[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]
I. DOWCIPY I SOWIETY
I. 1. Dziecię dowcipiarskie
Jako dziecię lekko wyrosłe, ale wciąż chłopczyk „w krótkich majteczkach” bywałem dopuszczany do „towarzystwa” dorosłych na podobnej zasadzie, jak w pokoleniu poprzednim moi rodzice. Czyli, że: rodzice recytowali wierszyki, ja zaś miałem opowiadać dowcipy polityczne.
Duży efekt robił [dowcip A] o katastrofie międzynarodowego statku. Pasażerów zjadły rekiny i zaraz zapadły na niestrawność. „Ja zjadłem Francuza i ślimaki mi się odbijają”. „Ja zjadłem Polaka i mam kaca.” „Ja zjadłem Rosjanina i rzygam medalami”.
Tym dowcipem wprowadzam na pole obserwacji sowiety – naturalny i wielki cel dowcipów politycznych peerelu. Ale nie mówiono wtedy u nas „sowiety” tylko „Związek Radziecki”, „ZSRR”, „Rosja”. O „sowietach” brzęczała tylko wieczorami Wolna Europa.
I. 2. Wschodni przyjaciel i szynka
Wywożono od nas wszystko do Rosji […] okazało się, że do ZSRR jechały puszki z farbą (farby też u nas brak), ale niektóre takie transporty były fingowane: zamiast farby była szynka, mięso.[t. I, fol. 48 verso-49 recto]
To kolejna plotka i w znacznym stopniu mit peerelowski. Nasz „największy przyjaciel” wedle powszechnej, pantoflową pocztą przekazywanej opinii, nie tylko odebrał nam wolność, ale i nieustannie pozbawiał kolejnych dóbr materialnych. Stąd miał wynikać – wedle tej samej, pantoflowej opinii – kryzys późnych lat siedemdziesiątych.
Zatem[dowcip B]opowiadał o japońskich ekspertach, którzy na prośbę Gierka szukali przyczyny kryzysu. Po spojrzeniu na mapę specjalista Japoniec orzekł: „Przyczyna jest prosta – masz pan Świnoujście, a nie masz Świnowejścia”.
Oficjalnie jednak współpraca polsko-radziecka miała byc wspaniała i owocna. Podsumowywał ją [dowcip C] z kręgów studenckich: „Jaki jest szczyt bezpłodności? – ? – Trzydzieści lat stosunków polsko-radzieckich”.
Nie wiedzieliśmy, że w Rosji ichni kryzys tłumaczono à rebours – właśnie pomocą dla Polski. Że to ich szynka miała rzekomo wędrować do nas.
I. 3. Wschodni przyjaciel i prymityw
Generalnie uważaliśmy wtedy Rosję za najprymitywniejsze państwo świata i zarazem najbardziej samochwalcze. Głosił [dowcip D], że wedle nowej ustawy zjazdu Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego nastąpi zmiana godła sowietów z czerwonej gwiazdy na biustonosz. Dlaczego? „Bo my piersi!” (czyli, przekładam z podwórkowego na nasze, „my sowieci pierwsi we wszystkim na całym świecie”).
Mnóstwo dowcipów miało za kanwę nędzę i prymityw Rosji. Licealny [dowcip E] traktował o umierającym Francuzie, Niemcu, Polaku itd. – a na koniec Rosjaninie. Na łożu śmierci każdy zapytywał małżonkę, czy go kiedy zdradziła. „Tylko raz” – „Z kim?” Tu małżonki wymieniają kolejne sprzęty lub przedmioty: „to i to On mi właśnie podarował, wiesz, kto”. Rosjanka: „Pamiętasz tę sobolową czapę?” – „No” – „To właśnie on mi ją podp […] ił”.
Na tym tle zapisałem sobie w Złotej Księdze relację z ulicznego spotkania z Rosjankami. Zapewne turystkami, które zwiedzały Poznań. Dopchały się bez kolejki do kiosku, „jedna otyła o twarzy nieprzyjemnej […] umalowanej jaskrawo i z wielkimi kolczykami w uszach. Do tego niegustowny, zielony płaszcz, czarne, wełniane rękawiczki i zielona torba”. Zażądała perfumów, a otrzymawszy coś w aerozolu i „chcąc zapewne powąchać […] zdjęła kapturek i… wpakowała sobie głowicę całą do nosa. Zdziwiona, że nic nie czuć, poruszyła głową”. Zdziwiłem się, ale gdy panie zaczęły rozmawiać ze sobą po rosyjsku, zrozumiałem: „oczywiście była to Rosjanka, co wszystko wyjaśnia”. Do tego zdania dodałem potem pisemne zastrzeżenie, że źródłem mej refleksji i zapisku nie była „antyrosyjskość, broń Boże” ale „zacofanie, w jakim trzyma się ludzi w ZSRR”.
I. 4. Rosja – wyjątki w stosunku do
Co prawda były pośród nas – chłopców wieku szkolnego – wyjątki. Niektórzy partyjni rodzice, którzy wyjechali do Moskwy na studia, szkolenia i może jeszcze w innych celach – głosili wielkość Rosji. Jeden z kolegów miał mnóstwo sowieckich zabawek mechanicznych – faktycznie szpan – i szerzył kult ZSRR jako kulturowego mocarstwa.
Dziwilismy się temu. Ale, z drugiej strony, bardzo ceniłem sobie te rosyjskie zabawki. Szczególnie cynowych krasnoarmiejców, przywiezionych przez Ojca z Moskwy razem z opowieścią o tamtejszym rozmachu, nędzy, nowoczesności w cudzysłowie, prymitywie władzy i nieszczęsnym położeniu tamtejszych plastyków. Krasnoarmiejcami bawią się do dziś moi synkowie.
I. 5. Rosja – resentyment graniczny
„Rosja” panowała na „naszych” Kresach. Niby były tam jakieś republiki – Litwa, Ukraina, Białoruś… ale ich istnienie uważaliśmy za fikcję. To Rosja zajęła i zagrabiła nasze ziemie. Grabież, zniszczenie, brud, smród i zastój – taka panowała o Rosji opinia. Zresztą zgodna z prawdą.
Tu [dowcip F] o papierośnicach. Breżniew, Gierek i Pompidou na międzynarodowym spotkaniu częstują się papierosami. Kolejne papierośnice są coraz to ozdobniejsze, a najozdobniejsza, ta z brylantami – należała do Breżniewa. Każda nosiła dedykację; dostojni chwalą się dedykacjami. Na papierośnicy Pompidou – dedykacja od kochanki, na papierośnicy Gierka – dedykacja od górników. Breżniew musi założyć okulary, żeby przeczytać swoją. Z wysiłkiem sylabizuje: „Po-to-ckie-mu-Ra-dzi-wiłł”.
Resentyment wobec wschodnich granic i wschodniej przyjaźni wybuchał głośno w uczniackich dowcipasach (oczywiście poza lekcjami, na przerwach), a w towarzyskich rozmowach szkolnych trwał po cichu. Nikt jednak nie wyobrażał sobie jakiegokolwiek „odbierania” ziem przedwojennej Rzeczypospolitej. Mimo to pośród licealistów i na studenckich imprezkach (jak mi podówczas donosił mój pół-kuzyn) śpiewano, na zasadzie absurdu – cytuję z pamięci – taką piosenkę:
Jak mawiał wódz słoneczko Stalin,
Obniżając stawki płacy
Nie znajdziesz na Syberii malin,
Tylko obozy pracy.
A my Wilno odbierzemy,
Lwów odbijemy,
Odpoczniemy na Kamczatce
Przy ciepłej herbatce.
II. WYJAZD DO LWOWA
II. 1. Rosja – wyjazdy do
W latach 60 i 70 można już było wyjechać do sowietów „normalniej” niż na Syberię. Na przykład wykupiwszy wycieczkę w biurze podróży. Tym niemniej nie dało się po sowietach poruszać. Jazda obejmowała kurs tam i z powrotem: dajmy na to do Moskwy i nazad, bez prawa wyjazdu poza miasto – na rogatkach stały patrole i legitymowały. Toteż po roku 1945 Ojciec mógł zobaczyć swoje rodzinne, nadniemeńskie Stołpce zaledwie przez okno pociągu, z daleka. Jechali wtedy z Mamą do Moskwy, właśnie na taką wycieczkę. Potem Ojciec raz jeszcze z wizytą od polskiego Związku Polskich Artystów Plastyków do ichniego. Przez okno stwierdzał, że prowizoryczne budy postawione w Stołpcach po pożarach wojennych i przejściu frontu w 1944 roku – wciąż jeszcze stoją. Bieda i brud zapewne te same. Potem jeszcze zdarzyło się Ojcu jechać do Leningradu (dziś, przypominam, Petersburg) i nareszcie do Lwowa.
II. 2. Opowieść ojca
Opisawszy nasz stosunek do Sowietów – przytaczam konkretny materiał. Relację z peerelowego wyjazdu na wschód. Jadąc tam - zapadało się na jakiś czas w niebyt; nie było możliwości kontaktu z domem. A wróciwszy, można było snuć w kręgu rodziny opowieści jak z innego świata.
Przypominam, że wszystko to pisał czternastoletni chłopiec.
12 IV 1979
[…] Tatuś wrócił ze Lwowa, gdzie był na wycieczce […] Wycieczkę tę zorganizował Polski Związek Motorowy. Prócz Tatusia jechało jeszcze kilku jego kolegów: m.in. pan L […] mały, gniewny. […]Piszę piórem, które Tatuś przywiózł mi ze Lwowa. […]
[t. I, fol. 28 recto, 29 recto, 28 verso]
II. 3. Wrażenia graniczne
Granica po polskiej stronie wcale nie obwałowana, po prostu, trawka, słup z orłem. Natomiast od strony radzieckiej – 20-metrowy pas zaoranej ziemi, dwa rowy głębokie, wysoki i niższy płot z drutu kolczastego. Po obu stronach 30-metrowe „bocianie gniazda”. Droga specjalnie „porozrywana”, aby za szybko nie można było przejechać.
Odprawa celna trwa 6 godzin. Sprawdzanie dokumentów, odesłanie autobusu do sprawdzenia (odkręcają każdą lampkę, rurę), a pasażerowie – do przeglądu. Celnicy są bezwzględni, zachowują się grubiańsko i z chamstwem.
II. 4. Cmentarz Orląt
Sam Lwów jest ładny, przyjemny, ale na cmentarzu Orląt nie ma właściwie nic. Mieści się on za barakiem, za dawniej świetna bramą, dawniej ozdobioną orłami i innymi elementami: dziś to wszystko znikło, wygląda jak postrzelana z karabinu, a groby są dosłownie zrównane z ziemią: jedynie jeden jest widoczny i posiada krzyż z tabliczką. Tak wyglądają groby z ziemi: pozostałe, betonowe, zostały siłą pozbawione krzyży i tablic, które wyrwano i pozostały po nich wielkie dziury, […]
[t. I, fol. 28 recto - 28 verso]
II. 5. Obrazki papieskie
13 IV 1979 [c.d.]
[…] I ojciec i koledzy wzięli ze sobą obrazki J. Pawła II, z zamiarem rozdawania ich gdzieś w kościele. We Lwowie są czynne tylko dwa kościoły i dwie cerkwie – reszta, w bardzo dużej liczbie, została zamieniona na magazyny, składy itp.: są zaniedbane niemiłosiernie.
Obrazki z papieżem udało się „przeszwarcować” za granicę. Rety, co by było, gdyby je zauważono! I tak samo pomyślnie udało się rozdać je w katedrze, poczem Tatuś, pan L i pozostałych dwóch kolegów przechadzali się wokół niej [katedry].
II. 6. Diabły i babulinka
W pewnej chwili zauważyli coś w rodzaju nagrobk[a] – ale bez postaci […] Zaczęli się nad tym głośno zastanawiać i wówczas podeszła k nim jakaś babulinka. Starczym głosem rzekła (po polsku):
– A tak, tak, był tu Chrystusik, ale go zdjęli.
Na co pan L gniewnie:
– A kto go zdjął?!
– A no wiecie, Panowie, kto go zdjął.
– Diabły!
– A no może i Diabły.
Wywiązała się mała rozmowa. Okazało się, że babulinka pochodziła „z Łodzi, ale już tu przyjechałam i tak zostałam, i tak jestem”. Dalej wyraziła się smutnie, że „wy to macie dobrze, a u nas to tylko jeden rodzaj wędliny”. Trzeba jej było tłumaczyć, że u nas ani jednej nie ma.
[t. I, fol. 29 recto – 29 verso]
II. 7. Babulinka, Papież i oficer
– A chce pani może Papieża? – zapytał jeden z kolegów i ona ucieszyła się, i podziękowała. Ów więc wyjął portfel i z niego dowód osobisty, do którego schował obrazki.
Stali wokół niej półkolem.
I wówczas okazało się, że cały czas byli obserwowani. Jeden jakiś w mundurze, nie wiadomo skąd się wziął, w sekundzie wepchnął swój nos między nich, patrząc, co babulince dają: może myślał, że złoto albo ruble, czy dolary szwarcują. Widząc, że tam nic nie ma, w tej samej sekundzie zawinął się i roztopił w ulicy, nim się spostrzegli.
Taka to tam kontrola.
A babulinka obrazek dostała.
[t. I, fol. 29 recto – 29 verso]
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze