[ciąg dalszy krytycznego transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych]
„(dla draki chyba) (na pewno)”
M. [mój kolega ze szkoły] […] wchodzi do sklepu mięsnego i zaczyna przepychać się do lady (mimo wszystko dla „draki” chyba) (na pewno) , a gdy cel osiągnął, pyta ekspedientki:
- Czy jest szynka?
Na co tamta groźnie spojrzała i rzecze:
- Nie bądź synek taki dowcipny. […]
[t. I, fol. 5 recto - 5verso]
Wiadomo, o co chodzi? Dlaczego M. musiał się przez sklep „przepychać” i dlaczego jego pytanie było absolutnie absurdalne? Wiadomo.
***
Czyż nie jest to scena godna „Misia”? Dopiero teraz odkrywam, że paru moich kolegów z podstawówki samodzielnie i z lubością generowało „misiowe” dowcipy, w rodzaju samorodnych happeningów. Bez artystycznego zamiaru, z czystej łobuzerii. Tak „dla draki (chyba) (na pewno)”.
Swoją drogą jakiś czas temu zdziwiłem się, że „Miś” nadal śmieszy. Nie tylko mnie, ale i moje małe i większe dzieci, które peerelu nie zaznały. Pierwotnie myślałem, że „Miś” należy do tworów hermetycznych, zrozumiałych tylko i wyłącznie dla Polaków, którzy zakosztowali komuny. Ale nie: dawne absurdy mają wielbicieli tu i teraz.
Dowcip mniej „misiowy”
Dowcip „misiowy”, w „Misiu” wyekstrahowany i wydestylowany po mistrzowsku, panował podówczas w szerszych kręgach. Ale jeszcze szerzej istniał dowcip zwyklejszy, prostszy, codzienny nasz. Tu wyjątek z raptularza kolejny:
W szkole też dowiedziałem się o dowcipie przez R[adio] W[olna] E[uropa] rozpowszechnionym, a mianowicie:
- Jakie owoce lubi Gierek najbardziej?
- Zielone pożyczki.
[TU uwaga: „zielone” to dolary]
Na religii zasię inny kawał:
- Dlaczego w Polsce brakuje mięsa, skoro jest tyle świń?
[…] Polska na dno zstępuje, a najlepszy dowód, że powyższe kawały nierzadko świnie rozpowszechniają. […] [t. I, fol. 5 recto]
„Misiowa” rzeczywistość
Bywały – ba, permanentnie! – „misiowe” realia po prostu, bez dowcipu i draki. W poniedziałek 25 marca roku 1979 zanotowałem, że „mamy wreszcie wszystkie rowery” na które długo polowaliśmy po sklepach i opisałem, jak to z tym „nieszczęściem” (tak określam proces zakupu) było. Otóż wymarzyliśmy sobie z Tatą, jak obiecany rower ma wyglądać:
Wiedzieliśmy już nawet jakiego gatunku, ale w sklepach stały przeważnie rowery obtłuczone, niekompletne, z pełnymi gumowymi pedałami, i.t.d. Nareszcie w wymienionym wyżej miejscu [sklep przy ul. Głogowskiej] dostaliśmy odpowiedni pojazd. Był, jaki był: ale wydawał się dobry. […][t. I, fol. 19 verso – 20 recto]
Już podczas załadunku do rodzinnej Skody nowy rower wyłupał nam dziurę w suficie. Potem –
Gdy wróciłem do domu po lekcjach muzyki, ujrzałem, jak Tatuś, któremu przyglądali się Mama i Staszek [kuzyn], usiłował równo wstawić koło i do końca przykręcić siodło oraz usunąć szereg mniejszych wad. Niestety, cała energia szła na marne… [t. I, fol. 20 verso]
Nazajutrz przekonaliśmy się, że nie jest aż tak źle, bo „rower był właściwie dobry: trzeba było tylko dobrych narzędzi”, żeby zlikwidować jego wady wrodzone. Ale nie koniec na tym. Kilka dni później okazało się, że oszukano nas. Rower był nie tylko krzywy i wymagający „dobrych narzędzi”, ale jeszcze „powinien kosztować nie 2950 zł., ale 1750 zł.” Krótko mówiąc, zostaliśmy oszwabieni. Dodam tylko, że owe niecałe trzy tysiące to była niemalże równowartość pensji mojego taty.
Dowcip niemiśny kloaczny
Na zakończenie dowcip o smutnej wymowie. Pewnego dnia, jak zapisałem „bodajże w piątek 30 III” nasz klasowy kolega X. –
…siedzi sobie w oknie klasy – a okna są tak skonstruowane w naszej szkole, że tego, co jest tuż na dole [bezpośrednio] pod oknem nie widać – sprawia to specyficzny parapet. Siedzi więc sobie X. w klasie i widzi, że na dole idzie jakaś dziewczyna... [t. I, fol. 25 verso]
Kolega X. zobaczył dziewczynę, a zatem (swoisty dowód kloacznego mizogynizmu) –
…tak, od niechcenia, splunął. I – wychylił się razem z Y. za okno. Widziałem, jak się wychylali i w następnej sekundzie odskoczyli jak oparzeni. Wyglądało to bardzo śmiesznie (zresztą buchnęli śmiechem). [t. I, fol. 25 verso]
Okazało się, że pod oknem spacerował sobie osobiście sam Pan Dyrektor. Kolega X. dumny z siebie, natychmiast zrelacjonował nam, co zaszło, ku rozweseleniu przytomnych:
Relacja X.: […] „Wyjrzałem i zobaczyłem, jak dyro się patrzy w górę: widział mnie, ale chyba nie poznał, w klasie jest ciemniej. Cofnąłem się prędko.
Laksa [tzn. owo splunięcie] spływała mu po łysinie i rękawie…” [t. I, fol. 26 recto]
Niestety. W mojej Szkole Podstawowej obyczajowość kloaczna nader często nadawała ton konwersacji towarzyskiej i towarzyskim zabawom młodzieży męskiej. Panowie X. oraz Y., uczniowie ósmej klasy, wiedli prym w takich wygłupach, nie należąc wcale do jakiegoś ulicznego marginesu. Jak to się działo? Tak się działo. I czy kogoś to dziwi? TO się przecież akurat nie zmieniło. TO nadal jest rzeczywistość szkół wielu.
Ale ja uznałem owo wydarzenie za "sensację z dyrektorem", równie ważką jak wybuch w warszawskiejrotundzie czy jakwojna chińsko-wietnamska, a zatem godną pióra i konkurencyjną wobec dowcipów wymyślanych przez Mistrza Nieśmiertelnego– Niziurskiego. I opisałem, uwznioślając oraz ozdabiając ozdobnym inicjałem, patrz wyżej.
Był bowiem dalszy ciąg – jakże dla mnie emocjonujący. Nie dopowiedziałem, że zanim X. opowiedział, kogo opluł, wyjrzałem przez okno i ja – „ale momentalnie się cofnąłem, bo na dole stał sam dyrektor i spoglądał w górę. I zastanawiałem się „jakie mogło to wydarzenie wywołać skutki”? Poznał nas? Nie poznał?
Ale dyrektor spotkał mnie przelotem na korytarzu – i nic.
Pomyślałem: może za to odpowie cała klasa.
Skąd! Wprost przeciwnie: w poniedziałek na apelu sama ofiara oplucia zaprowadziła nas [klasę] do Izby Pamięci Narodowej [była taka w szkole] i oprowadziła po rzeczonej. Czyżby się nam upiekło?
A może to jakieś działanie pedagogiczne?
A może X wcale dyra nie trafił śliną?
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze (3)