Napisawszy w krótkiej notce powyborczej, że teraz „można bić brawo dla zdrajców, złodziei i zboczeńców” doczekałem się uwagi niejakiego Juliana Ardena: „troszkę nieładnie tak nazywać większość demokratyczną narodu, co?”
Pomijam tu fakt, że moja notka nie odnosiła się do „większości demokratycznej”, ale do tych, których owa większość demokratyczna wybrała na posłów i senatorów. Pomijam.
Symptomatyczne jest jednak przeświadczenie Juliana Ardena, że „nieładnie” jest określać złodzieja złodziejem, a zboczeńca zboczeńcem, jeśli takowi mają coś wspólnego z „demokratyczną większością”.
To nieprawda.
Tylko w jednym punkcie trzeba się z Julianem Ardenem zgodzić. Demokracja nakazuje współistnienie różnych poglądów w imię dobra wspólnego. Powinienem szanować przynajmniej tych, którzy – choć się z nimi nie zgadzam – uzyskali mandat posła czy senatora. A jeśli nawet nie mogę szanować ich, to winienem szanować ich mandat poselski i prawo do współdecydowania o losie Rzeczypospolitej.
Śliski to temat.
Bo jest jedno ale.
Nie ma dla mnie znaczenia mandat demokratyczny, ani uchwała Sejmu, JEŚLI ich uszanowanie równa się nieuszanowaniu dla zasad najważniejszych, fundamentalnych, czyli podstawowych.
Tak więc, kto zechce w imię zasad demokratycznych: zdeprawować moje Dziecko, niszczyć Kościół, siłą oderwać je od wiary, rodziny, moralności, zmusić mnie do milczenia w sprawach najważniejszych –
– Niech nie liczy na to, że demokratyczny mandat go usprawiedliwi. Są rzeczy, których nic nie usprawiedliwi. Jeśli jego „przyjazne państwo” będzie państwem wrogim dla zasad podstawowych – nie możemy się z tym pogodzić.
Tak: my. Nie mówię tego bowiem tylko w swoim imieniu. Jest nas więcej, wiem o tym. Powiemy: non possumus.
525
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (3)