanowała, że na miejsce katastrofy najpierw ma przyjechać Tusk, to tak musiało być. Rosjanie, kiedy jest przewidziane wydarzenie z udziałem ich najwyższych przedstawicieli, wszystkich, którzy by w realizacji tych planów im przeszkadzali, usuwają lub zwyczajnie wyrzucają. Błyskawicznie i często brutalnie. Natychmiast odjeżdżać! Wam tu nie wolno! Bez oglądania się na kraj, jaki dany gość reprezentuje, i powody, z jakimi występuje.

Torańska:Interwencja premiera Tuska by nie pomogła?

Bahr: Nie. Odpowiadam jednoznacznie. W układance czasowej, którą zaplanowali gospodarze, prezes Kaczyński miał dojechać później, a premier Tusk wcześniej. Dla mnie to było oczywiste.

Otóż: o ile Tusk ma prawo, powiedzmy, osobiście nie lubić Kaczyńskiego, nie powinien był w żadnym razie dopuścić do takiego „rozgrywania” jego wizyty z siłami pozapolskimi – i jednocześnie ściskać się publicznie z Putinem. To przecie wbrew polskiej racji stanu i polskiej przyzwoitości, tego co jest polską solidarnością narodową w obliczu sił zewnętrznych. Ale Tusk dopuścił do tego, bo rozgrywkę międzynarodową zaczął znacznie wcześniej. Patrz wyżej. Nadto potem kłamał, mówiąc publicznie, że spowalnianie miejsca nie miało. Czyli, że postanowił to wszystko „brać na klatę”. Dlaczego? Bo widocznie warto było „brać na klatę”. Rodzi się pytanie: dlaczego warto było? Na to pytanie już nie odpowiem. Strach pytać, a odpowiadać jeszcze gorzej. Zamiast tego zabiorę się za resztę wątpliwości związanych z domniemaną „katastrofą”.

Stwierdzenie zgonu Prezydenta RP i wszystkich pozostałych pasażerów

Niemal natychmiast po katastrofie Bronisław Komorowski postanowił przejąć oficjalnie władzę jako pełniący obowiązki prezydenta RP. W tym celu należało jednak dysponować oficjalnym stwierdzeniem, że poprzedni Prezydent RP nie żyje. Komorowski napotkał więc opór ludzi z prezydenckiej kancelarii, bowiem ciało Lecha Kaczyńskiego nie zostało jeszcze wtedy odnalezione i rozpoznane. Opór skończył się, gdy potwierdzenie śmierci wydał rosyjski minister. Jednakowoż teoretycznie rosyjski minister nie mógł jeszcze wtedy oficjalnie nic wiedzieć, bo ciało Lecha Kaczyńskiego nadal nie zostało rozpoznane!

To, że nikt nie przeżył, głosił też dość szybko minister Sikorski, który powołał się na osobiste świadectwo ambasadora, Jerzego Bahra. Takie wiadomości mogą sobie błyskawicznie głosić media, dyplomaci powinni jednak takowe sprawdzać. Tymczasem, jak się okazuje, ambasador Bahr, będąc niedaleko miejsca katastrofy, jak zeznał w wywiadzie – NIE WIDZIAŁ NIC, czyli ani ciał, ani nawet sylwetki rozwalonego Tupolewa, czyli ani sławetnych kół, ani nawet jakichkolwiek innych resztek, bo kordon ruskich służb błyskawicznie oddzielił go od miejsca zdarzenia. I potem tym bardziej nie mógł już nic widzieć. Nie miał więc absolutnie pewnych podstaw do twierdzenia, że wszyscy zginęli.

Ani ciał, ani większej liczby szczątków samolotu nie dostrzegł i nie sfilmował też Sławomir Wiśniewski, który bodaj wcześniej od Bahra znalazł się w pobliżu wraku. Sfilmował za to coś, co – jak ze zdziwieniem konstatujemy – niezupełnie wygląda na miejsce katastrofy, przynajmniej tak opisywanej, jak się ją opisuje oficjalnie. O czym poniżej. Wiśniewski mówił też o opieszałych karetkach i w ogóle o braku ratowników medycznych na polu katastrofy... O tym zresztą nie tylko on mówił. A my – pamiętamy wywiad z rosyjską pielęgniarką, która opowiadała niestworzone rzeczy, że otóż przyjechała na miejsce katastrofy w karetce i ujrzała straszny widok – „96 ciał” (jakże szybko policzyła!), które w pół godziny zniesiono na jedno miejsce… i których poza nią o tej porze nikt nie widział (stąd pojawiła się już hipoteza, że pielęgniarka owa widziała te ciała zupełnie gdzie indziej – nie tam, gdzie nikt ich nie widział – czyli na właściwym miejscu katastrofy… ale te hipotezę pozostawiam na boku).

Wkrótce potem minister Kopacz mówiła w Sejmie o przesiewaniu ziemi na miejscu upadku Tupolewa, w poszukiwaniu ludzkich szczątków. Jej słowa okazały się wierutnym kłamstwem. W dobrej wierze? Może. Ale kłamstwem. Bo z jednej strony wiadomo, iż ziemi w ogóle nie przeczesano, tylko co najwyżej… zbuldożerowano; no i że fragmenty szczątków ludzkich znajdowano na tym miejscu przez wiele miesięcy po „katastrofie”. Ale tylko fragmenty. Poza tym – zaznaczam – ciał na miejscu „katastrofy” bardzo długo niemal nikt nie widział – aż zmrok zapadł…

Do tego dochodzą wątpliwości wokół spraw identyfikacji. Otóż niektórych ciał nie pokazano rodzinom – miały być zmasakrowane i „nie do oglądania” – ale po czasie rodziny te przekonywały się, że niekoniecznie być tak musiało i że mamiono je informacjami niepewnymi. Chodzi tu konkretnie o ciała pilotów, które znajdowały się w kokpicie. I o konkretne relacje rodzin pilotów. Bo czas jakiś mówiono, że z kokpitu została tylko miazga. Teraz okazuje się, że jednak nie. Że ciała pilotów znaleziono przypięte pasami. A ciało generała Błasika obok nich, pasami nie przypięte, niejako „luzem”. Logiczne to?

Sprawa widoku miejsca katastrofy i szczątków samolotu

Z kadłuba samolotu pozostały jedynie smętne, nikłe resztki. Proszek. Pomijam domysły: „ten samolot – nie ten samolot”. Najważniejsze, że w tej katastrofie Tupolew na taki proszek rozpaść się nie mógł. Wszak podobno spadał z wysokości zaledwie kilkunastu metrów i podobno nie miał największej możliwej prędkości. Nie zdarzyła się bodaj jakakolwiek inna katastrofa z Tupolewem (lub innym statkiem powietrznym), który rozsypałby się w taki drobny mak… nie wskutek wybuchu. I tego faktu np. raport MAK w ogóle nie tłumaczy. Nie zajmuje się nim. Tymczasem takiego rozkawałkowania maszyny nie może tłumaczyć jedynie obrócenie samolotu na plecy. Koniec, kropka.

Zagadką z tej samej serii jest „brak” kokpitu – nie wiadomo, gdzie go znaleziono, gdzie jest, jak wygląda. A znaleziono i jest. Zresztą brak jakiegokolwiek porządnego zdjęcia miejsca katastrofy z lotu ptaka, na którym można by dobrze rozpoznać, co gdzie leżało, co się paliło, gdzie były szczątki ludzkie, gdzie fotele, etc. Oficjalnie niewiele wiemy o tym, jak wyglądało miejsce wypadku w pierwszych chwilach i dniach po nim. Dziennikarze zostali w większości zatrzymani w dużej odległości od tego miejsca.

Niszczenie dowodów

Jeśli ktoś chce ukryć lub zniszczyć dowody w sprawie czyjejś śmierci, automatycznie sam stawia się w pozycji podejrzanego o niecne czyny związane z tą konkretną sprawą, której dokumentację niszczy. To chyba logiczne.

Otóż Rosjanie:

a) twierdzili przez kilka godzin, że nie znaleźli czarnych skrzynek, podczas gdy na filmach z miejsca katastrofy można było czarną skrzynkę rozpoznać natychmiast – sam Wisniewski natychmiast ja rozpoznał (na ścieżce dźwiękowej jego filmu słychać, jak rzecze: „o, czarna skrzynka!”);

b) zatrzymali u siebie czarne skrzynki, nie dając nam oryginałów;

c) oddana nam do dyspozycji kopia czarnej skrzynki okazała się (przynajmniej raz, ale o ile pamiętam dwa razy) niedokładna – brakowało na niej iluś minut, kopiowano ją więc raz jeszcze;

f) wielu ekspertów twierdzi, że zapisy czarnych skrzynek zostały w kilku miejscach sfałszowane, te miejsca się wskazuje; pozostaje do rozstrzygnięcia, czy te wątpliwości są słuszne;

g)wrak, a raczej jego nikłe szczątki, zamiast zostać zbadanymi, zostały w zasadzie dodatkowo zniszczone poprzez pocięcie, wybijanie szyb, wystawienie na działania złych warunków atmosferycznych; polska prokuratura wypowiadała się na ten temat bardzo oględnie, ale zdaje się też była faktem niszczenia wraku mocno zakłopotana, nie wiedząc co powiedzieć, żeby ani ruskich nie rozgniewać, ani Polaków nie wzburzyć;

i) okazuje się, że tego wraku długo jeszcze nie dostaniemy – a kiedy go dostaniemy, nie wiemy;

j)Miejsce katastrofy, które powinno być dobrze zbadane, zostało przez ruskich zasypane vel przeorane, zaś drzewa, które miały świadczyć o torze lotu Tupolewa w ostatnich sekundach przed upadkiem – zostały wycięte;

k) polskich archeologów, którzy mieli przeczesać teren katastrofy, z fanfarami zdecydowano się wpuścić na miejsce zdarzenia – w imię polsko-rosyjskiej współpracy – po czym nie wpuszczano ich tam ponad pół roku, na koniec pozwolono na badania bardzo ograniczone.

Tajemnicze niejasności

Słyszeliśmy co rusz o dziwnych wydarzeniach, które, jak się potem dowiadywaliśmy z mediów różnej maści, nie miały miejsca, albo jednak miały, albo, potem, jednak nie miały. Ostatecznego dementi zazwyczaj brak – tak jakby ktoś bawił się z nami w kotka i myszkę. Ograniczę się tu do rzeczy nie zdementowanych. Tych, które pamiętam w tej chwili.

Najpierw – niejasność co do dokładnego czasu katastrofy. Ta niejasność trwała dość długo. Wystarczająco długo, aby powziąć podejrzenia co do chęci ukrycia przez stronę rosyjską właściwego czasu katastrofy. Pomijam tu szczegóły.

Ale teraz inny wątek. Oto na miejsce wypadku trafia niejaki „Kola”, filmuje części wraku, po czym – w ciągu kilku godzin po katastrofie – umieszcza ten film w internecie. Film zwany niekiedy „1:42”. Wyraźnie słychać na jego ścieżce dźwiękowej głosy ludzi krzyczących dziwne rzeczy po rosyjsku i coś, co do złudzenia przypomina strzały z broni palnej. A zbyt szybko film ten pojawił się w internecie, aby można było mówić o jego spreparowaniu (no, chyba, że… spreparowano go jeszcze przed katastrofą…). Spekulacje wokół tego filmu nie mają końca. Sam w sobie jest dowodem na niejasność sytuacji, nawet jeśli nie podaje żadnych ostatecznych rozwiązań. Wszyscy zdają się wobec niego bezradni (pomijam jakiekolwiek akceptowalne lub nieakceptowalne, oszołomskie czy nieoszołomskie analizy daleko idące, których wyborcy PO nie zaakceptują). Aż do dziś nie znamy w sposób pewny ani tożsamości „Koli” (w prasie wskazano kilku rzekomych autorów filmu), zaś ani jeden „autorytet” nie wypowiedział się oficjalnie i wiążąco na temat tego, CO właściwie widać i słychać na tym filmie. Choć niby prokuratura się tym zajęła. A przecie film wydaje się jedną z najwcześniejszych dokumentacji miejsca upadku Tupolewa.

Tymczasem odgłosy strzałów zostały szybko poświadczone przez jakichś rosyjskich świadków. Potem rozpętała się seria domniemań co do oddawania strzałów przez polskich BORowców, którzy przybyli na miejsce zdarzenia; to domniemanie padło, ale – proszę zauważyć – wszystkie dementi zgłaszane przez polskie służby w tej sprawie nie są tak naprawdę jednoznaczne. W końcu wątek ucichł. Film „Koli” pozostał bez oficjalnego objaśnienia, pomija go też zupełnie rosyjska książka Amielina (dlaczego?).

Mamy jednak jeszcze drugi film, autorstwa Sławomira Wiśniewskiego, który to film jest – wraz z relacją jego autora – kolejnym jakże niesamowitym świadectwem. Choć po części upubliczniony w pierwszych godzinach po katastrofie, w pełni dotarł do opinii publicznej dopiero przed kilkoma dniami. Wraz z opowieścią, z której dowiadujemy się o zadziwiających zbiegach okoliczności. Wiśniewski przez dwie godziny przed przylotem polskiego Tupolewa filmował mgłę nad lotniskiem z okna swego hotelowego pokoju. Na minutę przed pojawieniem się sylwetki upadającego samolotu przed obiektyw jego kamery weszli jacyś robotnicy i – przez przypadek? - uniemożliwili sfilmowanie kluczowej sceny. To zostawmy na razie. Ważniejsze jest to, że Wiśniewski pobiegł na miejsce tragedii, a tam zastał pustkę – pojedyncze, ale jakby zbyt nieliczne elementy samolotu – i strażaków, którzy wedle raportu MAK pojawili się na miejscu parę minut później, niż Wiśniewski. Uwiecznieni przezeń strażacy nie gaszą jednak Tupolewa, którego szczątki są zimne i niedymiące – polewają błoto, na którym (w oddali) widać kawał pełgającego płomienia. Słychać też pojedynczy strzał – Wiśniewski twierdzi, że to trzask płonącego drzewa. Którego to płonącego drzewa jednak na filmie nie widać. Ale to mniejsza. Wiśniewski twierdzi też, że karetki zdążały na miejsce wypadku opieszale… i nie dojechały.

Najważniejsza niejasność: lądowanie

Najważniejszą – a może tylko jedną z najważniejszych niejasności – jest ta, że wedle raportu MAK i wedle zapisów czarnych skrzynek (można wątpić w ich pełną autentyczność, ale rozważać je można, cóż zrobić) polscy piloci nie zamierzali lądować. Na czarnych skrzynkach czytamy zapisy mówiące o tym, że będzie próbne podejście, po czym najprawdopodobniej nastąpi przelot na inne lotnisko. Nie ma mowy o zniżaniu się poniżej dopuszczalnego minimum. I oto w pewnym momencie, gdy to minimum zostaje osiągnięte, kapitan samolotu decyduje: „odchodzimy”. Ale samolot, zamiast poderwać się, dalej opada. Aż… właśnie. Dlaczego? Tu, jak stwierdzili zresztą polscy eksperci i członkowie komisji – nie ma jasności.

To właśnie w tym momencie część osób umiejscawia zamach bombowy. Jego autorom miałoby zależeć na sprowadzeniu samolotu w mgłę, czy w chmury. Przypuszczali, że piloci – wioząc tak ważną delegację – będą przynajmniej podchodzili na wysokość decyzji, wykonując rozpoznanie na oko: czy można lądować. I gdy maszyna znalazła się na wysokości stu metrów – nastąpiło coś, co uniemożliwiło dalszy lot. Jest to oczywiście hipoteza. Druga hipoteza – ostatnio mocno podkreślana i podpierana szeregiem przesłanek – mówi o tym, że czarne skrzynki zostały aż tak zmanipulowane, że wycięto z nich fakt lądowania, które miałoby odbyć się gdzie indziej – blisko (Smoleńsk) lub daleko (Moskwa). Tam miałaby nastąpić właściwa tragedia, podczas gdy w smoleńskim lesie widzimy tylko teatralne dekoracje. Rzecz wydaje się nieprawdopodobna, ale – jak dowodzono na blogach – tego rodzaju akcje były już przewidywane w scenariuszach tworzonych przed laty dla służb specjalnych USA. Hipotezy te jednak zostawiam na boku.

Dziwne zachowania polskich dyplomatów

Dziwny stosunek do katastrofy daje się zauważyć u przedstawicieli państwa polskiego w Rosji. Wywiad z Jerzym Bahrem, naszym (byłym już) ambasadorem w Rosji, nasuwa szereg niepokojących pytań. Z jednej strony jest sprzeczny z wymową niektórych dokumentów, poświadczających tryb organizacji wizyty naszego prezydenta w Rosji. Dalej, ujawnia negatywne emocje, jakie nasz dyplomata żywił i żywi względem Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Ambasador przestaje bowiem zachowywać się jak ambasador i daje tym emocjom upust. Chyba jednak – jak podejrzewam – jest to upust kontrolowany. Mamy do czynienia z kolejną wypowiedzią, która ma udowodnić, że Lech i Jarosław to oszołomy i że ich polityka względem Rosji – to kupa nieszczęścia, zaś Rosja jest potężna i większa od Polski, więc uważajmy. Padają przy tym sformułowania, które wołają o pomstę do nieba. Radzę przeczytać, co napisał o tym wywiadzie Skwieciński. I przeczytać sam wywiad przede wszystkim.

Dalej, okazuje się, że ważnym organizatorem wizyty prezydenta w Smoleńsku był niejaki Turowski, nasz chargé d’affaire, były agent komunistycznego wywiadu w Watykanie. Na rozkaz swoich mocodawców za PRLu wstąpił do zakonu jezuitów; świetnie znając wiele języków, a zwłaszcza rosyjski, był długoletnim nauczycielem tegoż w centrum studiów zakonnych we Francji i Rzymie. Potem zrzucił sukienkę duchowną i trafił do dyplomacji. Czy był przewerbowanym agentem? Taka teza została postawiona.

Dalej, drugi sekretarz ambasady polskiej w Moskwie, który pojawił się jako jeden z pierwszych na miejscu katastrofy, o dziwo w towarzystwie rosyjskich służbistów z FSB, na widok polskiego dziennikarza, Sławomira Wiśniewskiego, filmującego miejsce upadku samolotu, jakby „przyzwolił zachęcając” lub jakby „kazał” Rosjanom aresztować go, zabrać mu sprzęt i tenże sprzęt zniszczyć (wersje są, zdaje się, dwie, ale różnią się tonacją tylko, obie zaś pochodzą z ust Sławomira Wiśniewskiego – z oficjalnej jego wypowiedzi podczas przesłuchania przez komisję sejmową, dostępnej na youtubie, i z wywiadu dla „Naszego Dziennika”).

Aż strach

Co mnie tu najbardziej dziwi i co jest najbardziej zastanawiające? Między innymi to, że świat dziennikarski po ostatnim ujawnieniu zachowania naszego dyplomaty wobec dziennikarza – nabrał wody w usta. W zasadzie, prócz „Naszego Dziennika”, nikt tej sprawy nie wyświetla. Sami tylko blogerzy to robią, ale oni są poza mejnstrimem. Dlaczego tak się dzieje? Czy istnieje jakieś racjonalne wytłumaczenie tego faktu? Albo racjonalne wytłumaczenie zachowania naszego dyplomaty? Obawiam się, że jest ono proste, proste. I dlatego nikt z mejnstrimu nie stawia kropki nad „i”. Bo aż strach.

- - - - - - - - - - - - - - - - -

PS. Pisałem impulsywnie. mogłem niektóre sprawy oddać niedokładnie, nie miałem czasu, aby robić przypisy. Traktuję ten tekst jako zaczynek własnego wspomnienia dotyczącego katastrofy, w którym padają - oczywiście: fakty, pomówienia, domysły. Te powinny być jasno rozgraniczone - część tu jasno rozgraniczyłem,  a druga część jest wystarczająco czytelna, aby wiedzieć - co jest czym. Do następnego razu.

[***]

Szanowny Panie Chwilowy!

Dwa wyjaśnienia. Na moje obiekcje odpisał Pan:

Otóż nazwałem "faktami" bez wpływu na ustalenie przyczyn i winnych katastrofy, podane przez pana tezy: 1. O blokowaniu „przez ruskich” wyjazdu Prezydenta 10 kwietnia

2. O zdaniu, które usłyszał p.Wiśniewski od kogoś tam w Smoleńsku po katastrofie. W obu przypadkach mamy do czynienia z subiektywną oceną (interpretacją) nie do końca pewnych wydarzeń. W dodatku wydarzeń, które albo nie mogły przyczynić się do katastrofy bo pierwsze z nich uniemożliwiłoby wylot, a drugie nastąpiło po katastrofie. Proszę napisać w jaki sposób Rosjanie blokowali wyjazd Prezydenta i jak to się przyczyniło do katastrofy, ewentualnie jak zdanie wypowiedziane po katastrofie mogło ją spowodować, a publicznie oficjalnie i szczerze przyznam panu rację.[…]

Generalnie rzecz biorąc, popełnił Pan trzy błędy. Pierwszy - merytoryczny: nie pisałem o blokowaniu wyjazdu prezydenta Lecha, lecz wyjazdu prezesa Jarosława, już po katastrofie, ale w tym samym dniu. Dalej, nie jest to wydarzenie „nie do końca pewne”, bo blokowanie podróży Jarosława zostało poświadczone zarówno przez wiele osób z jego otoczenia (tych, które wespół z nim podróż odbywały), jak i – po czasie – przez osoby, które go nie lubią, ale musiały potwierdzić rzecz, o której zbyt wielu ludzi wie, aby jej nadal zaprzeczać. M.in. chodzi o „zeznanie” Jerzego Bahra, opublikowane w dodatku do „GazWyboru”, w którym to „zeznaniu” Bahr, acz niechętnie, o sprawie tej opowiada (vide powyższy tekst). Oczywiście blokowanie podróży prezesa nie mogło przyczynić się do katastrofy, tak samo, jak nie mogło się do niej przyczynić zatrzymanie montażysty, pana Sławomira Wiśniewskiego, przez FSB – to ostatnie potwierdzone przez Wiśniewskiego podczas przesłuchania go przed komisją sejmową (jeśli więc nawet Wiśniewski skłamał, to skłamał w świetle „jupiterów”, podczas gdy jego film potwierdza zatrzymanie: sceny te częściowo zarejestrowały się na taśmie kamery) – bo wydarzenia te miały miejsce po „katastrofie”. Nie chodzi bowiem o to, jakoby te wydarzenia katastrofę sprowokowały – lecz o to, że objaśniają po części jej kulisy. Pozostaje więc określenie stosunku tychże wydarzeń, które nie są „faktami”, lecz twardymi faktami – do samej katastrofy.

Sprawa tychże kulis oczywiście wymaga rozwinięcia. Jeśli chodzi o okoliczności „katastrofy”, mamy do czynienia z szeregiem: a) wydarzeń częściowo potwierdzonych, b) pomówień, c) hipotez, wreszcie z d) oderwanymi faktami, które mogą odegrać rolę poważnych dowodów w tej sprawie, dlatego właśnie, że są FAKTAMI. A dwa przywołane przeze mnie fakty (jedne z wielu) są o tyle cenne, że nawet przeciwnicy teorii zamachu muszą przyznać, że są to: a) fakty dowodnie wykazane, znane zwolennikom i przeciwnikom tezy zamachu; b) bulwersujące, c) dowodzące pośrednio nieczystości sumienia ruskich i polskich władz w sprawie, o której mówimy. Ich znaczenie objawia się dodatkowo w połączeniu z pozostałymi faktami. Zapraszam do przeczytania tekstu powyżej.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (20)

Inne tematy w dziale Polityka