[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]
Upartyjnienia stopień: partyjny pasywny
Wracam do partyjnych szeregowców. Wstąpienie do partii oznaczało pragnienie władzy lub/i ułatwienia sobie (dowolnej) kariery. Pragnienie pasywne lub aktywne, jeśli wolno tak rzec. Pasywni partyjni – to byli tacy, którzy dla świętego spokoju zapisali się do partii i tyle. Niekoniecznie zatem zasługiwali na określenie „komuniści”.
Upartyjnienia stopień:
komunista przez duże K
Pewna zacietrzewiona partyjna pani profesor z naszej uczelni zwykła mawiać publicznie w latach 80’: „ja się czuję się komunistką przez duże K!!!”. Drugi hit z jej powiedzonek, to deklaracja, że „za partię dałaby się zarżnąć”, na co inny pan profesor, też partyjny, ale nie komunista, odrzekał: „droga koleżanko, któż tam chciałby cię rżnąć” (dla ścisłości: on był gej, ona leciwa).
Teraz do definicji. Jak można było zauważyć, rozbudowana nazwa pezetpeeru nie zawierała słowa „komunistyczna”. Zazwyczaj określenie „komunista” nie oznaczało w naszych ustach szeregowego partyjnego, lecz takiego bardziej zaangażowanego. Dodać należy, że nazwa ta nie pokrywała się z przedwojenną treścią terminu „komunista”. Przed wojną „komunista” był zdrajcą-sprzedawczykiem, szpionem ZSRR, albo też ideowcem, który ganiał z naganem w ręku w imię bolszewickiej utopii. Po wojnie słowo „komunista” oznaczało przeważnie aktywnego zwolennika „czerwonych”, ex definitione partyjnego, acz zdarzali się i czerwoni niepartyjni (mieli za to często czerwonych krewnych).
Upartyjnienia stopień:
„nie-komunista”
czyli bezideowy deklarowany
Co ciekawe, wielu partyjnych zdecydowanie odżegnywało się od nazwy „komunista”, zaznaczając, że wstąpili do pezetpeeru nie z przekonania, tylko ze względów praktycznych. No, albo dlatego, że inaczej by ich zwolniono z pracy (czysta fikcja!).
Stąd w dziecięcym sztuczydle, półświadomie wzorowanym na „Dziadach części III” zapisałem współczesny odpowiednik rozmówek z warszawskiego salonu – pod postacią częstochowskiej rymowanki:
My nie jesteśmy komuniści,
Jesteśmy więc wszyscy czyści.
Do Partii zaś należymy,
Bo tam swe korzyści widzimy.
Proszę łaskawie zauważyć, że owi „bezideowi” partyjni poczytywali swą bezideowość za szczególny tytuł do chwały. Za czysty a nieszkodliwy dowód życiowej zaradności.
„Nie-komuniści”: anegdota 1
Gdy rozmawiam z ludźmi urodzonymi w tamtych latach, widzę, że niekiedy sprawa do dziś nie wydaje się oczywista. Są tacy, którzy uważają, że ich rodzice byli „prześladowani” przez „reżym”… bo byli „partyjni” i w związku z tym dzieci swoje musieli posyłać do kościoła „potajemnie”. Bo dyrektor wielkiej państwowej firmy „musiał” być partyjny, a zatem jako urzędowo zdeklarowany ateista ani on, ani członkowie jego rodziny do kościoła nie powinni byli chodzić. Jakby się rzecz wydała, mógłby utracić posadę. Oczywiście taką sytuację trudno nazwać prześladowaniem. Nikt nikogo nie zmuszał, żeby do partii wstąpił, nikt nikogo nie zmuszał do objęcia posady dyrektora. No chyba, że – właśnie – ten ktoś tym dyrektorem chciał być koniecznie. Dla niektórych – tragedia grecka…
„Nie-komuniści”: anegdota 2
Pamiętam, jak podczas rodzinnej wizyty u jednej z wiekowych przyjaciółek mojej Babci, statecznej matrony pewnego znanego rodu w mieście Krotoszyn – pojawił się przy stole garniturowy „rodzinny partyjny”. Pucułowaty, pod krawatem, typ wzorcowy. I jakoś zauważył, że coś jest nie tak. Czy że to wizyta przyjaciół o określonej apartyjnej opcji – a może trafił na rozmowę o nabożeństwie za ojczyznę? (były to już lata 80’) I z bezczelną szczerością, nie proszony, zagadał do nas tak mniej więcej: „drodzy państwo, ja dobrze wiem, że Polska nie leży w sąsiedztwie Ameryki, tylko w sąsiedztwie Rosji. Trzeba być inteligentnym i zdawać sobie sprawę z tego, w jakim się kraju żyje”. Wyszedłem chyba wtedy z pokoju nic nie mówiąc – taka we mnie wściekłość wezbrała. Okazać jej jednak publicznie, jako najmłodszy dzieciak i gość – nie mogłem.
Upartyjnienia stopień: szuja
Szuja – był to ktoś, kto miał wyższą partyjną szarżę, a przede wszystkim – działał nachalnie na rzecz komuny, obracał się w kręgach partyjnych szubrawców i miał z tego korzyści. Nie mylić z prominentem – ten obcinał kupony od, a szuja per fas et nefas ryła sobie koryto. Tu specjalny cytat z mej księgi. Jednym ze specjalnych źródeł naszej rodzinnej wiedzy o sytuacji wewnętrznej w pezetpeerze były: koleżanka mamy i jej córka. Wielce użyteczna dla nas wiedza tych kobiet pochodziła od partyjnego męża / ojca. Zapisałem, że „on jest szuja, one nie”.
Upartyjnienia stopień: szpicel
Szpicel to stopień upartyjnienia szczególny. A właściwie – nawet niekoniecznie upartyjnienia. Szpiclami określaliśmy osoby, w których domyślaliśmy agentów do jakichś zadań specjalnych. Oczywiście nie mieliśmy pojęcia o zasadach funkcjonowania TW – Tajnych Współpracowników. Wszak IPeeNu jeszcze nie było. Można było tylko podejrzewać szpiclowanie na podstawie zewnętrznych oznak.
Rozpoznawaliśmy oznaki dwojakiego rodzaju.
Szpicel półjawny
Bywały osoby, które nie kryły się ze swoją prokomunistyczna opcją, a z drugiej – nagle ni stąd, ni z owąd pojawiały się w różnych miejscach związanych z opozycją czy Kościołem. Albo też jeździły za granicę na wschód i na zachód w niewiadomym dla nas do końca celu – w czasach, gdy o paszport i pieniądze na wyjazd było niezwykle trudno. Dowiadywaliśmy się o tym podczas towarzyskich imprez rodzinnych czy środowiskowych. I tak, pan Y, mąż naszej znajomej X, pracował w jakimś resorcie rzekomo społecznym.
Onże bardzo często do ZSRR wyjeżdża (podobno handluje […]) tak, że tydzień w domu, a miesiąc za granicą spędza, do Moskwy znów wyjechał, i dziś wrócił. [t. I, fol. 5 verso]
Inny znajomy
…wyjechał, ale na niepomiernie długi okres: wypłynął w połowie lutego, czy też stycznia, a wróci dopiero w drugiej połowie czerwca. Ubolewa więc (choć jest podobno niewierzący), że nie będzie w Polsce podczas wizyty papieża. [t. I, fol. 31 recto]
Jeszcze inny
Jeździł do Moskwy na studia […] tam nie tylko studia były… szpicel! […] teraz […] pluje na Solidarność […]. [t. I, fol. 49 verso]
Podstawą do podobnych podejrzeń bywał też fakt, że pewni ludzie w dziwnych momentach udostępniali nam dziwne przedmioty czy materiały świadczące o ich – znów – dziwnie szerokich kontaktach, zgoła nieprzystających do ich deklarowanych poglądów. Na przykład, dzięki jednemu z nich w sierpniu 1980 roku „oglądaliśmy zdjęcia ze <<Sterna>> czy <<Spiegla>>” – gazety, którą właśnie „przywiózł z RFN”. Jego krewny z kolei był podobno przez przypadek podczas strajku pod bramą stoczni i… robił zdjęcia. Potem wobec nas naśmiewał się ze strajkujących –
…i mówił, że ci z Gdańska nic nie wywalczą, że są naiwni. [t. I, fol. 49 verso]
Inny znajomy na jesieni 1980 roku przyniósł nam do domu kompromitujące, „pornograficzne” zdjęcia roznegliżowanego Wałęsy w towarzystwie latynoamerykańskich prostytutek. Zawrzało w nas – byliśmy przekonani, że to prowokacja. Mama – nic znajomemu nie mówiąc – natychmiast przekazała fotki do szefostwa poznańskiej Solidarności, jako ostrzeżenie przed jakimś ubeckim atakiem. Podejrzewaliśmy, że nasz znajomy dobrze wiedział, jakie kontakty utrzymuje moja mama. Wyglądało na to, że albo zdradza nam przed czasem jakąś prowokację, albo sam ją czyni – iżby wymacać drogi przekazywania materiałów w środowisku.
Szpicel niejawny
Ta kategoria należała do niejasnych – wiadomo było, że jacyś szpicle są… i tyle. Nie można ich było rozpoznać... można było tylko bardzo ogólnie podejrzewać. Bo, na przykład, ktoś przychodził do nas zbyt często w niejasnym celu. Bo spotkaliśmy go niespodziewanie tam i tam, niby dlaczego tam był... Bo nie wiadomo dlaczego wystaje godzinami naprzeciwko domu mojego Dziadka. To właśnie głównie mój Dziadek wietrzył tych szpiclów wszędzie. Widział ich zatem w naszym domu, w kręgu rodziny i znajomych, na ulicy. Mówił: „ten pan, no, wiadomo, tego, tego”. Ojciec, czyli zięć mego Dziadka, bardzo się wtedy wkurzał i podejrzewał teścia o manię prześladowczą. Zachowywał się mniej więcej tak, jak ci, którzy dziś pukają się w czoło, mówiąc: „teoria spiskowa” (uwaga: nie znaczy to, żeby ojciec negował fakt istnienia konfidentów SB – ale miał o nich jakieś zupełnie inne wyobrażenie).
Teraz dopiero wiem, że Dziadek wiedział, co mówi – bo poznał się z SB osobiście po wyjściu ze stalinowskiego więzienia w latach pięćdziesiątych. Zakład pracy co jakiś czas wysyłał go na zamiejscową delegację, tymczasem z dworca PKP „zdejmowali” go cisi panowie, zawozili na komendę i odbywali rozmowy zachęcające. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero w latach 80’. Zbliżywszy się do osiemdziesiątki Dziadek zwierzył się z tego faktu mej Babci i tylko po części nam – Mamie i wnukowi. Podobno podczas tych rozmów, mających niekiedy dośc dramatyczny charakter, proponowano mu stanowisko dyrektora jakiejś wielkiej fabryki (przed wojną pełnił funkcje kierownicze, był wiceprezydentem miasta i posłem na sejm, potem działał w KG AK). Odtąd okazywał skrajną nieufność wobec najbliższych nawet przyjaciół. A już zwłaszcza wobec ludzi, którzy uzyskiwali stanowiska kierownicze jako niepartyjni… Bo i to się zdarzało.
Upartyjnienie: stosunek do
Ale tu ważna uwaga. Aż do czasów „Solidarności” partyjności nie wypominało się nikomu wprost. No, chyba że komuś z najbliższej rodziny. Tę przynależność wytykało się za plecami: taki miły człowiek, a partyjny, szkoda. Ale przecież bywali też „partyjni”, których przyjmowało się w domu niejako z dobrodziejstwem inwentarza i nawet z sympatią. Nie było innego wyjścia, nie było nawet wyobrażenia, że może być inaczej.
Generalnie bowiem otaczali nas ludzie pokroju wszelakiego i wszelakich poglądów. W ogóle świat peerelu przed rokiem 1980 nie był światem „walki”, raczej „małej stabilizacji”.
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze