STOŁPCE. tło foto z rodzinnego zbioru
STOŁPCE. tło foto z rodzinnego zbioru
Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
335
BLOG

SILVA LELUM PEERELUM punkt 10: otoczenie, cz. 1

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]

 

Przestrzeń i Czas. Własne i cudze
Pisanie raptularza – to nie tylko rejestracja tego, co na zewnątrz, co dookoła. To zarazem odkrywanie własnego miejsca w przestrzeni i czasie, w konkretnym punkcie na ziemi i w łańcuszku pokoleń. Bywa to odkrywanie fikcyjnym, przesadzonym, bezsensownym. Lecz tak czy siak jest ważnym – jako świadectwo miejsca i czasu.

Odcisnęło się ono także na moim raptularzu.

Na jego kartach pojawiają się opowieści o dziejach otaczających nas ludzi i opowieści o dziejach przodków. Ich losy uznałem za niezwykłe, ciekawe, godne odnotowania.

Na przykład opowieść zza wschodniej ściany. Co by było, gdyby Kowalscy zostali TAM – za Bugiem? Jakie byłyby ich losy? Jeden z naszych znajomych spotkał w Moskwie brata swojej teściowej. Słuchałem jego relacji tylko pośrednio – ale z zapartym tchem, jakbym ocierał się o fantastyczną opowieść o żelaznym wilku, który nagle ożył:

Otóż – niespodziewanie do hotelu w Moskwie zajechał zapomniany krewny, brat matki p. Z, a jego teściowej.
Skąd w ZSRR się znalazł, p. Z nie wspomniała, możliwe że we Lwowie siedział, zajętym przez Rosjan i stamtąd chciał w wieku 15 lat uciec. Nie udało się, a jego samego zesłali do Erywania [sic!].
Dziś to już sędziwy, starszy człowiek. W Erywaniu powiodło mu się. Dorobił się nieco pieniędzy. Przyjechał podobno do Moskwy z walizką pełną koniaków. Mało jadł, dużo pił i opowiadał. Marzy o powrocie do kraju, gdzie by na grobie matuli się wypłakał, i chce spalić gospodarstwo brata, trzymającego go za młodu krótko. Biedny, może obłąkany człek.
[t. I, fol. 5 verso]

Miejsce własne
To była opowieść cudza. Były i własne. Szereg kart zapisałem czarnym atramentem; wszystkie te notki noszą nagłówek: „Z Historii rodziny notatka”. Pierwsza, druga, trzecia. Mydło i powidło. Świadectwo braku istotnej wiedzy, ale i deklaracje, że „w miarę czasu starać się będę rozszerzać moje wiadomości”.

W końcu lat siedemdziesiątych sporządzanie własnej genealogii nie było w modzie, jak dziś, a w archiwach nie przesiadywały bandy genealogów – amatorów. Tym bardziej przeszłość jawiła się laikowi w dziedzinie historycznych źródeł jako tajemnicza i godna odkrycia. Prowokująca do omijania najbliższych pokoleń i sięgania w głąb, jak najgłębiej. Jakże błędnie! Omijałem w ten sposób informacje, które były jeszcze w zasięgu ręki; dlatego po części bezpowrotnie przepadły.

Niedziela, 1 IV 1979 (prima aprilis)
50 lat żyją razem babcia i dziadek. Dziś właśnie uroczystość ta była obchodzona, chociaż właściwa rocznica wypada jutro, to znaczy 2 kwietnia. Muszę się jeszcze dokładniej wypytać, co i jak się stało, że dziadek i babcia się poznali i pobrali.
[t. I, fol. 22 recto]

No i niestety, dość słabo dopytywałem. Dalszego ciągu brak. Mimo że wpadłem, na szczęście, na pomysł nagrywania Dziadkowej relacji, osiągając w tej dziedzinie  znaczne sukcesy (co też w raptularzu zostało odnotowane).
 
Znaczna część moich „genealogicznych” wpisów wygląda nader żałośnie. Są to, na przykład, próby wyszukiwania nazwiska rodzinnego (ze strony Mamy) w indeksach różnych historycznych opracowań. Wiadomo, do jakiego pomieszania musiało to doprowadzić. Z drugiej strony chłonąłem ślady amatorskich, archiwalnych poszukiwań Dziadka (bardzo skromnych zresztą):

Chodząc do archiwum w Zamku [kórnickim], znalazł Dziadek w tece korespondencji interesantów z hrabią […] Zamojskim [sic!] i jego plenipotentem list matki mojej prababki, Marii Szelążkiewicz. Zwraca się ona do hrabiego z prośbą o przydział drewna na parkan, którym należałoby ogrodzić nowo nabytą działkę. [t. I, fol. 32 verso]

Bardziej sensacyjnie zabrzmiał wpis z 19 września 1979 roku, czyli „trzecia z historii rodziny notatka”:

[…] podczas wakacji byliśmy […] w Zamościu u wujka Gienka [Kowalskiego]. Tam… wujek ma różaniec drewniany z napisem: „Anni 1683 Domini” i „Woyciech Kowalski”. Wzięliśmy go do Poznania, aby zabezpieczyć, bo go podobno zaczyna próchnica brać. [t. I, fol. 37 verso]

Po czym następuje dziecięca, opatrzona wykrzyknikami analiza znaczenia daty wypisanej na różańcowym krzyżyku.

Pochodzenie
Zanim przejdę do kaskady wydarzeń, które nastąpiły w niecały rok po tym ostatnim wpisie – czuję się w obowiązku dokładniej nakreślić to, czego mój raptularz nie opisał jak należy, a co jest w nim silnie obecne. Chodzi o tło złożone z pojawiających się w zapiskach ludzi. Tych, którzy nas otaczali – i nas samych. Rodzina i znajomi. Kim byliśmy?

Pochodzenie Ojcowe
Pradziadek Kowalski wyszedł z bezrolnej, bodaj drobnej szlachty; przyznawał się do herbu Korab i zarządzał podobno jakimś mająteczkiem na Mazowszu, gdzie miał sporo rodziny. Jego syn, mój dziadek Feliks, ukończył Wawelberga i umiał całkiem nieźle rysować. Za pierwszej wojny wojował pod carem jako podoficer – pozostał mi jego szkicownik, a w nim rysuneczki z rusko-austriackiego frontu. Pojął za żonę Polkę ze Pskowa i po 1920 roku osiedli na Kresach. Dlatego mój Tata był zza Buga, ze Stołpców nad Niemnem.

Opowieści ojca o jego dzieciństwie były tylko po mniejszej części wylewne, po większej części skąpe i niechętne. Rodzina nie żyła w dostatku, on sam wałęsał się z braćmi i kolegami na bosaka po nadniemeńskich rozlewiskach. Bolesnym i niechętnym wspomnieniem odbijało się przesiadywanie mego dziadka Feliksa w jedynej chyba większej stołpeckiej mordowni przy rynku. Co z tego, że raz i drugi w towarzystwie niejakiego Wańkowicza. Wańkowicz jechał dalej i pisał „od Stołpców po Kair”, a dziadek Feliks zostawał na miejscu i robił to samo co przedtem, tylko już bez zacnego towarzystwa. Co nie było zabawne.

Po 1944 roku Kowalscy zostali „repatriowani” do Zamościa. Tata chciał studiować w Warszawie, ale dostał podobno (nigdy szczegółów nie usłyszałem) „wilczy bilet” na stołeczne uczelnie, za brata, który był ułanem w nalibockiej partyzantce Góry-Doliny. Więc pojechał w regiony dalsze. To określało jego stosunek do komunistycznej rzeczywistości. Generalnie – niechętny, ale  też raczej ostrożny.

Pochodzenie Mamowe
Moja Mama była z Wielkopolski. Dziadek ze strony Mamy – Stanisław Michałowski – wyszedł z gospodarstwa w podpoznańskim Kórniku. Rodzina pradziadka Franciszka, licznie reprezentowana, posiadała w wieku XIX sporo gruntów w obrębie tego miasteczka. Stryj dziadkowy był organistą w bliskim Poznania  sanktuarium Matki Boskiej w Tulcach (licząca się wówczas, "świecznikowa" posada!) Krewni prababki – byli sklepikarzami tudzież kościelnymi w Poznaniu i różnych innych wielkopolskich miejscowościach.

Dziadek odstrzelił się od nich – ukończył studia i za II Rzeczypospolitej zrobił karierą polityczną, która jednak skończyła się definitywnie w końcu lat czterdziestych. Komunistyczną kilkuletnią odsiadką. Potem przez krótki czas nie mógł znaleźć pracy, wreszcie trafił do miejskiej „komunalki” jako magazynier, na koniec rewident. Przeszedłszy na emeryturę wyniósł się wraz z Babcią z Poznania do ojcowskiego domku. Tam powrócił do rolniczego żywota podkreślając swoje „pochodzenie chłopskie” .

Pradziadek ze strony maminej Babci wykonywał zawód malarza-artysty i był bon vivant. Pozował na dandysa. Bogaci szwagrowie – mali posesjonaci ziemscy (acz nieszlacheccy) – zafundowali mu w Poznaniu porządny malarski warsztat. Ale podczas pierwszej wojny Pradziadek zniknął, po czym nagle pojawił się ponownie: z jakiejś przyczyny (nigdy dzieciom niewyjaśnianej) prababcia Józefa ("ta" Józefa) wystawiła mu wtedy walizki na klatkę schodową. Odtąd wszelki ślad po nim zaginał. Przynajmniej w rodzinnych rozmowach, o co do dziś Mama ma do mej prababci (a swej babci) pretensję. Po Pradziadku pozostały liczne obrazy (portrety szwagrów etc), które niestety spłonęły zimą roku 1945, podczas pożaru poznańskiego Starego Rynku.

Dom kórnicki
Kórnicki dom moich Dziadków – to było otiummego dzieciństwa. Kraj-raj wymarzony, rodzinna siedziba złączona z ogrodem, polem, jeziorem i przodkami. „Nasz” od pokoleń – spośród licznych domniemań i amatorskich domysłów to akurat była prawda konkretna.

Raptularz nie pozostawia co do tego krztyny wątpliwości.

Tylko mój tata-zabużanin pozostał na uroki teściowego obejścia i jego historii, no, dość obojętny. Tata wrósł wprawdzie w Wielkopolskę, do tego stopnia, że całkowicie pozbył się kresowego akcentu (stryjkowie akcent zachowali, co zawsze podziwiałem). Ale jednak wrastał w nową glebę mało entuzjastycznie. Charakterystyczny wpis raptularza kwituje to z lekkim przekąsem:

Dziś byliśmy z mamą w Kórniku, ale bez ojca. Tatuś musiał zostać, bo miał pracę w domu (a i zapewne mecz w telewizji). [t. I, fol. 32 recto]

No właśnie. Bo co do mnie, pozostawałem wobec wszelakich meczów całkowicie, do bólu, idealnie obojetny.
Raptularz także i co do tego nie pozostawia krztyny wątpliwości.

[CDN]

Zobacz galerię zdjęć:

szkicownik Feliksa Kowalskiego z frontu, fragment autoportretu  AD 1917
szkicownik Feliksa Kowalskiego z frontu, fragment autoportretu  AD 1917 paciorki różańca Woyciecha Kowalskiego domek kórnicki, t. I, fol. 22 recto podwórko kórnickiego gospodarstwa w latach 50 (z prawej za płotem - to już sasiedzi), fragment obrazu Mamy z lat tamtych z historii rodziny notatka, t. I, fol. 32 recto

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura