tekst macierzyście na www.kresy.pl
tekst macierzyście na www.kresy.pl
Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
725
BLOG

Michnik, pogromy ruskich & rusofobów wywózki

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Polityka Obserwuj notkę 4

Michnik parę dni temu ujawnił samym Rosjanom (bo w wywiadzie dla Ruskich), że swego czasu bał się… antyrosyjskich pogromów w Polsce: 

Bałem się, że w Polsce po upadku Związku Radzieckiego będą antyrosyjskie pogromy.

Kiedy ostatnio zdarzyły się w Polsce antyrosyjskie pogromy? Wysilmy umysł… ostatnio, to chyba w roku 1794. Padło wtedy ponoć kilka tysięcy Moskali, a pod kolumną Zygmunta tłum rozszarpał na sztuki syna samego Igelströma (bo sam Igelström zdołał zbiec). Okropność!

Czy coś takiego zdarzyć się mogło po roku 1989? Każdy, kto żył w tamtych latach i był przy zdrowych zmysłach wie, że nie mogło. Ale… jakoś nie wie tego M. Dlaczego nie wie? Bo on chyba po prostu „nie czuje”, kim jest i jaki jest Naród Polski (i jeszcze to słowo: „pogromy”!). Ale jeszcze dziwniejszy od powyższych słów wydaje się wniosek, do jakiego doszedł w następnym zdaniu:

Nie było ani jednego takiego incydentu. W związku z tym, jestem stuprocentowo pewny, iż w polskim  społeczeństwie też rusofobów nie ma.

Nie ma rzeczywiście... Czyżby? Cofnijmy się, jak M., do roku 1794 i jeszcze ciut wcześniej. Kiedy to następowało usuwanie rusofobów z przestrzeni publicznej. Wszak tuż przed i tuż po owym „pogromie” Rosjan z roku 1794 miały miejsce pewne, hm, deportacje rusofobów do Rosji... 

No i proszę. Okazuje się, że i dziś rusofobowie są w polskim społeczeństwie. Ale że to bardzo jest niezdrowe, więc się ich eliminuje. Eliminuje poprzez, zgodne z tradycją z około roku 1794, wywożenie do Rosji. Tymi rusofobami są czeczeńscy uchodźcy, jak najbardziej dla Rosji groźni, więc nachodzeni przez antyterrorystów, inwigilowani, czasem bici; ich rodziny są rozdzielane, a niektórzy spośród tych rusofobów – właśnie – deportowani. A jakże, właśnie do Rosji. No i niektórzy, jak dowiadujemy się od Krystyny Kurczab-Redlich, już w tej Rosji znikli. Czemuż się dziwić – Rosja kraj wielki, zgubić się łatwo.

Co na to nasza władza? Cóż, ona zapewne zarządza powyższe deportacje w imię dobrosąsiedzkich polsko-ruskich stosunków. A kiedyż to się ostatnio zdarzało, żeby stosunki polsko–rosyjskie były tak dobre? Ach, ba, mam, niestety: w roku 1792, kiedy caryca Katarzyna interweniowała skutecznie w sprawie polskiej racji stanu. Wszakże i dziś minister Ławrow publicznie upomina się u Komisji Europejskiej o „interesy Rosji i Polski”. 

Ale apage, precz kusa pokusa! Zapędziłem się. Strach wyciągać zbyt daleko idące wnioski. Już wolę wysłuchiwać informacji o tym, że, sicut Nałęcz rzecze, Były Pełniący Obowiązki Prezydenta RP jest prawdziwie „zdziwiony interwencją ABW w mieszkaniu Roberta Frycza” (autora strony internetowej „Antykomor”) i że „będzie po stronie broniących swobody wypowiedzi”, jako że „już w PRL demonstrował w obronie wolności słowa”. Co prawda Nałęcz  rzekł też w imieniu Byłego Pełniącego, że „nie można mieć pretensji do prokuratury i ABW, ponieważ funkcjonariusze kierowali się przepisami prawa”. 

Masz ci los! Znów mnie zniosło. Wszak kubek w kubek podobnie (acz piszę to toutes proportions gardées) wyglądała interwencja króla Stasia na rzecz tych, co go chcieli porwać w owej sławnej akcji z listopada 1771 roku, po to, żeby z rusoluba zrobić zeń rusofoba. Król zalecał sędziom łagodny wymiar kary dla porywaczy i w ogóle porywaczom przebaczył, ale sędziowie jakoś króla nie posłuchali; niemniej król także i sędziom tę samowolę wybaczył, po czym porywacze zostali poćwiartowani. Łaskawość królewska łaskawością, ale dura lex sed lex: wszak„funkcjonariusze kierowali się przepisami prawa”. 

Pewnie dlatego przestrzeń publiczna widziała ostatnio zagęszczone interwencje czujnych funkcjonariuszy, kierujących się przepisami prawa i zatrzymujących tych, którzy język swój i spreje rozpasali, pisząc na przykład: „przyszła pora na antykomora – wolność słowa jest niezdrowa”.

Ale mija rok 1794, mija ostatni rozbiór – i oto nagle na tym polskim poletku pojawia się jakiś Napoleon. Tak jakbyśmy przeszli nagle do roku 1806, kiedy to rusofobia znów weszła na salony, a niektórzy niedawni zdrajcy-zaborcofile mianowani zostali urzędnikami Księstwa.

Ale wróćmy do rzeczywistości. Nie mamy ani roku 1794, ani roku 1806. I nie mamy antyrosyjskich pogromów”.Ani żadnych innych. I zamiast Napoleona jest co najwyżej Obama. I czegóż się teraz będzie bał M.? Aż strach pomyśleć. Nie, nie pomyślę, poczekam, samo wylezie.
- - - - - - - - - - - - - - -
Bo przecież - mam przynajmniej taką nadzieję - wchodzimy jednak w nowy etap rusko-amerykańskiego meczu, a nie tylko w rozgrywkę polsko-ruską, z góry skazana na przegraną. W tym meczu nie będą już - mam nadzieję - decydować o naszym losie tylko i wyłącznie nasze (nasze? czy Byłego Pełniącego?) paraliżujące wschodnie lęki i, by tak rzec,
fobie wobec rzekomych fobii(jak te pana M.), których przykład widzielismy powyżej, ani wstrętna usłużność wobec rosyjskich żądań (czy, jeszcze wstretniejsza może, bo wyprzedzająca te żądania?), jaką wykazywaliśmy w ostatnim roku wobec nieszczęsnych czeczeńskich uchodźców (my - tak, tak trzeba niestety powiedzieć, bo jest to nasze państwo, choć nie nasza decyzja; bo tak to będzie i tak jest widziane z zewnątrz).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka