Matka Boska Popowska
Matka Boska Popowska
Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski
918
BLOG

POWSTANIE 1863: OPOWIADANIE MARYLI ŚCIBOR-MARCHOCKIEJ

Jacek Korabita Kowalski Jacek Korabita Kowalski Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 4

 

 

 

Opowiadanie Maryli Ścibor Marchockiej nadesłane do okruchów 1863 [okruch nr 23]
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

EPIZOD Z 1863 ROKU     

- A słyszała pani, jak chłopi z Jackowa i Janek uratowali oddziałpowstańców w 1863 roku? Przeprawili ich przez rzekęna wrotach od stodół. Rosjanie ich otoczyli nałasze nad Bugiem. Rzeka była niespokojna, nie mieli jak sięprzeprawić. Bitwa ustała wieczorem. Rosjanie straże rozstawili. Palili ogniska na skarpie. Pili. A chłopi z Janek i Jackowa cichcem podpłynęli na wrotach od stodółi uratowali cały oddział. Ksiądz Mączyński opowiadał. Słyszała pani?

 

Wysoki, szczupły, elegancki jak zwykle w ciemnoszarym garniturze opowiada mi to, w co tak trudno mi uwierzyć– naczytałam sięOrzeszkowej, późniejŻeromskiego, słyszałam, jak w 1863 roku dobili kijami brata mojego prapradziada, bo miałdobre buty, jak chłopi pomagali nie powstańcom, a Kozakom, nie w walce, ale w tropieniu oddziałów leśnych... Słyszałam jak biedna, ciemna wieśodwróciła sięod tych, którzy chcieli jej daćwolnośći uwłaszczenie – uśpiona wódką, przekupiona reformącarską, kłócącąjąna wiele lat z dworem, przeciwna wszelkim „ruchawkom pańskim”, nic nie rozumiejąca.... A tu, ci z Janek, z Jackowa mieliby raptem byćinni? Jadęnad rzekę. Idęwzdłużbrzegu. Jest tak samo niespokojna, pełna wirów. Od tamtej wiosny zmieniała koryto kilkadziesiąt razy. A jednak – jest skarpa. Wysoki, podmyty brzeg. Dołem ciągnie siępiaszczysta, podmokłałacha.Żółtym brzuchem odwrócona do słońca. Tak. To mogło byćtutaj. Zapadałzmrok. Bitwa ustała. Tu na skarpie Kozacy rozpalająogniska. Wzdłużlinii brzegowej, tak, by oświetlićjedynądrogęucieczki. Jest ich kilkuset – wielkich chłopów w baranich czapach. Rubasznie sięśmieją. Pijąostro – by nie zmarznąćw nocy. KlnąPolaków i to ich powstanie – spałby człowiek spokojnie w koszarach, a tak? Ale z ranałacha spłynie krwią. Wdepcząw ziemiętych plugawych Lachów. Zapach prochu, krwi, ogniska i przyszłego mordu podnieca. Strzelająw niebo płomienie i dzikie, gardłowe pieśni.

W dole, nałasze, kilkudziesięciu, może nawet kilkunastu ludzi. Pokrwawieni obdarci, zmęczone twarze. Który to miesiąc w lesie? O głodzie, chłodzie, w zmęczeniu graniczącym z obłędem. Przyjdzieświt – i będzie koniec. Wiedzą,że to ich noc ostatnia. Czy sięboją? Na pewno. Niejeden chciałby jeszcze zobaczyćmatkę, przytulićdzieci, Franek ledwie w Boże Narodzenie sięożenił– ona tam sama została. W kraju wojnąogarniętym. I jużgo nie zobaczy.... Nie paląognia – nawet nie mająz czego. Dreszcz zimna przenika umęczone ciała. Tuląsiędo siebie, by choćtrochęsięogrzać.

Stary Odrowążpróbuje ogarnąćich wzrokiem. Nie widzi twarzy. Ale nie musi – zna ich wszystkich. Dowodziłnimi odśmierci pułkownika. Ile to? Sześćdziesiąt dwa dni temu.

-        Poszliśmy z domów, dzieci, nocą,żeby nas z gniazd nie wybrali, jak pisklęta niewinne. Poszliśmy nocąmroźną,śnieżną, na tułaczkędo lasu, w niepewnośći mrok – nieprzygotowani, wyrwani ze snu, od matek, odżon, od sióstr. Zostawiliśmy je na pohańbienie przezżołdaków ruskich, kozakom nałup wydalim nasze domy, siostrze pożodze nasze sioła. Marzlim, głodowalim, w zmarzniętej grudzie, w bezimiennej mogile chowalim braci naszych. A wszystko to z miłości do tej Pani naszej – Ojczyzny – skrwawionej, dla tejżałobnicy na mogiłach wielu... Wierzylim,że jest mocnym ten naród,że gdy wybije godzina wszytkie stany dźwignąłsięz kolan, z upadku, z niewoli, wierzylim,że oto gdyśniegi spłynąwiosnąi nasząkrwią– ona wstanie. Ona sięobudzi. Ojczyzna nasza umiłowana, Matka Polska. I mielim nadzieję... A potem przyszła wiosna i polowali na nas kozacy, jak na zające, tropili nas bracia nasi kozakom po lasach, wydawali naśmierćza grosz miedziany ci, dla których wolnośćnieśćchcielim. Gorzkim chlebem, a głodem nas nakarmiono. Krwiąserdeczną, ciałami naszymi użyźniliśmy ziemię... A dziśnasza noc ostatnia.Świtem pijane kozactwo zaleje tęłachęi wdepcze nas w ziemię. Szczęśliwy ten, co zginie od kuli. A potem obedrątrupy do naga i zostawią ptastwu na pochówek – wrony jedyne namżałobniki, błoto nadbrzeżne – jedyna nasza mogiła... I pytam was, dzieci, wobec tejśmierci okrutnej, wobec tegoświtu nieuniknionego – pytam was – warto było?

-        Warto – odezwałsięcicho, zbyt poważnie i smutno jak na swe szesnaście lat Janek

-        Warto – Franciszek dotknąłna piersi fotografiiżony

-        Warto

-        Warto – przeszło przez szeregi

-        Tedy, dzieci, bez lęku bezżalu pożegnajmy się  z życiem. A,że grzeszni jesteśmy – klęknijcie – oddajmy nasze chwile ostatnie tej Matce, co miłosiernie u Syna nam wybaczenie wyprosićraczy – Kyrie Elejson

-        Chryste elejson

-        Kiryje elejson

 

 

-        Mówiłek Józwa, ni ma ratunku dla nich.– po drugiej stronie rzeki, na podmokłejłące, pod wierzbąpochylonąnad wodąstało dwóch chłopów. Jeden starszy, nie tylko wiekiem, ale i bogatszy – w kożuchu chłopskąmodąz długosierstnej owcy, drugi włapciach i półkożuszku, opowiadałżywo gestykulując.

-        Siedzom tam jak szczupak w saku. Zabaczta sami – Ruscy jużpijom zwycięstwo. Zobaczta – same kozaki. Ja tak myśle, Józwa, ze jak one skońcom z tymi pany nałase, to trza sięnająćdo pochówku. Zawszećtrupy opatrzyć, zaźrzeć– toz to same pany – buty dobre majom, pirścionki, dukaty za pazuchom. Włócom siętakie po lesie. Ruchawke robiom, to i ich nie zal. Majo co chcieli. A buty dobre, pańskie. Skoda, by sięmarnowali. Mówili we wsi

-        Cichaj

-        Mówili, co kozaki dajom czerwieńce za takich jak im wydać...

-        Cichaj! Słuchaj! One Najświntrzom Panienke wzywajo. One krześcijany. Słysys?

 

-        Zwierciadło sprawiedliwości

-        Módl sięza nami

-        Stolico mądrości

-        Módl sięza nami

-        Przyczyno naszej radości

-        Módl sięza nami...

 

-        Ty kciałkrześcijańskie trupy odzieraćrazem z tymi pomiotami kozakami. A widziałjak kozaki weszli raz do kościoła i Panience Popowskiej korale zabrali?

-        No ale przeca i tak ich pobijom. Skoda, coby sięmarnowało... Józwa...

-        Pobijom, albo i nie pobijom – Józwa szybko zawróciłw stronęwsi –śpieszaj Wojtek. A lećze i wołaj wszyćkich

Zakotłowało sięwe wsi, w której i tak prócz niemowląt wszyscy nie spali. Wylegli z domów

-        Słuchajta chłopy! Tamk nałase siedzom krześcijany i wzywajom imienia Panienki Najświntszej. Górom pijo kozaki. Ognie palo, bo wiedzom, ze rano tych nałase wydusom jak lis pisklenta. To jo pytam was ludzie: damy kseścijanom umierać? Wzywajom one Panienke Popowsko na darmo?

-        Nie damy

-        Józwa, co ty, blekotu sięnajadł? A jak my możemy kozakom poradzić? Widłami? Siła ich. Siła ich. A okrutne. Nawet jak spite. Widziałty co one robio tym co do lasu poszły? A rodzine rządcy z Zator pobitom widzioł? Córki mu pohańbiły, nawet te, co jesce dziesięciu roków ni miała. Ojca starego bagnetami skłuli, dziecka w studnie powrzucali. Widziałty? Ty chcesz nieszczęście na wieśsprowadzić?

-        My siębićnie musim. Starczy, jak tamte przez rzeke przeprawim.

-        A masz ty choćjednomłódź, Józwa?

-        Ni. Ale mam wrota od stodoły i wy wszystkie takożmacie. I te chłopy z Jank i te z Jackowa tyz majom. Nocka ciemna. Jesce północka ni ma. Jak siędobrze sprawim oświtaniuśladu ni będzie, a wiaterek wrota osusy i kto powi, ze leniwe chłopy co ich kogut dobudzićni moze gdziesik po nocy chodziły zamiast bab pilnować?

 

-        Panie rotmistrzu! Panie rotmistrzu!

-        Atakują?

-        Nie. Nie kozacy. Ale rzeka....

 

Czy to ta skarpa, ta zatoka, tałacha? Bug niespokojny, niestały nieraz wije się, zmienia koryto. Ale skarpa w tym miejscu jest. Piaszczysta, jałowa. Na szczycie zaledwie kilka sosen. Idęzanurzając bose stopy w ciepłym piachu, w lichej trawie. Tutaj płonęło ognisko. Pijani kozacyśpiewali przeciągłe, dzikie pieśni. Okrutnie bawili sięlękiem swych ofiar. Gęste straże pilnowały, by nikt nie wykradłsięw ciemnościach... A potem tenświt. Mgły nad rzekąustępowały z wolna. Dostojnie. Słońce szkliło w pierwszej, młodej jeszcze trawie tysiące diamentowych kropel. Wielka, bura rzeka o niespokojnych wirach i piaszczystałacha, poorana wczorajsząwalką. Pusta. Polacy zniknęli jak mgła. Tylko ten dzwon. Z kościoła w Popowie. Na jutrznię....

Czy to ta skarpa? To zakole? Tałacha? Idęzanurzając bose stopy w ciepły piach. W lichątrawę. Dzwon. To ksiądz Siemiński daje znać,że czas na AniołPański.


Popowo Kościelne 2002 r.

 


- - - - - - - - -
NADTO GOSPODARZ STRONY ZAPRASZA:

b) na najbliższy koncert:
 "POWSTALI 1863"  w Poznaniu w Auli UAM - w tę sobotę o godz. 18.00 (a wcześniej, przed południem, będzie konferencja popularnonaukowa o powstaniu styczniowym - zacne osoby będą tam głosić - w Pałacu Działyńskich, zob. [TU]) - i na wszelakie inne koncerty;

a) do dzielenia sie okruchami wspomnień etc. na stronie WWW.OKRUCHY1863.PL

c) do płyty własnej "Idźmy!śpiewy powstańcze 1863", która po raz pierwszy pokaże się podczas w/w koncertu w dniu 19 stycznia [klip z płyty- tu].

z ukłonami, jk

 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Kultura