Niektórzy politycy i publicyści komentując sprawę smoleńską powtarzają niczym mantrę tezę, że zamach byłby nieprawdopodobny z tego przede wszystkim powodu, iż Ruskie nie mieli w nim interesu. No, bo przecie Lech Kaczyński & PiS i tak przegraliby wybory – po cóż więc było ich niszczyć, skoro najlepiej niszczyli się sami?
Ci, co się z tą mantrą nie zgadzają, przekonywani być nie muszą. Ale nawet i tym powtórka dobrze uczyni. Otóż od dawna sądziłem, pisałem, sadzę i piszę, iż za tezą zamachu – poza zwykłą ruską zemstą za wszystko, co Lech Kaczyński robił i mówił (zwłaszcza w Gruzji i w środkowej Europie, ale nie tylko), przemawia miedzy innymi to, że:
1. Rosji nie zależało i nie zależy na silnych rządach i niepodzielnym, wyborczym zwycięstwie PO ani jakiejkolwiek innej polskiej partii (no, chyba że partii przeżartej na wylot ruską agenturą; sapienti sat). Rosji zależało i zależy na politycznym zdestabilizowaniu RP.
2. A zatem, Rosji nie zależy na całkowitej marginalizacji PiSu – tylko na tym, aby uniemożliwić realizację PiSowskich zamiarów politycznych (przy okazji zwróćmy uwagę, że w „katastrofie” zginął ten patriotycznie i niepodległościowo nastawiony zastęp ludzi, który nie tylko był „spoza układu”, ale i zdążył nauczyć się, na czym polega praktyczne sprawowanie władzy. Usunięcie szeregu takich postaci spośród żywych – to duże osiągnięcie).
3. Rosji nie zależy też wcale na „wyciszeniu” antypatriotycznej propagandy, jaką uprawiała i uprawia część PO w połączeniu z GazWyborem et consortes. Przeciwnie, Rosji z pewnością zależało i zależy na kontynuowaniu „antypatriotycznego” nurtu manipulacji społecznej w Polsce. A do tego PiS jest potrzebny, najlepiej PiS skrzywdzony i krzyczący. Niech pożyteczni idioci mają na kim ujeżdżać! Wróg dobrze określony i bezpiecznie oddzielony od jednak bojącego się go rządu – oto cel.
4. Rosji zależy zatem na takim polskim rządzie, który miałby niestabilną pozycję i który – ponadto – byłby uzależniony od niektórych przynajmniej sugestii tudzież konkretnych działań władców Federacji Rosyjskiej. Na takim rządzie, który wskutek swego częściowego choćby uzależnienia od FR odstąpiłby (chcąc czy musząc) od kreowania Polski na środkowoeuropejskiego, antyrosyjskiego lidera małych państw postsowieckich i w rezultacie – przestał „przeszkadzać” w neoimperialnej polityce dawnego mocarstwa na jego zachodnich rubieżach, a także w nawiązaniu dobrej współpracy na linii Rosja -Zachód.
W tym momencie słyszę, jak wcina się między moje zdania cały chór komentatorów antyzamachowych, dodając: no właśnie, najbardziej zatem prorosyjski byłby teraz właśnie PiS et consortes, bo oni najbardziej mieszają w polityce, używając do tego mieszania smoleńskiej katastrofy; oni też mogą realnie dojść do władzy „za sprawą” smoleńskiej „katastrofy”, ucharakteryzowanej na zamach; ergo: teza zamachu bzdurna się wydaje sama w sobie, bo dla ruskich tym bardziej mająca efekt niekorzystny.
Otóż nie.
Partia rządząca w Polsce, jeśli jej liderzy uwikłali się jakkolwiek w sprawę smoleńską (a sądzę, iż na tym właśnie uwikłaniu Ruskim zależało i do niego doprowadzili), została z nią związana tak organicznie, że image jej wisi na ruskiej woli. W zależności od tego, co Ruskie ujawnią i jak się w sprawie „katastrofy” zachowają – tak będą drgały sondaże i komentowała prasa, a uwiązani politycy i ich partyjni, niewtajemniczeni nawet koledzy drżeć będą przed ruskimi działaniami, ergo: przed każdym telefonem z Kremla i przed każdą ruską konferencją prasową.
Dlatego politycy ci poruszą niebo i ziemię, aby tezę zamachu wyśmiać, ośmieszyć, oddalić… Ale oczywiście, z drugiej strony, Ruskie nie pozwolą się tejże tezie wypalić. Zrobią tyle, żeby PiS nie mógł tezy o zamachu porzucić, skoro aż tyle poszlak nań wskazuje. Tak wiec dopuszczona została sytuacja pojawienia się licznych wielbicieli Prawdy (autentycznej, czyli tej bez cudzysłowu), którzy ruszyli Jej smoleńskim tropem. I bardzo dobrze. Ruscy et consortes usuwać będą bądź unieszkodliwiać tylko tych będących nazbyt blisko rozwiązania, reszta niech sobie krzyczy w polskim kotle.
5.Rosji zależy na osłabieniu, rozmiękczeniu polskiej pozycji i obecności w NATO. Otóż ewentualne zorganizowanie i przeprowadzenie zamachu – to postawienie państw NATO przed jasną informacją: „my chcemy i możemy taką operację przeprowadzić i nikt nam nie podskoczy, a co wy na to, NATO?”. W tej sytuacji NIKT zdrowo myślący nie pomyślałby, no i faktycznie nie pomyślał o zbrojnym odwecie czy oporze wobec Rosji. Wszak NIKOMU w NATO nie przyjdzie dziś do głowy wyciąganie ostatecznych wniosków ze smoleńskiego (czy jakiegokolwiek innego) zamachu zorganizowanego przez Rosję.
Autorzy takiego zamachu wiedzieliby zresztą, że przed przywódcami i służbami Zachodu nie da się takiegoż zamachu ukryć. No ale właśnie, właśnie. Nie robi się takiego zamachu po to, żeby go ukryć. Przeciwnie. Tyle, że decyzję o ewentualnym ujawnieniu faktów pozostawia się dobrej woli NATOwskich liderów. To już „ich problem”, nie problem Rosji. Rosja swoje zrobiła. Liderzy Zachodu postawieni zostali sami wobec alternatywy: czy ujawnić fakty i własną bezsilność wobec nich (ergo spowodować długotrwały i trudno przewidywalny kryzys polityczny, głównie we własnym ogródku) – czy też wykorzystać tę okazję do tego, żeby wreszcie siedzieć cicho i załatwiać z Rosją coraz lepsze interesy?
6. Rosji zależy oczywiście na wzmocnieniu jej pozycji w Europie środkowo-wschodniej. A to poprzez zlikwidowanie obstrukcji wobec swoich planów ekonomicznych i poprzez zaznaczenie tego, że panuje nad sytuacją, a opornych… no właśnie. Zauważmy, jak wyglądały – niemal na drugi dzień po katastrofie – działania Kremla na Ukrainie. A przede wszystkim proszę zauważyć, jak wielkie, trwałe i „właściwe” wrażenie zrobiła „katastrofa” smoleńska na społeczeństwach tych państw postsowieckich, geopolitycznie najbliższych Rosji, które się Rosji „stawiają”. Wypowiedzi tudzież inicjatywy nie tylko Saakaszwilego, ale przede wszystkim przywódców i w ogóle ludności państw „Pribałtiki” oraz Ukrainy jasno to pokazują. Czyż może być coś bardziej wymownego, niż antypolsko nastawieni weterani UPA, składający wieńce pod naszymi konsulatami na Ukrainie „w hołdzie ofiarom ruskiego zamachu” (co wprawiało w zrozumiałą konsternację naszych dyplomatów)? Czyż nie świadczy o tym pomysł nadania wileńskiej ulicy imienia Lecha Kaczyńskiego – niemal natychmiast zadeklarowany przez panią prezydent Litwy, niejako na przekór złym stosunkom polsko-litewskim? Oto nielubiąca Polski, lecz mała Litwa widzi w nas jednak (no, właśnie: widziała…) środkowoeuropejskiego lidera, w którym można (można było…) znaleźć oparcie w obliczu konfliktu z Rosją. I charakterystyczne, że to właśnie słowa byłego prezydenta Litwy – Landsbergisa – odnośne dociekania prawdy o smoleńskiej katastrofie, zacytowane przez Małgorzatę Wasserman, aż tak wściekły premiera Tuska, że uznał je za „oburzające”. Na tyle oburzające, aby nie musiał się do nich w ogóle ustosunkowywać…
- - - - - - - - -
No cóż. Na koniec muszę już tylko zadeklarować: chciałbym się mylić.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)