[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]
Oczekiwanie
14 V 79 poniedziałek
[…] Politica, biedne bóstwo, bogate w wydarzenia, ale nic dokładniejszego w związku z Polską. Rozpicie [„w narodzie”] sięga zenitu.[...]
środa, 13 VI 1979
Przyszło nam, zgodnie z naszymi marzeniami, widzieć Papieża. Był w Gębarzewie! […] epokowe wydarzenie. […] [cd. z września tegoż roku] Od początku chcieliśmy pojechać do Gniezna. […] [ale] komu się o tym powiedziało, to zaraz krzyki, achy, żałowania. [t. I, fol. 35 recto, 40 verso, 41 recto]
Chodziło oczywiście o owe straszne plotki – że do Gniezna nie należy jechać, bo w Gnieźnie będą się od nadmiaru ludzi zarywać balkony, bo tłum cisnący się do Papieża zatratuje się na śmierć, i że w związku z tym już z całej Polski do Gniezna „trumny ślą”. Mieliśmy na ten temat swoje zdanie (patrz notka o wybuchu w warszawskiej rotundzie), ale w efekcie, myśląc o tych tłumach, jednak…
…zrezygnowaliśmy z Gniezna, a postanowiliśmy raczej do Gębarzewa jechać. Jest to wielki poligon wojskowy, gdzie Papież miał wylądować helikopterem, a stamtąd pojechać do Gniezna, gdyż to tylko kilka kilometrów. [t. I, 41 recto]
Palec Boży czyli Ciotka Ola
Dlatego też tydzień przed przylotem Papieża postanowiliśmy zrobić mały rekonesans w stronę Gębarzewa. I akurat w tym dniu…
…planując wyjechać rano, dopiero o dwunastej wsiedliśmy do samochodu. Już mamy ruszać… a tu Ciocia Ola! Przyjaciółka Mamy, nauczyciel fizyki, gadatliwa i sympatyczna. […] Przetrzymała nas jeszcze godzinę na rozmowie, w końcu:
– A dokąd to właściwie jedziecie?
– Do Gębarzewa na taki rekonesans, gdzie by ewentualnie można na Papieża spojrzeć.
– Czekajcie no… może bym się z wami zabrała? Mam krewnych w Kąpieli (kilka km. od Gęb.[arzewa]), też się tam chciałam wybrać, […] jak chcecie, to wam załatwię nocleg. Całe towarzystwo się tam do nich zjedzie na Papieża. [t. I, 41 recto, 41 verso]
Ten kontakt okazał się zbawienny. Bo, jak się rychło okazało, na dzień przed przylotem Papieża drogi prowadzące do Gniezna i Gębarzewa zostały dla ruchu samochodowego zamknięte. Teraz, na tydzień przedtem, odbywszy wizję lokalną w Kąpieli…
…pojechaliśmy do Kórnika [do Dziadków]. Tam był kłopot, bo Dziadek też trochę chciał pojechać do Gębarzewa. Ale chyba żartował, a mama się przeraziła… [t. I, fol. 42 recto]
...no, bo te obawy tratującego się wzajem tłumu…
Papież ante portas
No i tak się stało, że na dzień przed przyjazdem papieża do Polski, a na dwa dni [przed przylotem Papieża] do Gębarzewa, z samochodem, namiotem i całym zaopatrzeniem stanęliśmy w Kąpieli. Ciotka na czerwonym fiacie 126p już tam była, a takoż całe insze towarzystwo. Przyjechaliśmy wieczorem; myślano, że się już nie pojawimy. Było dobre (umysłowo i poglądowo) towarzystwo, ale trochę brak kogoś, z kim bym mógł porozmawiać – w moim wieku. Same dziewczyny. [t. I, fol. 42 recto]
Jak widać, pisał to czternastolatek. Ówczesny.
Poranek papieski...
[…] Nazajutrz wstaliśmy względnie rano. Na próżno z Tatusiem i przy pomocy cioci Oli-fizyczki usiłowaliśmy podłączyć telewizor do akumulatora tak, by działał: przyjazd papieża musieliśmy oglądać w domu pani sołtys (taką bowiem funkcję we wsi pełniła krewna p. Oli). […]
No i bardzo dobrze. Dzięki temu wzięliśmy udział w życiu wielkiej gromady krewnych i znajomych ciotki Oli, stołując sie z nimi przy jednym stole i jedząc wespólnie chłodnik z ziemniakami - powstały z ogromnego gara kwaśnego mleka i osobno z ziemniaków, które gospodarze wyrychtowali na przyjazd gości. Tośmy sobie nakładali na talerze i jedli. Dotad pamiętam ten poczęstunek i mój zachwyt nimże! W rewanżu gromada gości poszła na pole gospodarzy wyzbierać nieco kamieni. Aż zbliżył się wielki...
...moment transmisji
& manipulacji dookolnych
Oglądaliśmy cały program [telewizyjny] tego dnia z papieżem. Ku temu, aby później kto nie przeczył, dodaję, żeśmy oglądali wszystkie transmisje, któreśmy oglądać mogli: a było tak: pierwszą transmisję z Warszawy można było w całej Polsce oglądać, a pozostałe tylko w niektórych regionach, np. z Gniezna w Wielkopolsce i zdaje się we wrocławskiem i szczecińskiem oraz zielonogórskiem.
Z tego się nikt nie tłumaczył, dlaczego tak jest, po prostu tak jest i koniec, z uśmiechem podawali [ci „oni” - to znaczy strona„rządowa”] w gazetach i telewizji (podobno program w radio był nieco szerszy, a w telewizji krótszy, bo nie chciano pokazywać obrazów z Jego (papieża) drogi. Istotnie, w transmisji pokazywano przeważnie papieża, mniej zaś tłumy. Za co się wszyscy oburzali (w transmisji dla zagranicy było odwrotnie). Osobiście sądzę jednak, że dobrze, że i to pokazali, i chwała im za to. We wschodnich województwach [ludzie] nie widzieli prawie w ogóle transmisji, podobno dlatego, że Ruscy nie chcieli, by u nich można Go było oglądać. [t. I, fol. 42 verso – 43 recto]
No i proszę – jaki tu stosunek młodego do władzy. Taki, że z jednej strony wiem, że komuna jest be, ale z drugiej – chwała jej za to, że cokolwiek dobrego robi… Symptomatyczne.
Papież na Jasnej Górze
Zanim przejdę do opisu naszego dnia następnego, powiem, że wiele rzeczy, które wówczas się stały, to o nich dziś się dowiedzieliśmy dopiero [pisane, przypominam, we wrześniu]. Np. Papież uczestniczył w obradach episkopatu na Jasnej Górze w Częstochowie. Dopiero w którąś z ostatnich niedziel zostały odczytane dwa listy episkopatu: oba bardzo ostre, wiadomo jakie (o prawach dziecka i drugi, o środkach masowego przekazu, z tym, że przy drugim się papież nie podpisał). [t. I, fol. 43 recto]
Wędrówka na papieża
Następnego dnia, wstawszy rano, ale jako ostatni z gości, czem prędzej udaliśmy się z ciocią Olą na przystanek […] i szczęście mając, dostaliśmy się do autobusu. Tam zawieziono nas do połowy drogi, lecz nawet kierowca nie wiedział, którędy iść dalej. [cd. pisany 17 X 79] Przeto rozpytaliśmy się o drogę w pobliskim osiedlu mieszkaniowym PGR Gębarzewo. Usłużnie nam ją wskazano. Wszystkie okna były bardzo udekorowane.
Przez pola i las rzadkim konduktem różnych ludzi dostaliśmy się na poligon. Pole olbrzymie. Ciotka o właściwą drogę popytała się milicjanta, stwierdziła, że oni (milicj.[anci]) czuja się tu samotni i obci [sic!] wśród chrześcijan. Wszyscy ich za wrogów uważają i omijają z daleka. Tymczasem oni też ludzie i z chęcią każdemu wyjaśnień udzielają.
Mięso niezjedzone
Przyszliśmy tam wcześnie, około 6.00. Msza była i śpiewanie. Mnóstwo wozów z żywnością. Szczegółowo na planie podaję: balustrady zbite gwoździami z wielkich, nieokorowanych drzew (droga dopiero od PGR była oznakowana, a gdzieniegdzie stali nawet porządkowi). W lesie pobliskim były piękne ustępy i cysterny wielkie z wodą i kurkami miast umywalek.
Pełno było wozów (samochodów cięż.[arowych], rzecz jasna) z żywnością Tej mało kto kupował, zabierając zapasy z domu. Przez to wszystko mięso zepsuło się na wielką stratę państwu (nie był to bojkot ani sabotaż w żadnym razie).
Chyba tylko urodzeni i świadomie żyjący w peerelu świadkowie tamtych dni rozumieją powyższe zastrzeżenie poczynione przez młodego chłopca. Dziś jak ktoś czegoś nie kupi – to jest problem sprzedawcy. Biznesmena, handlarza, hurtownika, jak go zwał. Natomiast w ówczesnym pojęciu handlowało niemal wyłącznie państwo (no, i nieliczni prywaciarze, ale był to wyjątek potwierdzający regułę). I państwo dawało społeczeństwu papu. Albo i nie dawało. To był państwa obowiązek, ale i prawo: a wszyscy mieli być za to państwu wdzięczni stokrotnie. Tak to się mniej więcej w propagandzie ówczesnej tłumaczyło. Mięso zaś było towarem absolutnie deficytowym i „świętym” (podobnie jak rzadko rzucany na rynek papier toaletowy). Przepadek zgniłego mięsa – czyli marnacja dobra publicznego – okazywał się w oczach młodego obserwatora niezrozumiałym skandalem i zgorszeniem. Byłby nim nawet i wówczas, gdyby wynikał z jakiegoś bojkotu władzy… Taki„bojkot mięsny” wydawałby się dziś absurdalny– ale, jak widać, wówczas był jakoś tam do pomyślenia!
Papież
Wokół sektorów zastrzeżonych dla posiadających bilety biegła droga piaszczysta obsadzona [służbami] porządkowymi. Nią to papież miał jechać po wygłoszonym kazaniu.
[t. I, fol. 43 recto-44 recto]
Wszystko okazywało się nowe. Jeszcze nie przywykliśmy do papieskich wizyt – po dwudziestu nie spowszedniały, ale ich organizacja wydawała się mniej więcej oczywista. Teraz oglądaliśmy jakiś cud nie z tej ziemi. Pole państwowego zgromadzenia – oddane do kościelnego użytku. Przedziwne. Dalej, owo poczucie, że milicjanci bodaj po raz pierwszy czują się przy nas mali, nieważni, że władza straciła swoją dotąd przemożną moc. Że jej przedstawiciele są w aż tak zdecydowanej mniejszości.
Tak – papież przyjechał i przejechał obok nas, a odtąd nic nie miało już być takie, jak przedtem.
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze (2)