[cd. poprzedniego wpisu powstańczego
i przedpoprzedniego]
|wzruszenie, wzruszenie|
Moment był niezwykły, bardzo wzruszający – z zaskoczenia. Wczoraj, podczas uroczystości w liceum w Trzemesznie, wobec uczniów i gromady gości oficjalnych, fetujących 150-lecie wyruszenia „gimnazyastów” do powstania – wystąpił z tłumu pan Mariusz Muzioł z Bydgoszczy, który o tej całej fecie dowiedział się przypadkiem z internetu, kilka dni temu. A jechał właśnie na grób trzemeszeńskich chłopców, żeby postawić znicz ku pamięci swojego pra-wuja. Miał ze sobą list napisany (a raczej podyktowany) przez tego chłopca dokładnie 150 lat temu. Usiłował go odczytać publicznie; zaczął, ale w połowie głos mu się załamał. Podszedł więc doń nauczyciel historii i doczytał do końca.
List przechowuje rodzina. Za zgodą Pana Mariusza Muzioła, któremu bardzo tu dziękuję – pozwalam go sobie opublikować – jak się zdaje, po raz pierwszy w historii.
|nieznany list|
Trzemeszno d. 28.2.63
Kochani Rodzice!
Miłość ojczyzny przemogła w mem sercu miłość rodziców i dla tego, pomimo wszelkich Twych przestróg, Najdroższy Ojcze, udaję się w podróż do braci naszych w Królestwie, abym i ja dołożył się mą prawicą i dopomógł im ku wyswobodzeniu się z pod jarzma moskiewskiego. Przepraszam Cię stokroć drogi Ojcze, żem to bez Twego pozwolenia uczynił i zaklinam Cię i proszę na Boga, daruj mi to, i udziel mi Twoje ojcowskie błogosławieństwo. Przyznaję ja to wprawdzie że wiele Wam tym mojem postępkiem uczynię zmartwienia, zwłaszcza że tak wiele mozołów i kłopotów ponieść musieliście, nim żeście mnie tak daleko przyprowadzili, ale im większa ofiara z mej strony, tem większa będzie zasługa przed Bogiem i Ojczyzną. Ponieważ zaś z całego Gimnazjum kto tylko miał tyle sił, ruszył do Polski, dla tego ja wyrodnym byłbym synem i wstydzić bym się musiał przed całym światem, gdybym tego nie uczynił. Nie miejcie o mnie strachu, szczególnie Ty najdroższa Matko, bo Bóg o mnie pieczę mieć będzie, albowiem gdym miał odchodzić, usprawiedliwiłem się przed Bogiem przez spowiedź świętą i krzyżami się obłożyłem. Żegnam Ciebie, drogi Ojcze i proszę jeszcze raz jak najusilniej abyś mi ojcowskie błogosławieństwo udzielić raczył. Żegnam Ciebie najdroższa Matko abym mógł wroga bić, a mnie kule omijały. Żegnam wreszcie całą rodzinę braci i siostry. Przepraszam Cię drogi Ojcze żem swą ręką tego nie pisał bo mi ręka drżała i spieszyłem się bardzo a więc tylko dyktowałem.
Roman Kencer
Przyjedź drogi Ojcze do Trzemeszna i zabierz wszystkie rzeczy i książki dla brata, a gospodyni zapłać.
- - - -
Ten chłopiec miał zginąć w niecałe dwa dni po napisaniu tego listu. I nie wiadomo nawet, czy spoczął w dobrosołowskiej mogile – czy gdzie indziej.
|z Ruchocina ku
Mieczownicy:
żydowska wódka|
Tenże Roman Kencer [vel Kentzer] szedł 150 lat temu z Trzemeszna przez Ruchocin ku granicy Królestwa drogą, opisaną przez przyszłego księdza Chotkowskiego, wówczas uczestnika wyprawy:
Z Ruchocina szliśmy na całą noc, aż nad ranem zatrzymaliśmy się — już w Królestwie. O śniadaniu nie było mowy, torba była pusta, a w manierce został tylko zapach kminkówki. Puściłem się na wieś, żeby co kupić, i zaszedłem do gościńca. — Żyd miał tylko wódkę, lecz do jedzenia, ani w ząb. Kazałem sobie nalać pełną manierkę i wróciłem z rzadką miną. Podałem Bolechowi manierkę. Łyknął, splunął i skrzywił się. Częstowałem też innych koleżków, ale jakoś im gorzałka nie smakowała i moja manierka nie znalazła wcale amatorów.
Na mapie sztabowej zaznaczono kilka karczem. Stoją w polu; we wsi jest jedna – ta w Mieczownicy. Więc to ta od żydowskiej wódki?
|chleb we dworze|
Mieliśmy przed sobą kilka mil drogi do obozu Kazimierza Milęckiego [właściwie: Mielęckiego], który stał pod Bieniszewem, w Kaźmirskich lasach. Prowadził nas Garczyński, który podobno walczył w węgierskiej wojnie i miał bardzo marsową minę. Z konia dobrze się przedstawiał, w kożuszanej burce. Towarzyszyło mu jeszcze dwóch panów, z których jeden miał ryngraf z „Częstochowską” pod brodą. […] Obie kompanie liczyły mniej więcej po stu ludzi. Konnicy było tylko kilku, cały więc nasz oddział nie wynosił nawet trzystu ludzi. Marsz rozpoczęliśmy po niedługim wypoczynku, a zatrzymaliśmy się raz tylko w jakimś dworze, gdzie nas poczęstowano wódką — taką samą jaką miałem w manierce — i kawałkiem czarnego chleba. Musiał ten dziedzic być uprzedzony o naszem przybyciu, bo chleb był świeżo upieczony i starczyło go dla wszystkich po dużym kawałku. Postój nie trwał długo, tak, że nasz dowódca nawet nie zsiadł z konia i ruszyliśmy dalej.
|u Mielęckiego:
przemowa homerycka|
Już zmrok zapadał, a więc było koło piątej godziny, kiedyśmy doszli do Kaźmirskich lasów i odtąd maszerowaliśmy już w zupełnej ciemności. Droga wlokła się bez końca, a chłopcy wygłodzone i zdrożone szli coraz wolniej. Czułem, że siły mnie opadają i tylko poczciwy Bolech podtrzymywał we mnie energię i raz po raz łyknęliśmy żydowskiej gorzałki.
Nagle błysnęły ognie w lesie — i rozległ się śpiew ochoczy, który powtarzały sosny stugębnem echem. Zaczęliśmy także śpiewać: „Węgier Polak dwaj bratanki" — i od razu zapomnieliśmy o zmęczeniu. Nowe życie wstąpiło w młode serca, o trudach i zmęczeniach każdy zapomniał, radosne uczucie przejmowało dusze.
Naraz rozległa się komenda: stać! — i przed nami ukazał się na koniu sam Kazimierz Mi[e]lęcki. […] Mi[e]lęcki przemówił do nas z konia, w te słowa: — Witam was młodzi! Przychodzicie pod dobrą gwiazdą, bo właśnie przed godziną obiłem okropnie d[upę] Moskalom! Da Bóg, jutro im, z waszą pomocą, jeszcze poprawię!
Te słowa wywarły na nas niesłychane wrażenie. Mianowicie to homeryczne wyrażenie o obiciu smutnej strony, wywołało zapał i uniesienie. Krzyczeliśmy też hura! — ile gardła starczyło. […]
Gdzie dano chleb? Dwory na drodze przemarszu były w Tokarkach i w Cząstkowie…
|…i homerycka uczta|
Rozpalono ogniska i pokładliśmy się do koła, bo ledwośmy się trzymali na nogach. Ale po niedługim czasie wezwano nas do kotłów z jedzeniem.
Każdy z moich kolegów pamiętał instrukcyę, że najpierwszą, najważniejszą bronią dobrego żołnierza jest łyżka w cholewie. Więc też każdy dobył tej broni i z niekłamanym apetytem zabraliśmy się do krupniku, który podawano w okrawkach (szaflikach).
Do śmierci nie zapomnę tego, jakie czarujące wrażenie zrobiła na mnie pierwsza łyżka tego krupniku. A ponieważ Homer mi zaprzątał głowę, więc przyszło mi na myśl, że jeśli bogi greckie jadały co na Olympie, to chyba taki krupnik! — Jadałem później z hrabiowskich i książęcych stołów, alem już tego wykwintnego smaku nigdy się nie dojadł. […] — Mniej już rozczulił mnie — kawał wieprzowiny, który mi do garści dano, bo bardzo zgrzytał piasek, dla tego, że kucharz wieprza za ziemi krajał. Ale na wojnie, jak na wojnie — mówi francuskie przysłowie, a kto delikatny, niech siedzi za piecem w domu. Nie przeczuwałem też, że ten krupnik i kawał mięsa miały mi starczyć za pożywienie na cały dzień następny.
Pokładliśmy się dokoła ognisk i niebawem wziął nas w objęcia Morfeusz, brat śmierci, która czyhała na nas nazajutrz.
|CIĄG DALSZY NASTĄPI|
[CYTOWAŁEM ZA: za: Ks. Władysław Chotkowski, „Wyprawa trzemeszeńska roku 1863”, Poznań 1913[odbitka z „Dziennika Poznańskiego”]
- - - -
NADTO ZAPRASZAM
...na warszawskie koncerty i dyskusję o powstaniu organizowaną przez Szcurabiurowego (jutro)...
ORAZ
DO WPISÓW
NA www.okruchy1863.pl
i do własnej płyty:
Idźmy!
śpiewy powstańcze 1863:
z ukłonami, jk





Komentarze
Pokaż komentarze