[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]
|Robotnicy…|
…byli dość daleko. W dniu 21 lutego 1979, w obliczu bliskiego końca szkoły podstawowej i konieczności wybrania sobie jakiegoś zawodu…
…byliśmy z całą klasą w Wiepofamie, zwiedzając zakład i szkołę przyzakładową. Nie chciałbym się nad tym zbyt rozwodzić, dość, że doszedłem do wniosku, że praca w Wiepofamie jest nieprzyjemna, bo w halach panuje hałas i nieprzyjemny zapach metalu. Choć robotnicy zarabiają dość dużo (system akordowy), bowiem średnio na miesiąc 3-8 tysięcy, a czasem i do 11 tysięcy zł. [fol. 16 recto – 16 verso]
Pensja mojego Taty, docenta – to było wtedy, zdaje się, około dwóch, trzech tysięcy. Pensja mojej Mamy – kierownika artystycznego w spółdzielni artystycznej – nieco mniej. Rodzice nie przebijali swoim zarobkiem pensji robotnika albo rzemieślnika.
Ale przecież nie czuło się żalu. Dla artystów istniały jeszcze inne źródła zarobku (tylko że rodzice byli stosunkowo mało zaradni, więc figa), a robotnikom się należało. Należało się rzekomej przewodniej sile narodu, której nijak za przewodnią, proszę wybaczyć, nie mieliśmy. Nam jakąś „przewodnią siłą” wydawała się raczej inteligencja. Tego się jednak nie werbalizowało, po prostu o żadnej „przewodniej sile” w ogóle się nie mówiło.
|Narracje robotnicze 1976|
Konkretną narrację „robotniczą” pamiętam z pamiętnego roku 1976, kiedy to media trąbiły o radomskich chuliganach palących samochody i tłukących witryny sklepów. Rodzice w dorywczych rozmowach – jakie pamiętam – podejrzewali, że te spalone samochody i zniszczone witryny były dziełem prowokacji, ale czasem rozważali też możliwość, że to rzeczywiście robotnicy. Tata tłumaczył mi, dwunastolatkowi – pamiętam tę chwilę wieczorną, przed zaśnięciem, na kanapie w narożnym pokoju – że robotnik, który nie może sobie kupić szynki, a idąc ulicą zobaczy, że o, tu jest witryna sklepu, w którym szynkę mogą sobie kupić partyjni, albo gdzie można ją kupić za dolary (których sam nie jest w stanie posiąść) – ma prawo rzucić w taką witrynę kamieniem, bo go cholera bierze.
|Narracje robotnicze 1956|
Żywe były też wspomnienia rodziców z czerwca roku 1956, do którego zresztą całe towarzystwo młodych plastyków – co jakiś czas pijące u rodziców kawkę – kiedy niekiedy powracało. Wysłuchiwałem tego powracania z wypiekami na twarzy. Rodzice – w roku 1956 jeszcze nie małżeństwo, studenci – byli pośród stutysięcznego tłumu na Placu Mickiewicza (wtedy Stalina). Jak tłum się rozdzielił i zaczęło być gorąco, cofnęli się do domu Mamy, który okazał się niezłym punktem obserwacji. Z okien od strony Gajowej widzieli bramę zajezdni – tam zajechała ciężarówka z bronią, zarekwirowaną w zdobytym więzieniu. Młodzi robotnicy brali z ciężarówki karabiny. Widok iście powstańczy. Wkrótce pod balkonem z drugiej strony domu zaczęły bzykać kule i rodzice, nie wycofując się zeń, padli plackiem – żeby dalej patrzeć. Balkon wisiał nad ulicą Kochanowskiego, przy której kilkaset metrów dalej, za dwiema przecznicami, znajdowała się ostrzeliwana i odstrzeliwująca się siedziba UB. Na ostatniej z przecznic przewrócono tramwaj – jeden z plastyków, rodzicielskich kolegów (jeszcze podówczas partyjny!) spontanicznie współbudował w tym miejscu małą barykadę. Ale niedługo potem pod balkonem stanęła długa kolumna czołgów.
Te opowieści podsycały wyobraźnię. Niemniej na razie nic więcej z nich nie wynikało. Były wspomnieniem przeszłości i wydawało się (mnie przynajmniej), że myśleć o nich w kontekście nadchodzących lat – to czysta fantazja. Niemniej fantazjowałem, choć bardzo niezobowiązująco.
|Studenctwo|
W związku z wyjazdem Taty do Lwowa w przededniu Wielkanocy Anno Domini 1979 Mama postanowiła urządzić przedświąteczne porządki. Nie sama – lecz rękami młodzieży ze studenckiej spółdzielni. W ten sposób pojawili się u nas jeden student i jedna studentka. Sprzątali i malowali bodaj dwa pokoje. Zanotowałem w dniu 13 kwietnia, że „pracowici, robią dobrze”. Potem, przy płaceniu, osobna herbatka z nią i osobna z nim. Zeszło na sprawy codziennego życia tudzież wiary i tradycji – wszak za chwilę Wielki Tydzień. Ona okazała się jednak „nowoczesna”: wyśmiewała malowanie pisanek. Że u niej na wsi tylko stare babcie tak robią… Pamiętam, jak mnie ta studentka zbulwersowała. Wszakoż Mama starała się znaleźć z nią wspólny język. A zaraz potem ze studentem, który po robótce wypił herbatkę i wygłosił monolog, uznany przeze mnie za godny uwiecznienia:
„My jesteśmy młodzież konsumpcyjna, proszę pani: nie warto się uczyć na bardzo dobrze, nic z tego nie będzie. Nagrody za prymusostwo nie są za duże. Najlepiej pracować w takiej spółdzielni. Pieniądz idzie. Wszyscy się biją o taka robotę. Nasza polityka – uczyć się wystarczy na trójki, byle być na studiach i studiować jak najdłużej. Jest miejsce w akademiku, obiady, wsio. Skończyłem leśnictwo, poszedłem na pedagogikę, teraz dostałem się na medycynę. Ile mi pani ma płacić? Wystarczy zaliczka, ja jeszcze jutro przyjdę. Najlepiej dać mało – na razie, bo mam nałogi. Wszyscy dzisiaj mają nałogi.” [t. I, fol. 30 recto]
Od razu też dorzucę z pamięci niezanotowany wówczas monolog innego studenta – tym razem bliskiego krewnego. Przyjechawszy na studia w wielkim mieście Poznaniu oświadczył moim rodzicom, że w piątek jada mięso! I że tak dobrze jest, bo jak ostatnio zjadł, to nic złego mu się nie stało, żadna Boska kara nie spadła, nawet niestrawności nie miał… o!
Miało to być dowodem na... nie bardzo rozumiałem, na co. I znów był to dla mnie, czternastolatka, spory wstrząs. Jak dotąd bowiem wydawało mi się, że studenci to ludzie aspirujący do racjonalnego myślenia i – cytuję własną zapiskę – „jedyna zdrowa siła narodu”. A tu taka jakaś antyintelektualna kompromitacja.
Zapamiętajmy wszakże, iż moja notatka, gdyby została zapisana za „Solidarności”, mogłaby brzmieć niczym partyjna agitka. Bo w takim właśnie tonie utrzymywano krytykę studenckiego „bezhołowia” w momencie, gdy wyszło, że uniwersytety to wylęgarnia opozycji.
|Czy było źle?|
Czy robotnikom było wówczas rzeczywiście źle? A rolnikom, artystom, naukowcom? Otóż tak, ŹLE było. Wszystkim, acz nie do końca i nierówno.
Przeważnie też nie było – śmiem twierdzić – tragicznie. Znacznie lepiej niż w sowietach, znacznie lepiej niż w Chinach; ale, pod względem materialnym, gorzej niż w Czechach, na Węgrzech i w Dedeerze. Co prawda przez czas krótki trwało zachłyśnięcie się zachodnimi pożyczkami – prosperitą pierwszych Gierkowskich lat. Potem sprawy poszły w dół. Gwałtownie i we wszystkich dziedzinach. Bo wpierw było w sklepach mięso, czekolada, banany i zachodnie metalowe samochodziki typu matchbox, a książki drukowano nienajgorzej. Nagle zabrakło mięsa, czekolady zaczęły być „czekoladopodobne”, samochodziki znikły, a jakość książek zbliżyła się do papieru toaletowego: ledwo otworzyłeś – łamały się pośrodku. Wprowadzono kartki na mięso, cukier… i powoli na wszystko. Szarość postępowała. I na zdrowy rozum – coś musiało się stać.
|Najweselszy barak|
Mimo tego (i mimo prześladowania nielicznych politycznych dysydentów) peerel był owym „najweselszym barakiem obozu socjalistycznego”. Dowcip opowiadał, jak na polsko-dedeerowskim (albo polsko-czeskim) pograniczu spotkały się dwa psy biegnące w przeciwnych kierunkach. Ten biegnący do dedeeru mówi: idę się nażreć; ten biegnący w peerel: a ja poszczekać.
Peerel miał – jak w tym dowcipie - psią wolność. Tak. Jego aura okazywała się coraz bardziej psia, szara, bezbożna, podła. To ostatnie słowo należałoby podkreślić.
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze