Opowiadanie Maryli Ścibor Marcchockiej nadesłane do okruchów 1863 [okruch nr 25]
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Wawrzyniec 1863
Bryczka kolebała się powoli podskakując na wybojach. Słońce lało się żarem - po wysuszonych polach, po zwiędłych trawach, wyleniałej kobyle, po brązowym suknie habitu siwiejącego franciszkanina. Stara klacz nic sobie nie robiła z poganiania i człapała leniwie. Ksiądz Wawrzyniec podrzemywał. Marzył mu się dzban zimnego piwa, albo choćby zsiadłe mleko! białe, gęste, dające się niemal nożem kroić, lekko szczypiące w język - chłodne piwnicznym chłodem spiżarni klasztornej brata Alberta. Pod przymkniętymi powiekami widział Narew szeroko rozlaną tuż za murem kościoła w Zambskach. Był tam trzy dni i trzy noce - spowiadał, głosił kazania, pasterzował tłoczącej się ciżbie przybyłej na odpust.... i tylko spoglądał tęsknie w stronę rzeki - bo przecież ani powaga księżowskiego stanu, ani obecność licznych pobożnych niewiast nie pozwalała na zanurzenie się w chłodnych nurtach choćby na chwilę. Żebym mógł choć nogi pomoczyć! myślał rozżalony. Ileż to razy będąc chłopakiem skakał z wysokiej skarpy wprost w zwichrzony nurt, ścigał się z rówieśnikami mocno ramionami zagarniając chłodną rzekę. Woda. Woda chłodna. Cudnie czysta. Pił ją całymi chałstami w takie spieczone popołudnia, zanurzał w głębinę, pozwalał bezwolnie nieść, by znów przeciwstawić jej siłę swych nastoletnich ramion. A potem - wola Rodziców - poszedł do zakonu. O rzece nawet mowy być nie mogło. Miał wtedy niewiele ponad osiemnaście lat i wiatr w głowie. Ileż to lat temu? Dwadzieścia? dwadzieścia pięć?... Czas bywa litrośny, biegnie szybko i zabliźnia wspomnienia. Biegnie szybko ale z pewnością nie teraz - gdy kolebanie bryczki, miarowy chód klaczy i żar z nieba zdają się nie mieć końca. Ksiądz poprawia się na szerokiej ławce. Ogania od natręctwa much krążących z równym uporem nad spoconym zadem kobyły co nad jego błyszczącą łysiną. Sprawdza czy nie pogubił na wybojach bagaży w czasie drzemki: węzełek z wędliną, koszyk papierówek, woreczki z kaszą, z mąką i fasolą i posykująca gęś - łaskawe dary dla zakonu od pobożnych wieśniaków, dalej skrzyneczka z szatami liturgicznymi, jakieś pisma i książki od proboszcza Zambskiego dla gwardiana reformatów i pilnie strzeżona puszka z olejami świętymi. Wszystko na swoim miejscu. Tylko gęś rozdziawiła szeroko dziób - widać spragniona niczym ksiądz Wawrzyniec. Bryczka się kolebie. Księżulo znów zadrzemuje. Nic i nikt zdaje się nie jest wstanie przerwać tej monotonii piaszczystej drogi w upalne popołudnie...
- A wy zdieś atkuda rybionoczka a?
Przerażony Ksiądz zrywa się, macha bezradnie rękami - jakby wyciągnięta z nagła z wody ryba - ale natychmiast przytomnieje. Ostra, zimna jak lód świadomość przecina jego spocone plecy: Moskale. Cała sotnia. Boże miej mnie w opiece! Rubaszny śmiech. Dzikie, okrutne oczy.
- Zzz odpustu, zzz Zambskiego kościoła. Odpust był. Ja z Pułtuska. Kaznodzieja. Franciszka...
- z odpusta? to my ci nie odpuścim póki z nami nie potańcujesz
- franciszkanin, reformata jestem, z Pułtuska, wracam... Boże ratuj!
Żylaste łapy łapią za habit, ściągają z bryczki, traci równowagę, kopniak. Chryste Panie nie wiedzą co czynią Chryste Panie. A potem twarda rękojeść kolby karabinu. Ten słony smak w ustach. Co bardziej boli? uderzenie, drugie, trze...
- Boże ja ksiądz poniechajcie! - ciosy spadają na głowę, na twarz, Chryste! próbuje osłonić brzuch. Ten wściekły ból w kiszkach. W podbrzuszu. Chryste Panie!
- Chrysta swołocz wołasz? trzeba było w klasztorze siedzieć po wsiach się nie włóczyć, do partyzantów nie jeździć
- ja z odpu...- cios odbiera mu powietrze - ...stu wracam, nie znam żadnych party...
- jak nie znasz, to poznasz już my znamy was polskie klechy, katolickie ścierwa! sto batów - pada krótki rozkaz
Razy ustają: pozorna chwila odpoczynku. Odwracają go, rozciągają na ziemi. Jakieś miażdżące buty stają na dłoniach, na nogach, na karku, dusi się, nie może oddychać, piach wdziera się w pokrwawioną twarz, suchy piach w nosie. W ustach. W płucach. But z karku ustępuje. Rozdzierają habit. Łapczywie łapie oddech. I wtedy na nawykłe do dyscypliny ciało spadają razy batów: nahajki świszczą, słychać pochrapywanie męczących się żołdaków, krew spływa po plecach.
Skądś zbiegają się przerażeni chłopi. Zaświadczają kim jest. Błagają o miłosierdzie. Ale to tylko rozwściecza Moskali - razy nahajek padają na wieśniaków, konie tratują przerażona gromadę. Wszystko to pomieszane z wyciem lamentujących bab, kwikiem koni, przekleństwami i wrzaskiem żołdaków przypomina jakąś diabelska orgię. Ksiądz traci przytomność. Ci od nahajek nie śmią przerywać: wszak rozkaz był wyraźny: sto batów, a ochrypły głos Andriuszki naliczył dopiero czterdzieści i osiem. Patrzą z żalem na kolegów: może który by ich zmienił - ale nikt sie nie kwapi w taki upał, a po za tym mają inne zajęcie - przednią zabawę: dobrali się do bagaży księżowskich. Z wyciem i przekleństwami - rozrzucają ubogie chłopskie dary, ciskają i drą książki, Wania dopadł skrzynki z szatami - ubiera swego konia w ornat, Misza swojemu wiąże na ogonie stułę...
W końcu i ich upał zmęczył. Andriuszka doliczył się stu plag. Oficyjerowie przypomnieli sobie o cieniu oberży, o chłodzie piwnicznego piwa... Powoli, patrząc z lękiem za odjeżdżającym oddziałem wracali wierni chłopi. Baby bezgłośnie szlochały bojąc się swym lamentem nie wrócić Moskali. Ksiądz bez ducha, cały w krwi leżał na środku zadeptanego gościńca, puszka świętych olejów pognieciona żołdackim butem pełna piachu leżała u jego nieprzytomnej głowy, dookoła rozrzucone pisma, święte księgi, resztki dobytku księdza.
- Dycha jeszcze!
- Chwała Najświntszej Panince!
- Zaniesim go do dwora. Bo jak w chałupie najdom to wieś spalom.
Jakieś ręce zebrały nieprzytomnego księdza Wawrzyńca z gościńca, poniosły na kapocie przez pola, miedzami do wsi, a dalej chłopską furmanką - do dworu.
Dwór. Właściwie dworek, nieledwie chałupa. Zapadły w ziemię. Ubogi. Otoczony sadem z jednej i klombem z podjazdem z drugiej strony. Zagubiony wśród piasków i lasków jak wiele, wiele podobnych na Mazowszu. Gdy Wawrzyniec otworzył oczy leżał na białej pościeli w alkierzu. Kobiety zmieniały krwawą wodę w miednicy. Delikatnie płótnami obmywały zakrwawione plecy. Jęknął. Poznały, że oprzytomniał. Zaczęły przemawiać cicho, by nie zmęczyć go niepotrzebnym zgiełkiem:
by się nie martwił, bo oto trafił do chrześcijańskiego domu. Że dobrzy chłopi go tu przywieźli. Że rany nie tak straszne. Że jutro dadzą znać do Pułtuskiego klasztoru przez umyślnego, by bracia podwodem po niego przyjechali. Że teraz spać musi i wypoczywać. Żeby się nie martwił, bo wszystkim się zajmą.
Tracił przytomność i wracał do bolesnej rzeczywistości. Zapadał tak kilka razy Bogu Najwyższemu dziękując za te ręce anielskie ulgę niosące, za tych dobrych ludzi, którymi Pan go otoczył w chwili próby...
I nagle krzyk, wrzask, łomot: jak zły sen, jak koszmar - Moskale wrócili!
Pobladła stara pani Jędrzejowa
- Anusia! Zosia! Helenka! do sadu! - panienki skoczyły oknem, załopotały biegnąc aż w łopuchy, tam, gdzie przygotowana kryjówka. Babka stała blada zasłaniając sobą łóżko z księdzem. Drzwi puściły z trzaskiem
- tu nasz ptaszek, tu nasze złotko!
Krzyknęła, chciała bronić - cios celny, cios kolby odrzucił ją pod ścianę. Krew. Skąd ta krew? A... to moja krew - pomyślała...
Tymczasem żołdacy rzucili się na księdza, wywlekli z komnatki, ciągnąc za nogi, obijając skrwawioną głowę o schodki ganku.
Ile jednak można, choćby w dogasającym upale machać nahajką? Ręce mdlały, a buty i kolby od zadawanych ciosów niepotrzebnie brudziły się posoką Polaczka! Czarnowąsy, przystojny oficer dbał o swoich ludzi - postanowił urozmaicić im rozrywkę: zaczęli kłóć księdza bagnetami - po rękach, nogach, tak, by krwawił, ale żył. Jeden wszakże cios litosny - i przestałby cierpieć - ale to byłoby zbyt łatwe, a może po prostu zbyt nudne dla oprawców. Modlił się. Powtarzał: nie wiedzą co czynią i odpuść nam jako my naszym winowajcom, winowajcom odpuść, miłosierny Panie, przez Krew Twoją, przez Mękę... a potem już tylko - Chryste Jezu Jezu...
W końcu gotowi porzucić skrwawiony strzęp ludzki już mieli dosiąść koni, gdy podniósł głowę szepcząc łacińska formułę odpuszczenia grzechów... to wystarczyło by wściekłość wróciła - rzuciwszy się z furią roztrzaskali głowę, roznieśli kopytami męczeńskie ciało...
Kim był ksiądz Wawrzyniec Kruszewski? Któż to dzisiaj wie? może został reformatą, bo życie zakonne gwarantowało jako takie utrzymanie i dach nad głową i obowiązki kapłana-franciszkanina spełniał rutynowo, niezbyt dokładnie – ot, tak, by się niebo nie zawaliło i skandalu jakiego nie było? A może pobożnością swą starał się ze wszystkich sił naśladować św. Franciszka - umartwiając się często w ciszy swej celi, służąc innym z całej mocy i miłości?... Trudno to dziś ustalić. Jedno jest tylko pewne: zginął śmiercią straszliwą tylko dlatego, że był katolickim księdzem, że był Polakiem.
- - - - - - - - -
Napisane na podstawie notatki w prasie Powstańczej z 1863 r.
- - - - - - - - -
NADTO ZAPRASZAM:
A) na koncert "IDŹMY! ŚPIEWY POWSTAŃCZE 1863" w kościele parafialnym Niepokalanego Poczęcia w Górze Kalwarii, w niedzielę 27 stycznia o godz. 16.00 - i na wszelakie inne koncerty;
B) do dzielenia sie okruchami wspomnień 1863 etc. na stronie WWW.OKRUCHY1863.PL
C) do płyty własnej "Idźmy! śpiewy powstańcze 1863", która po raz pierwszy pokaże się podczas w/w koncertu w dniu 19 stycznia [klip z płyty- tu].
z ukłonami, jk





Komentarze
Pokaż komentarze