[transkrybowania raptularza mego z lat młodzieniaszkowatych, czyli późnogierkowskich, solidarnościowych i stanowojennych ciąg dalszy]
| Chwała i zadziwienie |
Tak, myślę, że to zadziwiające, że BYŁY. Prawdziwy Palec Boży. Swego rodzaju piąta kolumna w peerelu. Klan starych panien typu świadomej Siłaczki-Matki-Polki, tyle że bez rysu tragicznego. Panny katolickie, patriotyczne, z naukowym albo artystycznym powołaniem, które matkowały. Poznałem ich kilka w tamtej epoce. Należały do Mistrzyń i Przyjaciółek szeroko rozumianego pokolenia moich Rodziców, ale też pokolenia mojego: uczyły moich kolegów, znajomych, przyjaciół.
Było ich wiele, żeby się jednak ograniczyć, przywołam tylko Panny A, B, C, D, E, F.
| Panna A… |
…czyli tak zwana przeze mnie Ciocia Faka-Maka nosiła nazwisko znanego rodu książęcego z Litwy (miano pisane przez „y” zamiast przez „j”), ale urodziła się w Płocku. W Poznaniu zajmowała malutki pokoik w blokowym mieszkaniu przy ulicy Kosińskiego. Ciepły, pełen małych dzieł sztuki własnego i cudzego wyrobu, a z nimi…
…prezenty od dzieci, rysuneczki, laleczki szmaciane […] medal… [t. I, fol. 18 verso]
…i mnóstwo innych, ciepłych drobiazgów. Przed wojną Panna A ukończyła historię sztuki w Poznaniu u ks. Dettloffa i szkołę plastyczną w Warszawie. W swojej kuchni miała warsztat i tkała – ale były to prace drobne. Robiła z nich czasem piękne prezenty znajomym. Dzieciom dawała czasem podarunki ze swoich szmacianych kukiełek; pamiętam Misia Puchatka i Prosiaczka jako stałych obywateli pokoiku. W tym pokoiku przyjmowała wizyty, czytała ze znajomymi i podopiecznymi Goethego, Schillera etc. w oryginale. Uczennice (długo uczyła w liceum) wyprowadzała na malarskie i historycznosztuczne wojaże w Polskę, do kościoła, do teatru i na wystawy w Poznaniu, Krakowie i Warszawie. Wyjazdy były prywatne i nieformalne, kilku- i kilkunastoosobowe. Opowiadała o sztuce, korygowała rysunek, uczyła patrzenia, wrażliwości na barwę i słowo.
Sama chodziła notorycznie do pobliskiego szpitala ortopedycznego, czyli „do Degi”. Tam założyła pierwsze bodaj w Polsce terapeutyczne warsztaty zajęć. Większość szmacianych lalek z jej pokoiku – to były dzieła małych pacjentów. Zwłaszcza pacjentów skazanych na wielomiesięczne, jeśli nie dożywotnie łóżko. Jej wychowanice i znajome dorywczo pomagały w tym dziele. Niestety, nie dożyła Solidarności, zmarła stosunkowo młodo, w wieku lat jakoś sześćdziesięciu: była chora na anginę pectoris. W szpitalu zacięła się winda i nie zdążyli jej reanimować.
Po jej śmierci część spuścizny Cioci Faki-Maki przejęła rodzina, natomiast…
…z zachowanych [na miejscu] sprzętów dawne uczennice i koleżanki umeblowały pokoik, chcąc przywrócić mu dawny charakter.[t. I, fol. 18 verso]
Można było tak zrobić, ponieważ mieszkanko nie opustoszało; Ciocia Faka-Maka dzieliła je z drugą starą panną, która nadal się w nim lokowała; była nią…
| …Panna B… |
…licealna Pani Profesor. Po raz pierwszy ujrzałem ją 17 marca 1979 roku:
Jest to polonistka, starsza trochę, do której mama chodzi teraz często, po śmierci śp. Pani [Panny A]. […] [poszliśmy do niej z ojcem] Po raz pierwszy [w życiu] pocałowałem panią w rękę. Trochę mi nie wypadło – rąbnąłem nosem. Ale – cóż. […] [t. I, fol. 19 recto]
Profesor Anna pochodziła, dla odmiany, z podpoznańskiego gospodarstwa. Przeżyła Ciocię Fakę Makę o lat kilkadziesiąt i zmarła niecałe dwa lata temu, mając pod setkę. Stosunkowo mało mobilna, mocno krótkowzroczna (minus dwadzieścia kilka dioptrii), z niebezpiecznie wysokim ciśnieniem, oczy straciła na czytaniu. Wszystkie szafki i stoliki w jej pokoiku zastawione były książkami. Na ścianach – święty Franciszek, makatki i konar samoistnie wygięty w kształcie Ukrzyżowanego Pana. Był to dar dominikanina, ojca Honoriusza Kowalczyka (tego, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1983 roku) – rewanż za darmowe kursy dla dominikańskich nowicjuszy.
Do profesor Anny ściągały korowody młodych i starszych ludzi. Często indywidualnie umówionych – na rozmowy o literaturze i o życiu, filmach, wydarzeniach politycznych, wierze. Jeden wchodził, drugi wychodził o precyzyjnie umówionej godzinie. Drzwi się nie zamykały, wciąż gwizdał czajnik, uczniowie robili i wnosili kolejne herbatki.
Pani Profesor jeszcze kilka lat przed śmiercią przygotowywała wnuczki swoich uczennic do matury. Pamiętam, mówiła, żeby włożyć jej do trumny różaniec i „Beniowskiego”. Nie wiem, czy tak się stało. Na Jej prawdziwie tłumnym pogrzebie w rodzinnej, wiejskiej parafii, na przykościelnym cmentarzu, ksiądz rzucając grudkę ziemi na trumnę rzekł głośno: „do zobaczenia, Pani Profesor! dzięki tobie zostałem kapłanem”.
| Panna C |
Trzecia stara panna, bliska znajoma poprzednich panien, była lekarzem i serdeczną Herod-Babą. Wywodziła się z dynastii porządnych, poznańskich medyków. Przy niej pacjenci drżeli ze strachu, odmawiali modlitwy i zdrowieli. Ona sama odmawiała nie tylko modlitwy – odmawiała też przyjmowania jakichkolwiek „prezentów”. Wszystkie, jakie udało się pacjentom przemycić i zostawić w poczekalni, gabinecie lub po cichu wręczyć pielęgniarkom „dla pani doktor” – były numerowane, spisywane i deponowane w specjalnej szafie, a następnie – przy kolejnej wizycie pacjenta – komisyjnie oddawane za pokwitowaniem. Jako zguby.
Tak więc postać to z rodzaju takich starszych pań-Matron, jakie notorycznie występowały w filmach Zanussiego.
Podobnie jak panna A – Panna C zmarła jeszcze przed Solidarnością. Mama odziedziczyła po niej książeczkę do nabożeństwa i „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza à Kempis.
| Panna D |
Czwarta stara panna to moja matka chrzestna. Artystka – grafik, za młodu dość swawolna, by nie rzec nazbyt, o niewyparzonej gębie, dowcipiarska, ale też nabożna na sposób obcesowy. Z pochodzenia – mieszczańsko – wojskowo – inteligenckiego. Mieszkała ze swoją matką, Panią Profesor od fortepianu. Także i w tym przypadku nie był to tytuł uniwersytecki –Panią Profesor zwano „Panią Profesor” z nadania uczniów. Mąż Pani Profesor, a ojciec Panny D, wojskowy z przedwojennej „dwójki”, potem wędrujący z Andersem – został po wojnie w Anglii, dokąd Panna D z rzadka jeździła. Jej brat, lotnik, zginął tragicznie już za PRL. Jego szybowiec spadł podczas pokazu. Uważała, że nie był to przypadek.
Tym niemniej alergicznie nie znosiła ludzi z kręgu opozycji i późniejszej Solidarności, a po rozwiązaniu Związku Plastyków przez Jaruzela wstąpiła do związku kolaboracyjnego. O ile wiem, przyprawiła tym swojego Ojca, żyjącego w Anglii, o ciężkie cierpienie.
Ale niestety, nie mogła być obiektywna. Darzyła platoniczną a staropanieńską sympatią pewnego czerwonego (propartyjnego acz bezpartyjnego) szuję z władz Związku. Był dla niej wyrocznią i cokolwiek mówił, przyjmowała za dobrą monetę. A jednocześnie – rzecz zadziwiająca – deklarowała się jako zacięta antykomunistka. Tym samym stanowiła dla mnie prawdziwe memento i ostrzeżenie: przykład całkowitego nieposkładania spraw osobistych, przekonań religijnych i sympatii politycznych.
Na starość notorycznie słuchała Radia Maryja. Nareszcie, po latach, otrzymała satysfakcję, słysząc publicznie to, co powtarzała od początku: że Solidarność była prowokacją, a ten cały Wałęsa, a ten cały Mazowiecki, a ten cały Michnik… etc. etc.
I w ten sposób także stanowiła dla mnie nowe memento i ostrzeżenie.
Tak czy inaczej bardzo ją kochałem i kocham. W latach 80. po prostu nie rozmawiało się z Nią o polityce.
| Panna E |
…bardzo jest przez wszystkich lubiana, ale pojawia się sporadycznie. Gdzie tylko ujrzą ją […] O rany Boskie! Wszelki duch Pana Boga chwali! Ciotka […]! Ciociu, ciociu! [t. I, fol. 41 verso, 42 recto]
Tak powszechnie i wszędzie witano zajeżdżającą ostrym gazem i małym czerwonym fiatem 126p piątą starą pannę, krzepką nauczycielkę przedmiotów ścisłych. Chociaż miała ksywkę „Słaba”, twardą ręką prowadziła obozy dla trudnej młodzieży męskiej.
Ma (bo nadal żyje i prosperuje) liczne rodzeństwo; pochodzi z rolniczej prowincji; jej rodzina rozsiana jest po Wielkopolsce. Kiedy w latach pięćdziesiątych ukończyła studia, jako zdeklarowana działaczka katolickiego duszpasterstwa dostała (celowe i złośliwe) obowiązkowe skierowanie do szkoły gdzieś na głębokiej kielecczyźnie. Pojechała. Partyjny dyrektor spodziewał się, że przysyłają mu propagatorkę naukowego światopoglądu. Panna E nie miała jednak nic do stracenia – nie można jej było „zesłać” dalej, a jako panna nie bała się o rodzinę. Była, jak już wiemy, nabożna, ale teraz postanowiła „odegrać świętoszka” na pokaz, z miną, westchnieniami i tak dalej. W ten deseń przywitała się z dyrektorem i w pierwszym pytaniu zagadnęła o adres kościoła oraz godziny Mszy świętej (pamiętajmy, że to były lata pięćdziesiąte!). Zrobił oczy, a ona zapowiedziała mu, że zamierza od Mszy Świętej zaczynać każdy dzień (co zresztą faktycznie normalnie czyniła). Przeraził się „skandalu” i poświadczył na piśmie, że z braku etatu nie może jej przyjąć. Wróciła do Poznania i po paru latach uczyła już w renomowanym liceum.
Na najbliższym kursie ateizmu dla uczniów i nauczycieli czerwony prelegent dowodził, że wszyscy święci kościoła katolickiego to przedstawiciele klas uprzywilejowanych i społeczne pasożyty. Zabrała głos: „Zgadzam się z Prelegentem, to prawda, najlepszy dowód, że pierwszym świętym został zbójca ukrzyżowany obok Jezusa”. Młodzież klaskała z uciechy, prelegent sczerwieniał jeszcze bardziej.
Na nadmorskich wakacjach lubiła grać w brydża, w tytoniowych oparach przy małym kieliszeczku. Najlepiej w towarzystwie klerykalnym.
Panna E była jedyną rówieśną przyjaciółką mojej Mamy, którą mój Ojciec akceptował bez ale. W tym sensie, że Ojciec w ogóle nie znosił gości, na dźwięk dzwonka zaszywał się w swoim pokoju i pracował albo spał; towarzysko rozwijał się tylko przy szachowym stole w Związku. Ale kiedy przychodziła Panna E, stawiał kawę i siwuchę, po czym odchodziło szerokie gadanie. Bo panna E była inna niż inne – z nią można było konie kraść.
| Panna F |
Kochana Ciociu Luco!
Tu u nas święta są zapewne zupełnie inne niż w Słodkiej Francji. Ludzie więcej troszczą się o to, co na stole świątecznym stać będzie, niż o świąteczny nastrój. Atmosfera w Polszcze denerwująca i niespokojna, teraz, w przeddzień Zmartwychwstania Pańskiego uspokoiła się. Co do pogody, jaka jest u nas, to takiej Cioci życzę: piękna i słoneczna. [brulion listu wklejony w t. I, fol. 44 recto]
Panna F – to Ciotka Luca, prawdziwa Ślązaczka. Za młodu wyjechała do Francji, tam wstąpiła do Soeurs de Sainte Famille i odtąd przez całe życie prowadziła klasztorne kuchnie w różnych zakątkach Republiki Żabojedzkiej. Z rzadka, co kilka lat, przyjeżdżała do kraju w odwiedziny. Osoba cicha, dobra, ofiarna i zarazem – jakby to rzec – łącząca prostotę z mądrością i zdecydowaniem. Prawdziwy charakter.
Mama trafiła na nią przypadkowo – w Paryżu. Dostawszy stypendium rządu francuskiego w roku 1968, i przybywszy do Paryża – została natychmiast „przekierowana” do Lille, czyli jak najdalej od studenckich zamieszek. Ale Mama nie chciała tam jechać. W rozpaczy zapukała do paryskiej furty klasztornej – miała w zakonie ciotkę. Niemniej to nie ciotka jej pomogła, tylko właśnie Luca (którą wkrótce zacząłem nazywać „ciocią Lucą”); i już do Lille jechać nie musiała.
Ciotka Luca to było nasze okno na świat. Od niej dostaliśmy pierwszą książkę o Katyniu (wydrukowaną we Francji i po francusku, ale za to z jakże poglądowymi zdjęciami!). Jako kilkunastoletni chłopiec do niej właśnie pisywałem szczegółowe listy o sytuacji w Polsce, bo się swoją Ojczyzną niezwykle interesowała. Dla mnie była to okazja do przelania na papier obserwacji, które nie dawały mi spokoju.
Krewnym i znajomym w kraju pomagała. Także i do nas co jakiś czas przychodziła paczuszka z kawą, czekoladą, proszkiem do prania. Krewnych i znajomych, którzy niestety licznie przeflancowywali się wówczas do Niemiec i Francji, miała w pieczy bardziej modlitewnej, bo wiele więcej nie mogła.
Kiedy w roku 1990 wraz z zespołem jechałem do Paryża, po raz pierwszy nie czułem się na Zachodzie jak potencjalny żebrak (a byłem tam wcześniej trzy razy): mieliśmy zagrać za małe honorarium we frankach. Trasa wiodła przez Reims, gdzie ciotka Luca wówczas kucharzyła. Zastopowaliśmy, kupiłem na bazarze bukiet róż i wraz z Januszem (organizatorem i szefem zespołu) podskoczyłem do klasztoru. Jak nas Luca zobaczyła z kwiatami, powiedziała z satysfakcją: „No, to je Polsko”.
Do końca życia mówiła po ślunsku.
Umarła w zeszłej dekadzie – dożywszy niemal stu lat.
[CDN]





Komentarze
Pokaż komentarze (1)