|ksiądz Chotkowski… |
…czyli później ksiądz, a na razie jeszcze „gimnazyasta” szkoły trzemeszeńskiej, wyprowadził sześćdziesięciu kolegów na śmierć. Już jutro - minus sto pięćdziesiąt lat. Po pięćdziesięciu latach żałował, ale i tak pisał - że szli za Ojczyznę się bić. Bez sensu - ale jednak. Dziś preliminaria tej wyprawy… Poszli w sobotę (rocznica w czwartek), a ostatnie przygotowania były w piątek (czyli w dzisiejszą środę minus 150 lat). To był zabór pruski, Wielkopolska - ale granica Królestwa zaledwie o krok. Słowa Chotkowskiego:
| zostaję
komisarzem cywilnym |
Wiadomość o wybuchu powstania wywarła na mnie deprymujące wrażenie, chociaż od dawna go się spodziewałem. Wiedzieliśmy jednak tyle, że do powstania nic nie jest przygotowane, a walkę podjęto z wielkim i potężnym wrogiem. O tem żeby porzucić książki i szkołę, którą miałem właśnie tego roku kończyć, w pierwszej chwili nie myślałem.
Zaledwie jednak minął tydzień niepewności, przyszedł rozkaz od komitetu rządu narodowego z Gniezna. Nakazano, żeby stu gimnazyastów było gotowych do wymarszu, skoro rozkaz przyjdzie. — Szałek mianowany został komisarzem wojennym, a ja komisarzem cywilnym. Ten wysoki urząd polegał na tem, że otrzymałem kilkanaście talarów i. kilkanaście par rękawic ciepłych. Kto otrzymał parę rękawic, był tem samem przyjęty do wojska narodowego. Jednemu kupiłem burkę, jednemu buty, zakupiłem kilkanaście kos od żyda: — i fundusze narodowe były w kasie komisarza cywilnego wyczerpane.
| ochotnik z kijem |
Pamiętam dobrze, jak pewnego dnia zgłosił się do mnie czeladnik stolarski z ogromnym kijem w ręku. — Na co koledze ten kij? — pytam ochotnika. — Jak go tem zgolę między ślepie, to się przewróci! — odpowiedział zuchowato. — Musiałem mu tłumaczyć, że na wojnie kij nie przyda się na nic, i że będzie strzelał do Moskali z karabinu, który później dostanie. A tymczasem dałem mu do ręki pudełko kapiszonów, na znak przyjęcia.
| pójdzie sześćdziesieciu |
Wszelkie rozkazy komitetu spełnialiśmy dokładnie, tylko na jednym punkcie stanęliśmy obaj ze Szałkiem twardo tj. oświadczyliśmy stanowczo, że gimnazyastów nie weźmiemy, ani jednego więcej, nad sześćdziesiąt. Robiliśmy bowiem przegląd ścisły i dokładny. — Malcy z niższych klas, byliby wszyscy pobiegli, aleśmy przecie z „Partyzantki” Stolzmana wiedzieli, jakiego zdrowia i sił taka wojna wymaga. Na starszych nie wywieraliśmy żadnej presyi, liczyliśmy tylko na tego, kto sam się oświadczył z ochotą. Naliczyliśmy więc 60 takich, których można było uważać za zdatnych. — Komitet musiał ustąpić, chociaż nawet niektórzy profesorowie wyrażali zdziwienie, że tylko tak mało nas pójdzie.
| idzie broń do komina |
Z wolna zaczęła napływać broń rozmaitego gatunku, a niektórzy z chłopców sami się o nią postarali. — Mieszkałem wówczas z Bolechem w budynku starego gimnazyum. Był tam, przy dawnej auli gimnazyalnej, olbrzymi komin, do którego prowadziły ukryte drzwi żelazne. Można było przez nie przejść dosyć wygodnie. Ten komin miałem zapełniony bronią i rozmaitą amunicya.
| Prusacy ściągają buty |
Tymczasem dowiedziano się w Poznaniu o tem, co się święci i przysłano do Trzemeszna dwie kompanie piechoty. Komenderujący major miał polecenie, przeszkodzić na wszelki sposób, żeby gimnazyaści nie wyszli do powstania. Przypuszczano prawdopodobnie, że utworzy się zbrojny oddział i pomaszeruje z paradą. Stosownie do tego też p. major działał z wszelką ostrożnością. Wiedzieliśmy, że z zachodem słońca krążą po drogach za miastem patrole, i każdego przechodnia zatrzymują. Doświadczyliśmy tego na sobie, obaj ze Szałkiem, bo nas rewidowano dokładnie. Mnie nawet buty ściągnęli z nogi. — Trzeba się więc było do tego zastosować.
| 26 lutego czwartek
- 27 lutego piątek |
Niecierpliwie oczekiwaliśmy. Dzień został wreszcie oznaczony na sobotę 28 lutego. Dopiero w czwartek [26 lutego] powiadomieni zostali wszyscy popisowi pod zaklęciem, żeby żaden tajemnicy nie zdradził. W piątek [27 lutego] miał każdy, za dnia, wynieść do wskazanej pod miastem stodoły, broń i wszelkie przybory. W piątek też zajechał, na oznaczoną godzinę, wóz na podwórze starego gimtiazyum i stanął pod mojemi oknami. Mieszkałem na piętrze, ale dom był stary, więc piętro było tak niskie, jak wysoki parter. Wynosiłem przeto wszystkie zapasy ze wspomnianego komina i podawałem oknem, a woźnica układał w słomie na wozie i słomą wszystko nakrył. Potem otworzyłem bramę i zamknąłem za nim.
| CIĄG DALSZY NASTĄPI |
[CYTOWAŁEM ZA:
ks. Władysław Chotkowski,
„Wyprawa trzemeszeńska roku 1863”, Poznań 1913
[odbitka z „Dziennika Poznańskiego”]
- - - -
NADTO ZAPRASZAM
DO WPISÓW
NA www.okruchy1863.pl
i do własnej płyty:
Idźmy!
śpiewy powstańcze 1863:
z ukłonami, jk





Komentarze
Pokaż komentarze