[kontynuuję tu transkrybowanie krytyczne własnego raptularza z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych]
Przy świeczce
Pamiętacie peerelowskie katastrofy – spadania samolotów i niesamolotów, powodzie, zimę stulecia? I owo wyłączanie światła w całych dzielnicach i miastach – coraz częstsze objawy późnogierkowskiego kryzysu? Zapisałem 15 lutego 1979:
Wczoraj znów nastąpił nawrót silnych mrozów, śnieżyce i zamiecie. […] [a przed chwilą] zgasło światło, chyba w całej dzielnicy. Teraz piszę przy romantycznej świeczce, a mama też przy świecy gra na fortepianie […] [t. I, fol. 4 recto, 6 recto]
Tego wieczora opowieść rozwijała mi się dość banalnie, przez kilka stron – o szkole, o kolegach, dopiero potem ciekawiej: o losach Polaków w Sowietach (konsekwentnie pisane: w ZSRR, Związku Radzieckim – wtedy i w moim kręgu rzadko kto mówił: „sowiety”, to przyszło z czasem i z wolnością). Aż tu nagle…
… zapaliło się znów światło. Na razie kończę. Jest godz. 19.27, może 19.30, bo akurat kończy się w telewizji ‘siódemka’. Kończę. Jest jednak 19.28.27. [t. I, fol. 7 recto]
Zegar telewizyjny
Zgaduję, że w momencie, gdy pisałem, co pisałem, czyli gdy nagle wraz ze światłem włączył się i telewizor – na szklanym ekranie pojawił się wielki zegar.
Taki zegar „dawano” wówczas w TVP circa na minutę przed rozmaitymi programami, a zwłaszcza przed Dziennikiem (nie istniały reklamy, a programu zawsze troszkę brakło, czymś trzeba było wypełnić dziury). W ten sposób mogłem powoli śledzić sekundy. Zapewne stąd wzięło się owo notowanie sekund w moim wpisie.
Dla wyjaśnienia – podówczas Dziennik TV zaczynał się o 19.30. A telewizor wyrzuciliśmy wprawdzie aż na korytarz (daleko – bo, nota bene, nasze mieszkanie mieści się w przedwojennej kamienicy, duży metraż), ale po to tylko, aby każde z nas mogło śledzić go bezpośrednio ze swego pokoju (wstyd przyznać; dziś programowo nie mam telewizora w ogóle). Siedząc za moim biurkiem i pisząc – miałem z odległości dziesięciu metrów perspektywiczny wgląd w ekran.
Dziennik i bomba
I pewnie jak tylko o tej 19.30 zaczął się Dziennik, dotarła informacyjna i makabryczna bomba. I wbrew zapowiedziom nie skończyłem pisać, ale dopisałem w następnym wersie:
Niesamowita katastrofa! W Warszawie zawaliła się rotunda na Ścianie Wschodniej. 32 osoby zmarły w szpitalu lub zginęły na miejscu. Katastrofę wywołał wybuch nie wiadomo czym spowodowany [sic!]: warszawiacy spontanicznie ofiarowują krew dla ofiar, odwołano wszystkie seanse filmowe i teatralne, i imprezy rozrywkowe. Wyznaczono komisję do zbadania tragedii. W niektórych przypadkach są trudności z identyfikacją zwłok. […] [t. I, fol. 7 recto, 7 verso]
To rzeczywiście była rzecz „niesamowita”. W PRLu rzadko mówiono o wielkich katastrofach i miało się wrażenie, że ich w zasadzie nie ma. Liczba ofiar tragicznego wybuchu – jak wiemy dzisiaj – wyniosła aż czterdzieści dziewięć. Pozostałych poszkodowanych było ponad siedem dziesiątek. Przynajmniej tych oficjalnie ogłoszonych.
Komisja i jej zdanie
Minęły dwa dni i pośród innych mam wpis kolejny:
17 II
[…] Cały kram z rotundą PKO może powoli się wyjaśni. Była w Warszawie konferencja z udziałem Gierka, Naczelnego Prokuratora i innych szych. Stwierdzono, że wybuch prawdopodobnie nastąpił w skutej eksplozji gazów, możliwe, że z instalacji uszkodzonej, „wyciekłych” w podziemia rotundy. […] [t. I, fol. 10 verso]
Ta wersja się utrzymała. Nadal można w Wikipedii przeczytać, że „przyczyną wybuchu było przedostanie się gazu z pękniętej podziemnej instalacji do wnętrza budynku”. Czy na pewno? [zob.].
Plotki a szarość
Tego „na pewno” chyba nikt nie był pewny. Katastrofy, podobnie jak i przepowiednie, podrywały zaufanie do komuny, której z metra ufał mało kto. Królowała podejrzliwość. Nadto plotki ubarwiały codzienną szarość, więc kwitły. Bo mimo tego, że dla mnie późna komuna to ciekawy czas dowcipów, wszakże był to zarazem i czas permanentnej szarości. Kolejny wpis odnotowuje:
18 II 79
Dziś niedziela. Byłem w kościele parafialnym na Kościelnej. Kazanie miał nasz katecheta, ks. Wittke. Mówił o braku uśmiechu na ludzkich twarzach itd. Nie będę się nad tym dłużej rozwodził, choć rację miał ksiądz. […] [t. I, fol. 10 verso]
Typowe. O „szarości” i braku uśmiechu mówiło się wtedy sporo. Śpiewał o niej zacnej pamięci Kaczmarek i gadał w radiowej „trójce” Fedorowicz (jak mu pozwolili). Były też takie „szare” filmy. (Zanussi się kłania). Aż się zdziwić można, że komunowa propaganda sukcesu przyzwalała na ten nurt. Ale przyzwalała.
Jak więc rzekłem, pośród szarości pożądano plotek, zupełnie jak kinowych premier. Pojawiały się zatem wespół z kinowymi premierami:
19 IX 79
Wychodząc dzisiaj z K. z kina, z notabene, okrutnej komedii, dowiedziałem się, jakoby do Komendy Głównej [Milicji] były telefony, że po Rotundzie PKO ma pójść okrąglak lub Domy Centrum [w Poznaniu]. Byłaby to tragedia, ale osobiście w to nie wierzę, żeby bandyta ostrzegał przed swoim czynem, a w ogóle myślę, że wybuch w rotundzie to tylko tragiczny, przypadkowy wypadek. [fol. 15 verso – 16 recto]
Plotki zwykłe
a komunowa technika plotkarska
Przypomnijmy: nie tylko ta jedna tragedia – także inne tragedie generowały plotki. Mniej lub bardziej prawdopodobne. Była więc „czarna Wołga” porywająca dzieci, była „czarna łapa” z podwórkowych opowieści, taka łapa przychodząca z cmentarza.
Czy za powtarzaniem wspomnianej wyżej plotki o „bombowych” telefonach kryło się coś więcej niż chęć bajerowania? W każdym razie problem nurtował.
Odrzucałem wówczas myśl celowego rozsiewania takich informacji, ale teraz zaczynam się zastanawiać. Pamiętam bowiem, kto w tym samym roku, u cioci na imieninach (dosłownie) rozsiewał podobnie krwawe plotki i to dwupunktowe. Zapisałem sobie nawet w pamiętniku, ze „o tego kogoś chodzi” (i podkreśliłem, jak wyżej, nie chcąc przezornie wpisywać nazwiska). W punkcie pierwszym plotki – chodziło o ofiary rzekomo zadeptane przez tłum podczas wizyty papieża w Meksyku. Jak pamiętamy, była to w ogóle pierwsza „światowa” pielgrzymka papieska za tego pontyfikatu. Następną miała być już pielgrzymka do Polski. I tego dotyczył punkt drugi: że w Polsce ma być podobnie –
…że już z każdej miejscowości trumny ślą, że ma być tylu a tylu zabitych, stratowanych itp., że w Gnieźnie będzie najgorzej, bo pod ludzkim ciężarem balkony się maja zarywać. [t. I, fol. 41 recto]
Już wówczas brałem takie gadanie za więcej niż zwykłą podłość. Dziś wiem po prostu, że sprawa takowych plotek została „pod-zlecona”. A w przypadku rotundy?
Telefon z Warszawy
W niecały miesiąc później moja Mama – projektant form artystycznych w jednej z cepeliowskich spółdzielni w Poznaniu – pojechała do centrali w Warszawie. Dla mnie i dla Taty wiązało się to z małą sensacją domową, jako że właśnie nasz „martwy dobytek rodzinny wzbogacił się o telefon, który, podłączony do drugiego z dwóch umieszczonych w naszym mieszkaniu gniazdek, daje możliwość trójstronnej rozmowy”. Odnotowałem tę pierwszą w rodzinnej historii „trójstronną” rozmowę – zapowiadaną, umówioną na godzinę i specjalnie zamawianą jako „międzymiastowa” (bo nie było międzymiastowych połączeń automatycznych!) Poznań – stolyca. Jak wiemy, zamawiało się i czekało. Czasem wiele godzin:
Długo jednak czekaliśmy beznadziejnie na telefon i dopiero teraz, w piżamach, mogliśmy doczekać się go. [t. I, fol. 21 recto].
Wersja warszawska:
„nie było żadnej eksplozji”
Telefoniczna opowieść Mamy okazała się sensacyjna. Otóż, ponieważ dojechała do Warszawy „w stanie dość dobrym, za wyjątkiem fryzury”, a „nie można się było rozczochranym pokazać w miejscu służbowym”, wstąpiła do fryzjera właśnie gdzieś w okolicy Ściany Wschodniej. Skoro zaś „wiadomo powszechnie, że salon fryzjerski służy za źródło wiadomości o rzeczach wszelakich”, to „fryzjerka, a właściwie dwie, robiąc Mamie loczkową fryzurę za pomocą gorących przyrządów, nie oparły się” i zaczęły plotkować o katastrofie. Dowiedzieliśmy się – Mama wpierw, a we wtorek 27 marca Tata i ja od Mamy przez telefon – że
Nie było żadnej eksplozji! Ani dymu, ani huku, ani nic. […] Nic nie zapowiadało nieszczęścia. Ludzie chodzili spokojnie, nie przeczuwając tego, co za chwilę miało nastąpić. Raptem ziemia zaczęła się trząść. Przerażeni myśleli, że to trzęsienie ziemi. Tymczasem w ciągu kilku sekund drgania przybrały niesamowicie na sile, ustały; trzask, i w jednej chwili potworny jęk porażonych ofiar. […] Teraz – warszawiacy zatykają w ogrodzeniu wokół remontowanego budynku kwiaty. Ku czci tych, którzy zginęli. [t. I, fol.23 verso – 24 recto]
Analogie
Wiecie Państwo, o czym teraz myślę? Oczywiście o innej katastrofie. Podczas niej niektórzy też nie widzieli żadnej eksplozji. Inni widzieli. Niektórzy nie słyszeli huku. Inni słyszeli. Tyle, że w S. świadków było mało, a w Warszawie w roku 1979 – mnóstwo. Wieleset osób. Tym bardziej wersji pojawiło się przynajmniej kilka. Tyle, że w stolycy tamtych lat nie było komu podkładać bomby. A jednak…
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze (1)