Dziś dowiedziałem się o śmierci siostry Sylwiny. Dowiedziałem się późno, bo dawno to już było: odeszła w styczniu tego roku. Jeszcze wcześniej odesłano ją na zakonną „emeryturę” i wtedy właśnie trwale znikła z mojego horyzontu, a iż żyła poza Wielkopolską, to i nic o Jej śmierci aż do dziś nie wiedziałem.
Ci, którzy choćby raz zobaczyli tę siostrę ze zgromadzenia tak zwanych notrdamek – dobrze wiedzą, o kogo chodzi; ci zaś, którzy widywali ją częściej, zapamiętali też na zawsze styczniową datę śmierci i pogrzebu, który wyruszył od katafalku z nawy głównej jednej z większych i szacowniejszych polskich świątyń, której była legendą lub – jak kto woli – jedną z „ikon” (tak określił Ją pewien znajomy duchowny).
Widywałem Ją przez szereg lat tylko raz do roku, latem, przez dni kilka –
i od pierwszego razu zapamiętałem na zawsze. Przybyszów zewnętrznych, interesantów, natrętów, także i księży (podobno nawet niektórych biskupów...) rozstawiała, bywało, po kątach, pryncypialna i władcza, bo porządek musi być; ale z drugiej strony od ciskanych gromów błyskawicznie przechodziła do wzruszenia, zatroskania, szeptu, delikatności. Na tych, którzy mieli z Nią do czynienia przygodnie – mogłs czasem uczynić wrażenie fatalne, bo rugała ich i nieraz przestawiałą z kąta do kąta. Jednak tym, którzy obcowali z nią nieco tylko dłużej – wpadała trwale do serca. Bo bez wątpienia do Niej właśnie odnosić trzeba słowa Psalmisty: „Gorliwość o Dom Twój pożera mnie”.
Wieczne odpoczywanie racz Jej dać, Panie!





Komentarze
Pokaż komentarze