Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski
54
BLOG

Jeszcze raz o zakazie patostreamów

Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski Polityka Obserwuj notkę 0

... i niektórych innych ograniczeniach wolności słowa (zakazy „mowy nienawiści, propagowania totalitaryzmów, pornografii, etc.)

Tekst dostępny także pod adresem https://bartlomiejkozlowski.pl/pato2.htm, dalej link do wersji PDF


Sejm uchwalił ustawę o zmianie kodeksu karnego, wprowadzającą do tego kodeksu art. 255b. Przepis ten – przedstawiany jako „bat na patostreamerów” (i czekający w tej chwili tylko na podpis Prezydenta) (1) ma stanowić, że:


„§ 1. Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, za pośrednictwem sieci teleinformatycznej publicznie rozpowszechnia treści przedstawiające: 1) popełnienie czynu zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności, jeżeli przedmiotem zamachu jest dobro osobiste; 2) przemoc wobec zwierzęcia z naruszeniem przepisów ustawy; 3) poniżające traktowanie innej osoby, nawet za jej zgodą, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.


§ 2. Tej samej karze podlega, kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, za pośrednictwem sieci teleinformatycznej publicznie rozpowszechnia treści mogące wywołać przekonanie, że przedstawiają zachowania określone w § 1.


§ 3. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 lub 2 wobec treści z udziałem małoletniego, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.


§ 4. Nie stanowi przestępstwa określonego w § 1–3 czyn podjęty w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego.”.


W tym akurat tekście (który zacząłem pisać jako komentarz, który miał być umieszczony na prowadzonym przez prof. Mikołaja Małeckiego z UJ blogu „Dogmaty Karnisty”) postanowiłem rozważyć problem tego, jakie szkody mogą wynikać z tworzenia i rozpowszechniania patostreamów – i czy fakt, że patostreamy mogą prowadzić do wyrządzania takich szkód jest powodem uzasadniającym wprowadzenie do kodeksu karnego takiego przepisu, jak wspomniany tu już art. 255b.


Szkody, do wyrządzania których mogą się przyczyniać „patostreamy” są, w moim odczuciu, dwojakie. Pierwszym rodzajem tych szkód są szkody wyrządzane bezpośrednim ofiarom czynów, ukazywanych w patostramach. Jeżeli ktoś jest np. bity, kopany, opluwany czy poniżany w jakiś jeszcze inny sposób przed kamerą, to rozpowszechnienie w internecie filmu pokazującego traktowanie go w taki sposób może przedłużać i powiększać traumę wynikającą z bycia ofiarą przedstawionego przestępstwa – ten efekt może być, jak sądzę, szczególnie silny wówczas, gdy ofiara czynu przedstawionego w patostreamie okazała jakąś słabość – np. błagała swych oprawców o litość – należąc przy tym ogólnie do środowiska w którym panuje kult siły, sprawczości i męskości. Te szkody, które mogą – należy to słowo podkreślić; trzeba je odróżnić od słowa „muszą” - wynikać z rozpowszechniania patostreamów są niewątpliwe. Zachodzi jednak pytanie, czy art. 255b k.k. jest środkiem niezbędnym do tego, by zapobiegać takim szkodom. To akurat nie jest dla mnie oczywiste. Dlaczego? Otóż po pierwsze dlatego, że film przedstawiający takie, jak wspomniane powyżej czyny jest po prostu dowodem popełnienia przestępstwa. To prawda, że patostreamera chwalącego się swymi wyczynami via internet niełatwo jest wykryć, złapać i ukarać. Lecz mimo wszystko łatwiej jest wykryć i złapać kogoś takiego, niż kogoś, kto popełnia przestępstwo w czterech ścianach swego domu, tak, że jest ono niewidoczne dla osób innych niż on sam i jego ofiara. Oczywiste jest też, że fakt, iż przestępstwo zostało popełnione w celu pokazania go w „patostreamie” może zostać uznane przez sąd za okoliczność obciążającą przy ustalaniu wymiaru kary za to przestępstwo. Z kolei osoby współuczestniczące w tworzeniu patostreama mogą zostać pociągnięte do odpowiedzialności za np. podżeganie, pomocnictwo psychiczne (wyobraźmy tu sobie kogoś, kto nagrywa popełnienie przez kogoś innego przestępstwa, wiedząc o tym, że nagrywaną osobę pobudza do przestępczego działania świadomość tego, że inni będą mogli oglądać via internet jej wyczyny), czy nawet sprawstwo kierownicze przedstawionego w nim przestępstwa.


Nieprawdopodobne jest przy tym to, by możliwość bezkarnego per se umieszczenia w internecie treści przedstawiających popełnienie przestępstw – takich, jakie ukazywane są w patostreamach, a więc zazwyczaj naruszenia nietykalności cielesnej, uszkodzenia ciała, znęcania się nad osobą najbliższą lub uzależnioną od sprawcy, znieważania, kierowania gróźb przemocy do ofiary czynu ukazanego w patostreamie mogła napędzać popełnienia takich czynów z racji istnienia jakiegoś rynku na filmy pokazujące takie czyny – tak, jak to jest, a przynajmniej było w przypadku pornografii dziecięcej – i bez uderzenia w który to rynek nie da się skutecznie zapobiegać takim przestępstwom. W przypadku pornografii przedstawiającej prawdziwe dzieci Sąd Najwyższy USA uznał w wydanym w 1982 r. wyroku w sprawie New York v. Ferber, że rozpowszechnianie takiej pornografii może być prawnie zakazane (nawet, jeśli nie ma ona charakteru „obscenicznego”) (2) z tego m.in. powodu, że osoby, które produkują pornografię dziecięcą i przy tej okazji dokonują czynów bezpośrednio krzywdzących dzieci bardzo trudno jest wykryć i doprowadzić do ich ukarania, gdyż produkcja takich treści mało znany, sekretny biznes – do którego bardzo ciężko jest dotrzeć. Skoro więc trudno jest bezpośrednio zwalczać produkcję pornografii dziecięcej (co nie znaczy jeszcze, że po prostu nie można, a tym bardziej, że nie należy tego robić), to trzeba zwalczać także rozpowszechnianie rezultatów takiej produkcji, tj. filmów i zdjęć ukazujących seksualne wykorzystywanie dzieci. Rozumowanie w tej kwestii było takie, że jeśli rozpowszechnianie pornografii dziecięcej zostanie zagrożone takimi karami, że mało kto będzie miał ochotę się w to „bawić”, to producenci pornografii dziecięcej stracą motywację do prowadzenia swej krzywdzącej dzieci działalności z powodu zaistnienia u nich świadomości, że swych wytworów nie będą mogli sprzedać i na nich zarobić (ta logika rozumowania została później rozciągnięta również na posiadanie dziecięcej pornografii – zakaz tego drugiego Sąd Najwyższy USA uznał za zgodny z I Poprawką w sprawie Osborne v. Ohio w 1990 r.). Jednak pomiędzy pornografią dziecięcą, a treściami ukazywanymi zazwyczaj w patostreamach są zasadnicze różnice. Jakie? Otóż, przede wszystkim, treści obecne w pornografii dziecięcej są czymś rzadkim. Po prostu – seksu z dziećmi nie da się zobaczyć w normalnych filmach, czy materiałach publicystyczno – informacyjnych (oczywiście, obecnie takie rzeczy można zobaczyć w tym, co określa się mianem tzw. wirtualnej pornografii dziecięcej – której produkcja nie krzywdzi dzieci). (3) Jednak to samo – czy mniej więcej to samo – co można zobaczyć w patostreamach można zobaczyć też w kryminałach, horrorach, filmach akcji, itd. – i to najczęściej w dużo lepszym, bez porównania bardziej efektownym wydaniu. Jest więc bardzo wątpliwe, by istniał jakiś „podziemny” przemysł produkcji patostramów i rynek na takie produkty (taki, który pedofile mogą tworzyć w przypadku pornografii dziecięcej – i w przypadku którego to rynku prawdziwa pornografia dziecięca może być wypierana przez pornografię wirtualną, o ile tworzenie, rozpowszechnianie i posiadanie tej ostatniej nie jest zabronione; w Polsce akurat jest – zob. art. 202 § 4b k.k.) bez uderzenia w który to rynek w postaci wprowadzenia zakazu przynajmniej rozpowszechniania przeznaczonych na ten rynek produktów nie da się skutecznie zapobiec tworzeniu takich produktów i wyrządzaniu przy tej okazji krzywdy ofiarom czynów dokonywanych przy okazji wytwarzania takich produktów – w tym przypadku, nagrywania patostreamów.


Inną różnicą między pornograficznymi treściami z udziałem prawdziwych dzieci, a patostreamami jest to, że te pierwsze mogą u ofiar produkcji pornografii dziecięcej przedłużać traumę będącą wynikiem dokonania czynu przedstawionego np. w jakimś rozpowszechnionym i istniejącym filmie. Jak można przeczytać w przypisie do opinii sędziego White’a w sprawie New York v. Ferber „pornografia może prześladować (dziecko wykorzystane w jej produkcji) w przyszłości, długo po popełnieniu pierwotnego czynu. Dziecko, które pozowało do kamery, musi przejść przez życie ze świadomością, że nagranie krąży w systemie masowej dystrybucji pornografii dziecięcej. To strach przed ujawnieniem i napięcie związane z utrzymaniem tego czynu w tajemnicy zdają się mieć najgłębsze reperkusje emocjonalne”. Jednak ten (czy też analogiczny) argument w przypadku patostreamów trafia w próżnię przynajmniej wówczas, gdy popełnienie przestępstwa było jedynie transmitowane na żywo, ale nie uwiecznione w postaci umieszczonego w Internecie filmu, który można odtworzyć później. Warto też zauważyć, że rozpowszechnianie patostreamów zawierających treści natury seksualnej może być tępione na podstawie już istniejących przepisów kodeksu karnego – takich, jak art. 202 § 3, zgodnie z którym „Kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, przechowuje lub posiada albo rozpowszechnia lub prezentuje treści pornograficzne z udziałem małoletniego albo treści pornograficzne związane z prezentowaniem przemocy lub posługiwaniem się zwierzęciem, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 15”. Zastosowanie wobec patostreamów ukazujących nagie osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnych bez zgody takich osób może mieć też (niezależnie od tego, czy takie wizerunki da się, czy też nie da się ich uznać za pornografię) art. 191a § 1 k.k., według którego „Kto utrwala wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej, używając w tym celu wobec niej przemocy, groźby bezprawnej lub podstępu, albo wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej bez jej zgody rozpowszechnia, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5” (zgodnie § 2 jest to przestępstwo ścigane na wniosek pokrzywdzonego). Samo oglądanie patostreamu przedstawiającego treści pornograficzne z udziałem osoby niepełnoletniej podpada pod art. 202 § 4a k.k., który przewiduje karę więzienia od 3 miesięcy do 5 lat dla kogoś, kto „przechowuje, posiada lub uzyskuje dostęp do treści pornograficznych z udziałem małoletniego”. Tak więc jakkolwiek tworzenie patostreamów może się wiązać z wyrządzaniem krzywdy osobom będącym ofiarami przedstawionych w patostreamach przestępstw – a rozpowszechnianie patostreamów może powiększać krzywdy będące rezultatem czynów dokonanych przy okazji ich produkcji – to nie wydaje się, by zakaz rozpowszechniania w internecie treści przedstawiających takie czyny, jak np. pobicia, czy znęcanie się nad kimś mógł być skutecznym, a tym bardziej niezbędnym środkiem zapobiegania takim czynom. Czynom, o których tu jest mowa należy (pośrednio – tak jest zawsze w przypadku prawa karnego, które z natury rzeczy reaguje po tym, jak ktoś dokona jakiegoś czynu; nie da się przecież postawić przy każdym policjanta pilnującego, by ten ktoś przypadkiem czegoś złego nie zrobił) zapobiegać ścigając osoby popełniające przestępstwa ukazane w patostreamach (i współdziałające z takimi osobami jako podżegacze, pomocnicy – może tu wchodzić w grę również tzw. pomocnictwo psychiczne – czy sprawcy kierowniczy takich przestępstw) – jak już wspomniałem, łatwiej jest wykryć kogoś, kto dokonanym przez siebie przestępstwem chwali się publicznie w internecie, niż kogoś, kto czegoś takiego nie robi. Jeśli obecność w internecie filmów pokazujących, jak ktoś się nad kimś znęca może wyrządzać psychiczne szkody ofiarom czynów ukazanych w takich filmach, to bardziej odpowiednią, niż art. 255b k.k. metodą przeciwdziałania takim szkodom mogłaby być możliwość wydawania przez sądy nakazów usunięcia pewnych treści z internetu – problem z tym też nie byłby łatwy ze względu choćby na trudność w oddzieleniu od siebie tych treści, których usuwanie z internetu byłoby zasadne, od takich, których usuwanie w wyniku prawnego przymusu uzasadnione by nie było. Lecz mimo wszystko, w obecnym stanie prawnym mógłby mieć tutaj zastosowanie art. 24. § 1 kodeksu cywilnego, zgodnie z którym „Ten, czyje dobro osobiste zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania, chyba że nie jest ono bezprawne. W razie dokonanego naruszenia może on także żądać, ażeby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków (pomijam resztę tego przepisu, gdyż jej przytaczanie nie jest tu niezbędne) – a także art. 730 § 1 kodeksu postępowania cywilnego, zgodnie z którym „W każdej sprawie cywilnej podlegającej rozpoznaniu przez sąd lub sąd polubowny można żądać udzielenia zabezpieczenia” i art. 730 § 2 zdanie pierwsze, w myśl którego „Sąd może udzielić zabezpieczenia przed wszczęciem postępowania lub w jego toku”. Na podstawie tych poniekąd często nadużywanych przepisów (sądy w oparciu o te przepisy niekiedy zakazują np. jakiejś gazecie pisania czegokolwiek o osobie, która złożyła pozew o „ochronę dóbr osobistych”) (4) sąd cywilny, działając na wniosek osoby, która została pokrzywdzona w wyniku przestępstwa ukazanego w patostreamie i która czuje się pokrzywdzona również wskutek obecności w internecie filmu pokazującego to przestępstwo mógłby nakazać osobie, która umieściła patostream w internecie usunięcie go, nawet przed rozpoczęciem właściwego procesu.


Drugim rodzajem szkód, do których mogą się przyczyniać patostreamy są szkody mogące być wynikiem wpływu tego rodzaju treści na oglądające je osoby. Szkody takie – w postaci np. popełnienia takich czy innych przestępstw w jakimś następstwie naoglądania się patostreamów – może oczywiście wyrządzić tylko co najwyżej jakaś niewielka część ludzi zapoznających się z takimi treściami. Treści ukazywane w patostremach nie należą do takich, które z dużym prawdopodobieństwem mogą wywołać natychmiastową przemoc – a więc takich, jak podburzanie już agresywnie nastawionego tłumu do fizycznego zaatakowania kogoś będącego obiektem wściekłości tego tłumu, czy bezpośrednio wzbudzające panikę – i wzajemne tratowanie się uciekających w popłochu ludzi wzniesienie kłamliwego okrzyku „pożar” w pełnym ludzi kinie czy teatrze. (5) We współczesnym prawie amerykańskim ten rodzaj szkód, do którego mogą się ewentualnie przyczyniać patostreamy nie mógłby być powodem do ich zakazania: jak w sprawie dotyczącej zgodności z I Poprawką do Konstytucji USA zakazu tzw. wirtualnej pornografii dziecięcej orzekł tamtejszy Sąd Najwyższy „sama skłonność wypowiedzi do zachęcania do bezprawnych czynów nie jest wystarczającym powodem do ich zakazania” i rząd w związku z tym nie może zabronić wypowiedzi z tego powodu, że zwiększa ona szansę, iż jakiś bezprawny czyn zostanie dokonany w jakimś nieokreślonym przyszłym czasie”. (6) I Poprawka do Konstytucji, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego USA w sprawie Brandenburg v. Ohio z 1969 r. wyklucza karanie za nawet bezpośrednie nawoływanie do popełnienia przestępstwa, z wyjątkiem tych sytuacji, w których nawoływanie takie ma na celu spowodowanie praktycznie natychmiastowego dokonania kryminalnego czynu i istnieje znaczące prawdopodobieństwo skuteczności takiego nawoływania.


Lecz w Europie zakazywanie takich czy innych wypowiedzi z tego powodu obawy przed tym, że wypowiedzi takie mogą mieć zły wpływ na niektórych swoich odbiorców nie jest niczym niezwykłym (podobnie, jak kiedyś nie było to jakąś niezwykłą rzeczą także w USA). (7) Jeśli zakaz rozpowszechniania patostreamów miałby być podyktowany obawą przed tym, że patostreamy mogą mieć niebezpieczny wpływ na niektóre oglądające je osoby, to filozofia (jeśli oczywiście godzi się tu używać tego wzniośle brzmiącego słowa) stojąca za zakazem szerzenia patostreamów nie różni się co do swojej istoty od filozofii stojącej za takimi np. zapisanymi w kodeksie karnym zakazami, jak zakaz publicznego propagowania nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość (art. 256 § 1 k.k.), zakaz publicznego propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania do życie polityczne lub społeczne (art. 256 § 1a k.k.), zakaz publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości (art. 257 k.k.), zakaz publicznego nawoływania do popełnienia przestępstwa i pochwalania popełnienia przestępstwa (który ma zastosowanie nawet w przypadku, jeśli prawdopodobieństwo skuteczności nawoływania było znikome lub wręcz żadne – takich wypowiedzi zabraniają art. 255 – typ podstawowy – oraz 117 § 3 i 126a k.k.), zakaz rozpowszechniania lub publicznego prezentowania treści mogących ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym w zamiarze, aby przestępstwo takie zostało popełnione (art. 255a § 1 k.k.) – w przypadku którego przesłanką karalności jest potencjalnie niebezpieczny charakter pewnych informacji (tak nawiasem mówiąc, popełnienie terrorystycznego przestępstwa mogą niekiedy ułatwić informacje na temat tego, gdzie znajduje się jakiś obiekt lub jak wygląda polityk, na którego terroryści mogliby chcieć dokonać zamachu; Anders Breivik przed swymi wyczynami w 2011 r. w Oslo i na wysepce Utøja stosował japońskie techniki medytacyjne w celu opanowania nerwów – wynika więc z tego, że informacje na temat takich technik też mogą być treściami mogącymi ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym) w połączeniu z określoną intencją stojącą za szerzeniem tych informacji, zakaz publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim (art. 200b k.k.), czy też zakazy dotyczące pornografii związanej z prezentowaniem choćby pozorowanej, odgrywanej przez aktorów – albo stworzonej przy użyciu komputera, lub choćby kredki i kartki – przemocy, czy tzw. wirtualnej pornografii dziecięcej (art. 202 § 3 i art. 202 § 4b k.k.). (8) Lecz jeśli „filozofią” leżącą u podstaw wspomnianych tu zakazów jest to, że wypowiedzi zakazane przez przytoczone przepisy kodeksu karnego są potencjalnie niebezpieczne i trzeba tych wypowiedzi zakazać po to, by zapobiec wyrządzeniu takich czy innych szkód (np. przestępstw, albo przekształceniu się Polski w państwo totalitarne) to trzeba powiedzieć, że jest to filozofia złudna i wiodąca na przysłowiowe manowce. Czy bowiem faktycznie jest tak, że wypowiedzi zakazane przez wspomniane tu (w dużej mierze nieprecyzyjne – nieprecyzyjny jest też więc zakres wypowiedzi, które można uznać za przestępstwo na podstawie przytoczonych przepisów) prowadzą do szkód, które się zwykło łączyć z takimi wypowiedziami (przy czym zazwyczaj nie chodzi tu o to, że konkretne wypowiedzi prowadzą do konkretnych przestępstw)? Jest to co najmniej wątpliwe. I tak np. jakkolwiek zakazy tego rodzaju, jak te określone w art. 256 (szczególnie w odniesieniu do „nawoływania do nienawiści”) czy w art. 257 k.k. często uzasadnia się przy użyciu argumentu, że „hate speech” może prowadzić do „hate crimes” (a więc np. aktów przemocy przeciwko ludziom z powodu ich przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, orientacji seksualnej etc.). Jednak, jak wynika choćby z tego, co podaje Google AI „mowa nienawiści”, którą w sposób w miarę uczciwy można byłoby podciągnąć pod przepisy w rodzaju art. 256 czy 257 polskiego k.k. w co najwyżej drobnym stopniu przyczynia się do przestępstw z nienawiści tego rodzaju, co pobicia, zniszczenie mienia, bądź zastraszanie osób o takiej czy innej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, religijnej, itd. Według AI ok. 60–65% sprawców „hate crimes” to „poszukiwacze wrażeń” (thrill-seekers). Ich motywacją nie jest głęboka nienawiść doktrynalna, lecz nuda, chęć zaimponowania rówieśnikom, poszukiwanie adrenaliny oraz poczucie władzy. Atakują oni swoje ofiary w sposób czysto sytuacyjny i impulsywny – ponieważ „nadarzyła się okazja”, a ofiara była bezbronna i „wyróżniała się z tłumu” (np. miała inny kolor skóry, nietypowy ubiór, ortodoksyjny strój religijny lub trzymała za rękę osobę tej samej płci). Sprawcy tacy rzadko czytają podpadające pod „hate speech laws” manifesty polityczne. Działają na poziomie prymitywnych stereotypów kulturowych, które są powszechne w społeczeństwie. Wybór grupy ofiary legitymizuje w ich własnych oczach przemoc (uważają, że atakują kogoś „gorszego” lub „obcego”, więc społeczeństwo przymknie na to oko). Dalsze 25% sprawców „hate crimes” to sprawcy „defensywni” (defensive offenders). Ta grupa odpowiada za pobicia, do których dochodzi w wyniku poczucia zagrożenia własnego terytorium lub statusu ekonomicznego. Jeśli chodzi o to, co wpływa na takie osoby i przyczynia się do popełnienia przez nich „przestępstw z nienawiści” to tutaj akurat kluczowy wpływ mają treści całkowicie legalne, ale specyficznie zinterpretowane lub zradykalizowane. Sprawcy ci karmią się legalnymi wiadomościami telewizyjnymi, publicystyką polityczną głównego nurtu oraz debatami internetowymi na temat „kryzysu migracyjnego”, „zagrożenia dla tradycyjnych wartości” czy „wzrostu przestępczości wśród mniejszości”. Te legalne, nierzadko podsycane populistycznie informacje wywołują u nich lęk i poczucie, że „muszą bronić swojej społeczności”. Wypowiedzi te nie łamią art. 256 (czy 257) k.k., ale dla zdestabilizowanego emocjonalnie sprawcy stanowią moralne przyzwolenie na fizyczny atak jako „obronę konieczną”. 8-10% sprawców „hate crimes” to sprawcy „odwetowi” (retaliatory). Są to osoby, które dopuszczają się fizycznego ataku w reakcji na inne, prawdziwe lub rzekome przestępstwo popełnione przez członka danej mniejszości. Klasycznym przykładem jest gwałtowny wzrost liczby pobić przypadkowych muzułmanów na ulicach bezpośrednio po zamachu terrorystycznym przeprowadzonym przez islamistów w Europie. Impulsem do działania jest w ich przypadku ślepy gniew i chęć odwetu na kimkolwiek, kto reprezentuje tę samą grupę. Podłożem są tu emocje wzmagane przez natychmiastowy przekaz medialny (legalne relacje z miejsc tragedii), wyzwalające odruch zbiorowej odpowiedzialności. Wreszcie, mniej niż 1% sprawców „przestępstw z nienawiści” stanowią tzw. misjonarze, traktujący przemoc jako swoją „misję życiową” polegającą na oczyszczeniu społeczeństwa z danej grupy. Sprawcy ci, będący najczęściej członkami podziemnych organizacji neonazistowskich, rasistowskich lub dżihadystycznych jak najbardziej czytają i piszą teksty podpadające pod (np.) art. 256 k.k. Tyle tylko, że jak pokazują analizy terroryzmu prawicowego (np. raporty prof. Tore Bjørgo), zakazy prawne nie powstrzymują ich przed tą lekturą – szukają jej w zakamarkach sieci Darknet lub szyfrowanych grupach na Telegramie, gdzie prawo państwowe nie sięga skutecznie. Jak zatem widać, jeśli jakieś wypowiedzi przyczyniają się – w jakiś na ogół pośredni sposób – do „przestępstw z nienawiści” to najczęściej nie są to wypowiedzi uznawane za przestępstwa tego rodzaju, co umyślne nawoływanie do nienawiści wobec jakiejś grupy osób czy znieważanie takiej grupy, lecz wypowiedzi, których raczej mało kto chciałby zabronić (choć takich w istocie rzeczy wypowiedzi chciało zakazać w 2011 r. Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” – według przedstawionego przez to stowarzyszenie projektu nowelizacji art. 256 § 1 k.k. przestępstwo – zagrożone w przypadku popełnienia go po raz pierwszy karą grzywny albo ograniczenia wolności, lecz w przypadku recydywy już nawet 3-letnim więzieniem miał popełniać ten, kto „publicznie rozpowszechnia informacje, które mogą doprowadzić do propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, albo szerzenia nienawiści lub pogardy na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, płeć, tożsamość płciową, wiek, niepełnosprawność bądź orientację seksualną”. O.Rz. wycofała się jednak z propagowania tego projektu i usunęła ze swych stron internetowych wszelkie wzmianki na temat tego, że lansowała ona taką zmianę w art. 256 k.k.). Nawiasem mówiąc, również w przypadku tej niewielkiej części sprawców „przestępstw z nienawiści”, którzy regularnie zapoznają się z nielegalną w świetle obowiązujących w krajach europejskich (a także w Kanadzie i zdecydowanej większości innych państw świata) „mową nienawiści” związek pomiędzy „hate speech”, a „hate crimes” jest niejasny: zachodzi bowiem pytanie, czy to takie wypowiedzi, o których można powiedzieć „tak, to jest nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych” (czy jeszcze innych), albo „tak, to jest znieważenie grupy ludności z powodu przynależności narodowej” (bądź jakiejś innej) przyczyniają się w przypadku takich osób do kształtowania przekonań i pobudzania emocji będących podłożem popełnienia przestępstw z nienawiści, czy może raczej jest tak, że odczuwana przez takie osoby nienawiść (czy też pogarda) wobec pewnych grup ludzi – a więc mniejszości narodowych, rasowych, religijnych czy osób LGBT – mogąca być wynikiem wpływu na te osoby legalnych, ale specyficznie przetworzonych przez te osoby przekazów (tego np. rodzaju, co informacje o atakach terrorystycznych dokonywanych islamskich fundamentalistów) może być w przypadku takich osób przyczyną zarówno (mniej szkodliwego) uprawiania „mowy nienawiści”, jak i (bardziej szkodliwego) popełniania przestępstw z nienawiści.


I nie jest też tak, by „hate crimes” – per capita, w każdym razie – było w zakazujących „hate speech” krajach europejskich – czy w Kanadzie – mniej, niż w USA, gdzie „mowa nienawiści” nie będąca bezpośrednio niebezpiecznym w konkretnym przypadku podżeganiem do przemocy nie stanowi przestępstwa. Raczej, jest na odwrót. Wygląda to w szczególnie uderzający sposób w przypadku przestępstw antysemickich – co jest rzeczą godną uwagi z tego względu, że w tych krajach, w których „mowa nienawiści” jest prawnie zakazana, tego rodzaju „mowa” skierowana przeciwko Żydom tępiona jest w sposób szczególnie zaciekły (można też z powodzeniem twierdzić, że obowiązujące w wielu krajach europejskich zakazy kwestionowania, bagatelizowania czy aprobowania Holocaustu, bądź propagowania nazizmu – także w postaci prezentowania nazistowskich gestów i symboli – również dotyczą wypowiedzi mających w istocie rzeczy charakter antysemicki, a w każdym razie odbieranych często w taki sposób). I tak np. w USA w 2024 r. odnotowano – według danych zebranych przez FBI łącznie 2137 antyżydowskich „przestępstw z nienawiści” – było wśród nich 178 fizycznych napaści na ludzi, 122 kradzieże lub rozboje, 1135 przypadków zniszczenia własności, 8 podpaleń, 672 przypadki gróźb i grożących zachowań, oraz 13 przestępstw „innych”. W Niemczech – gdzie „mowa nienawiści” jest surowo zakazana – policja w 2024 odnotowała łącznie 1159 antyżydowskich „hate crimes” – innych, niż przestępstwa „mowy nienawiści” czy też zniesławienia bądź zniewagi. Wśród przestępstw tych było 105 fizycznych napaści na Żydów, 2 zabójstwa, 48 kradzieży i/lub rozbojów, 843 przypadki zniszczenia własności, 2 przypadki podpaleń, 9 przypadków zbezczeszczenia żydowskich grobów, 19 przypadków zakłócenia spokoju i 131 przypadków gróźb oraz grożących zachowań (zob. https://hatecrime.osce.org/united-states-america?year=2024 i https://hatecrime.osce.org/germany). Wynika więc z tego, że w niezakazujących antysemickiej „mowy nienawiści” Stanach Zjednoczonych antysemickich przestępstw z nienawiści było w 2024 r. cokolwiek więcej, niż w zabraniających takiej „mowy” Niemczech… tyle tylko, że w Stanach Zjednoczonych w 2024 r. mieszkało ok. 340,1 mln ludzi, zaś w Niemczech niecałe 83,6 miliona, a Żydów w pierwszym z tych krajów było od 6,3 do 7,7 miliona, zaś w drugim ok. 125 tys. (150 tys. jeśli weźmie się pod uwagę osoby mające jednego rodzica pochodzenia żydowskiego). I teraz popatrzmy, jak wspomniane powyżej liczby antysemickich przestępstw z nienawiści wyglądają per capita. Jeśli chodzi o liczby takich przestępstw w stosunku do ogółu populacji USA i Niemiec, to w pierwszym z tych krajów na milion osób z ogółu ludności przypadało 0,52 fizyczne napaści o antysemickim podłożu, w drugim na milion ogółu ludności przestępstw takich było blisko 1,26. A więc 2,42 razy więcej. W przypadku takich antysemickich „hate crimes” jak kradzieże i rozboje w USA na milion osób przypadało 0,36 takiego przestępstwa, w Niemczech na milion ogółu ludności przestępstw takich było 0,57 – 1,58 razy więcej. Takich antysemickich przestępstw z nienawiści, jak zniszczenie własności na milion ogółu mieszkańców przypadało 3,34 – w Niemczech na milion mieszkańców przestępstw takich było w 2024 r. 10,08 – a więc 3,1 razy więcej, niż w USA. Antysemickimi przestępstwami z nienawiści, których w 2024 r. w stosunku do ogółu populacji było w USA cokolwiek więcej, niż, w Niemczech były groźby i grożące zachowania – w pierwszym z tych krajów na milion ogółu ludności przypadało 1,98 takich przestępstw, w drugim 1,57 takich przestępstw; zresztą w ogóle w Niemczech te ostatnie przestępstwa – jeśli wierzyć wspomnianym tu już statystykom – stanowią niewielką część „hate crimes” w porównaniu z takimi krajami, jak np. Austria, Francja, Kanada, czy Holandia. Wszystkich wspomnianych tu antysemickich „hate crimes” na milion mieszkańców USA przypadało w 2024 r. 6,28, zaś na milion mieszkańców Niemiec 13,86 – czyli ok. 2,21 razy więcej. Było tak pomimo tego, że Żydzi – a więc jakby nie było potencjalne ofiary antysemickich przestępstw tego rodzaju, co np. fizyczne napaści – stanowią w USA przynajmniej 12 razy większą część ludności (ok. 1,8% - 2,2%), niż w Niemczech (ok. 0,15%). I teraz warto przyjrzeć się temu, na ilu Żydów przypadało w USA takie czy inne antysemickie przestępstwo. Jeśli chodzi o fizyczne napaści na osoby, to przyjmując (dla dobra argumentacji) że Żydów było w 2024 r. w USA 6 300 000 (najniższa podana przez Google AI liczba) jedno takie przestępstwo przypadało tam wówczas na 35 393 Żydów. W Niemczech, zakładając znów dla dobra argumentacji, że Żydów jest tam ok. 150 000 (uwzględnijmy osoby mające tylko jednego żydowskiego rodzica) jedna fizyczna napaść o antysemickim podłożu przypadała na ok. 1429 osób należących do tej grupy narodowej – a więc 24,77 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jeśli chodzi o antysemicko motywowane przestępstwa przeciwko mieniu – a więc kradzieże, rozboje, włamania, przypadki zniszczenia własności i podpalenia – to w USA w 2024 r. jeden taki czyn przypadał na 4945 Żydów. W Niemczech jedno takie antysemickie przestępstwo przypadało na 168 Żydów – tj. 29,43 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jedna groźba przemocy, czy też zachowanie będące co do istoty taką groźbą przypadała w 2024 r. w USA na 9375 Żydów, zaś w Niemczech na 1145 Żydów – tj. 8,19 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jakiekolwiek wspomniane tu antysemickie przestępstwo z nienawiści przypadało w 2024 r. na 2948 Żydów mieszkających w USA i na 129 Żydów w Niemczech, tj. 22,85 razy mniejszą ich liczbę, niż w Stanach Zjednoczonych. Żyd mieszkający w zakazujących „mowy nienawiści” – a także negowania i bagatelizowania Holocaustu oraz propagowania nazizmu Niemczech ma więc wielokrotnie większe szanse na to, że stanie się ofiarą antysemickiego przestępstwa przestępstwa z nienawiści, niż Żyd mieszkający w USA. Czy tak jest tylko w Niemczech, które – dopuszczam przyjęcie takiego założenia dla dobra argumentacji – są krajem o szczególnie silnych antysemickich tradycjach, których jak dotąd zakazy „mowy nienawiści”, „kłamstwa oświęcimskiego” i propagowania nazizmu nie zdołały jeszcze skutecznie wykorzenić? Bynajmniej. Weźmy tu np. Holandię – liczący w 2024 r. ok. 18,2 miliona ludności kraj, wśród której to ludności było ok. 35 – 40 tys. Żydów – i który zdecydowanie tępi na drodze prawnej „mowę nienawiści”. Jak wynika ze strony https://hatecrime.osce.org/netherlands w 2024 r. w Holandii odnotowano łącznie 271 antysemickich „przestępstw z nienawiści”; były to 42 fizyczne ataki na osoby, 115 przypadków zniszczenia własności, 88 przypadków gróźb i grożących zachowań, oraz 26 przestępstw „innych”. Ile to daje takich przestępstw na milion mieszkańców? Jeśli chodzi o fizyczne napaści to 2,31, tj. 4,44 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Jeśli chodzi o przestępstwa przeciwko mieniu, to na milion mieszkańców Holandii w 2024 r. przypadało 6,32 takich przestępstw, tj. 1,69 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. W przypadku takich antysemickich przestępstw, jak groźby i grożące zachowania przestępstw takich na milion mieszkańców Holandii było w 2024 r. 4,84, tj. 2,44 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Było tak pomimo tego, że Żydzi stanowią w Holandii 0,1% do 0,16% całej populacji kraju, co oznacza, że ich udział w całości populacji jest prawdopodobnie ok.11,25 razy mniejszy, niż udział Żydów w populacji USA. A na ilu Żydów przypadało w 2024 r. jedno antysemickie przestępstwo i jak się to ma do tego, na ilu Żydów podobne przestępstwo przypadało w 2024 r. w USA? Otóż, zakładając, że Żydów w Holandii mieszka ok. 40 tys. jedna fizyczna napaść o antysemickim podłożu przypadała tam na 952 Żydów, a więc 37 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jedno antysemickie przestępstwo przeciwko własności przypadało w Holandii w 2024 r. na 348 Żydów – 14,21 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jedna antysemicko motywowana groźba przemocy lub zachowanie będące ekwiwalentem takiej groźby przypadała w Holandii na 455 Żydów – tj. 20,6 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Dalej, w również mocno tępiącej „mowę nienawiści” Francji w 2024 r. odnotowano 106 bezpośrednich fizycznych ataków na Żydów o antysemickim podłożu. Biorąc pod uwagę to, że liczba ludności Francji wynosiła w 2024 r. 68,6 mln mieszkańców, w tym – być może - 500 tys. Żydów, na milion mieszkańców przypadało tam 1,55 takich przestępstw – 2,97 razy więcej, niż w USA, zaś jedno takie przestępstwo przypadało tam na ok. 4717 Żydów, tj. na 7,5 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. W Wielkiej Brytanii – kraju, którego ludność w 2024 r. wynosiła ok. 69,3 mln mieszkańców, z czego ok. 292 tys. stanowili Żydzi, odnotowano w 2024 r. 202 antysemicko motywowane fizyczne napaści na Żydów. Na milion mieszkańców przypadało 2,91 takich przestępstw – 5,61 razy więcej, niż w USA, a przestępstwo takie przypadało na 1446 Żydów – a więc na ponad 24 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Warto wspomnieć, że Wielkiej Brytanii za wypowiedzi grożące, obelżywe lub znieważające, które mają na celu pobudzenie nienawiści przeciwko jakiejś grupie narodowej, etnicznej, czy rasowej można, zgodnie z Public Order Act 1986 dostać nawet 7 lat więzienia. Dalej, w Szwajcarii – generalnie rzecz biorąc spokojnym, alpejskim kraju, w którym od 1995 r. obowiązuje bardzo szeroki zakaz „mowy nienawiści” w postaci art. 261bis tamtejszego kodeksu karnego w 2024 r. odnotowano 11 fizycznych napaści na Żydów o antysemickim podłożu, w tym bardzo głośny przypadek usiłowania zabójstwa w Zurychu, gdzie 15-letni napastnik ciężko ranił nożem ortodoksyjnego Żyda, oraz próbę podpalenia synagogi. Biorąc pod uwagę, że ludność Szwajcarii liczyła na koniec 2024 r. – jak podaje AI - 9 051 029 stałych mieszkańców, w tym około 20 tys. Żydów, na milion ogółu ludności przypadało tam 1,22 wspomnianego rodzaju antysemickich przestępstw, tj. 2,35 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, zaś jedna fizyczna napaść o antysemickim podłożu przypadała tam na 1818 Żydów, tj.19 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. W Austrii, kraju gdzie „mowa nienawiści” również jest oczywiście zakazana i gdzie obowiązuje podniesiona do rangi konstytucyjnej tzw. Ustawa Zakazująca („Verbotsgesetz”) z 1947 r. – która przewiduje wieloletnie więzienie za wszelką działalność w „duchu nazistowskim” w 2024 r. według https://hatecrime.osce.org/austria odnotowano 240 antysemickich przestępstw z nienawiści – w tym 12 fizycznych napaści na osoby, 184 przestępstwa przeciwko żydowskiej własności, a także 17 antysemickich gróźb przemocy i 27 zakłóceń spokoju o antysemickim podłożu. Biorąc pod uwagę, że w Austrii w 2024 mieszkało ok. 9,3 mln ludzi, w tym 10 300 Żydów ile to daje poszczególnych takich przestępstw na milion ogółu mieszkańców Austrii i na ilu austriackich Żydów przypadało jedno takie przestępstwo? Otóż, jeśli chodzi o to pierwsze, to na milion mieszkańców Austrii przypadało 1,29 fizycznej napaści z antysemickich powodów na Żydów - 2,48 razy więcej, niż w USA, 19,78 przestępstw przeciwko należącej do Żydów własności – 5,27 razy więcej, niż w USA i 1,82 przypadki antysemicko motywowanych gróźb – tych akurat antysemickich przestępstw na milion wszelkich Austriaków było nieco mniej, niż analogicznych przestępstw o antysemickim podłożu na milion mieszkańców USA (1,98). Na ilu natomiast Żydów przypadały poszczególnego rodzaju antysemickie przestępstwa? Jeśli chodzi o fizyczne napaści, to jedno takie przestępstwo przypadało na 858 Żydów – ok. 41,25 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jeśli chodzi o przypadki ataków na należące do Żydów mienie, to jedno przestępstwo tego rodzaju przypadało na 56 Żydów – 88 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jedna antysemicka groźba przemocy przypadała w Austrii w 2024 r. na 606 Żydów – 15 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Powędrujmy teraz z kolei do Kanady, kraju, którego populacja liczyła w 2024 r. od 39,7 do 40,8 mln mieszkańców – z czego Żydzi stanowili ok. 400 tys. – i który będąc pod wieloma względami podobny do USA, różni się od niego m.in. tym, że zakazuje „mowy nienawiści” (art. 318 i 319 kodeksu karnego). Według danych przedstawionych na stronie https://hatecrime.osce.org/canada w 2024 roku w Kanadzie odnotowano łącznie 920 antysemickich przestępstw z nienawiści. Było wśród nich 51 fizycznych napaści na osoby, 604 przypadki zniszczenia własności, 6 podpaleń, 18 przypadków kradzieży i rozbojów, 8 włamań, 6 podpaleń, 83 przypadki gróźb oraz grożących zachowań, 59 przypadków dręczenia („harrasment” – taka kategoria przestępstw nie występuje w statystykach hate crimes w USA) i 91 przestępstw „innych”. Ile zatem antysemickich przestępstw przypadało w 2024 r. na milion wszelkich Kanadyjczyków i na ilu Żydów przypadało tam wówczas jedno antysemickie przestępstwo? Otóż, jeśli chodzi o to pierwsze, to przy założeniu, że ludność Kanady wynosiła w 2024 r. 40,8 mln osób na milion mieszkańców Kanady przypadało wówczas 1,25 antysemicko motywowanej fizycznej napaści na Żydów – 2,4 razy więcej, niż w USA, 15,86 „hate crimes” na szkodę należącej do Żydów własności – 4,23 razy więcej, niż w USA oraz 2,07 antysemickich gróźb przemocy – w USA na milion mieszkańców przypadało w 2024 r. 1,98 takiego akurat antysemickiego przestępstwa. A na ilu kanadyjskich Żydów przypadały w 2024 r. poszczególne antysemickie przestępstwa? Jeśli chodzi o fizyczne napaści, to na jedno takie przestępstwo przypadało w Kanadzie w 2024 r. na 7843 Żydów – 4,51 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jeśli chodzi o przestępstwa przeciwko mieniu, to jedno tego rodzaju przestępstwo o antysemickim podłożu przypadało w Kanadzie w 2024 r. 629 Żydów – 7,86 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jeśli chodzi o groźby przemocy, to jedno takie antysemickie przestępstwo przypadało w 2024 r. w Kanadzie na 4819 Żydów, tj. 1,95 razy mniejszą ich liczbę, niż w USA. Jak zatem widać, antysemickie przestępstwa – takie, jak pobicia, ataki na należące do Żydów mienie i przypadki zastraszania – są w krajach, które mają w swych systemach prawnych i które egzekwują przepisy tego mniej więcej rodzaju, co art. 256 i 257 polskiego k.k. cokolwiek większym – najdelikatniej mówiąc – problemem, niż w USA, gdzie przepisów w tym stylu nie ma.


Czy tak jest tylko w przypadku przestępstw z nienawiści przeciwko Żydom? Aby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się innym rodzajom „hate crimes” – takim np. jak przestępstwa przeciwko osobom LGBT. W przypadku tych akurat przestępstw możemy przyjąć, że odsetek takich osób w każdej odpowiednio dużej społeczności jest mniej więcej taki sam – w odróżnieniu od odsetka np. Żydów, czy muzułmanów, który w poszczególnych krajach może być skrajnie różny.


Wystarczy tu więc po prostu to, że policzymy, ile w poszczególnych krajach przypadało w 2024 r. różnego rodzaju przestępstw przeciwko osobom LGBT i porównamy te dane z danymi dotyczącymi USA, tj. kraju, w którym „mowa nienawiści” przeciwko takim osobom nie jest karalna. Tym razem proponuję iść po prostu kolejnymi typami przestępstw z nienawiści na szkodę osób LGBT i liczbami takich przestępstw przypadających na milion mieszkańców poszczególnych krajów. Weźmy więc na początek przestępstwa najbardziej dotkliwe, czyli fizyczne napaści. Jeśli chodzi o USA, to 2024 r. na milion mieszkańców tego kraju przypadało (opieram się na danych pochodzących ze strony https://hatecrime.osce.org/united-states-america i założeniu, że liczba mieszkańców USA wynosiła w 2024 r. 340,1 mln osób) 3,37 takich przestępstw (wśród ogółem 1146 takich oficjalnie zarejestrowanych w USA w 2024 r. były 4 morderstwa i 1 napaść seksualna – reszta to przypadki mniej lub bardziej poważnych naruszeń nietykalności cielesnej). W Niemczech, gdzie „mowa nienawiści” przeciwko osobom LGBT jest karana na podstawie art. 130 k.k. – zabraniającego nawoływania do nienawiści, przemocy lub arbitralnych działań przeciwko „części populacji”, a także znieważania, złośliwego oczerniania i zniesławiania części populacji – takiej np. jak osoby LGBT na milion mieszkańców przypadało 4,21 takich akurat stwierdzonych przez policję przestępstw – nieco więc więcej, niż w USA. W Holandii takich przestępstw z nienawiści, jak fizyczne ataki na osoby LGBT było w 2024 r. ok. 21,76 na milion mieszkańców, tj. 6,46 razy więcej, niż w USA. Na milion mieszkańców Austrii tego rodzaju hate crimes przypadało w 2024 r. 10,65, a więc 3,16 razy więcej, niż w USA. Na milion mieszkańców Francji przypadało w 2024 r. 14,48 wspomnianego rodzaju hate crimes, a więc 4,3 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Co najmniej 45 fizycznych ataków na osoby LGBT, jakie odnotowano w raporcie szwajcarskiej LGBTIQ Helpline daje ok. 5 takich przestępstw na milion mieszkańców – znów, cokolwiek więcej, niż w USA. Z kolei 154 fizyczne ataki na osoby LGBT w Kanadzie w 2024 r. dają 3,77 takich przestępstw na milion mieszkańców – minimalnie więcej, niż w USA. W Wielkiej Brytanii aktów przemocy przeciwko osobom LGBT było w 2024 prawdopodobnie ponad 11 tys. – czyli, jeśli chodzi o liczbę bezwzględną, blisko 10 razy więcej, niż w USA. Ktoś będący wielkim entuzjastą zakazu „mowy nienawiści” przeciwko osobom LGBT mógłby się tu cokolwiek przyczepić tego, że zakaz tego rodzaju „hate speech” jest w Wielkiej Brytanii stosunkowo wąski – karalne są takie wypowiedzi, które są grożące (przy czym pojęcie to interpretowane jest całkiem szeroko – wyrażanie opinii, że homoseksualizm powinien być karany śmiercią uważne jest za mieszczące się w nim) – to, że wypowiedź jest obelżywa czy znieważająca nie jest, inaczej, jak w przypadku wypowiedzi na temat grup rasowych, wystarczającym powodem do uznania jej za przestępstwo i musi mieć na celu pobudzanie do nienawiści – nie jest wystarczające to, by mogła, bez intencji ze strony autora wypowiedzi, zachęcać do takiej nienawiści). Jakby jednak nie było, wszystko wskazuje na to, że USA, gdzie również taka, jak zabroniona w Zjednoczonym Królestwie „mowa nienawiści” przeciwko osobom LGBT nie jest zakazana motywowanych nienawiścią ataków przeciwko takim osobom jest per capita mniej, niż w Wielkiej Brytanii. Jak jest w przypadku innych, niż fizyczne napaści przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT? Jeśli chodzi o przestępstwa przeciwko mieniu takich osób, to w USA w 2024 r. na milion mieszkańców przypadało 2,44 takiego przestępstwa. Na milion mieszkańców Niemiec przestępstw takich było 6,27, czyli 2,57 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Na milion mieszkańców Austrii przestępstw z nienawiści, których bezpośrednią ofiarą było mienie należące do osób LGBT było w 2024 r. 16,88 – 5 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Z kolei na milion mieszkańców Kanady przestępstw z nienawiści na szkodę mienia osób LGBT było 8,77, a więc 3,59 razy więcej, niż w USA. Jeśli chodzi z kolei o groźby i grożące zachowania jako przestępstwa z nienawiści przeciwko osobom LGBT, to w USA w 2024 r. na milion mieszkańców przypadało ok. 2,23 takich przestępstw. Na milion mieszkańców Niemiec przestępstw takich przypadało 2,35, na milion mieszkańców Holandii 21,37 (8,76 razy więcej, niż w USA), z kolei na milion mieszkańców Kanady 2,20 – a więc nieco mniej, niż na milion mieszkańców USA (pamiętajmy jednak, że liczby oficjalnie zarejestrowanych „hate crimes” nie są tym samym, co faktyczne liczby „hate crimes” – te drugie są najprawdopodobniej kilkukrotnie wyższe).


Przyjrzyjmy się też liczbom poszczególnych typów przestępstw z nienawiści – tego rodzaju, co np. fizyczne napaści – jako takim w ogóle. Ile w poszczególnych wspomnianych tu krajach przypadało w 2024 r. wszelkich wspomnianych tu typów „hate crimes” na milion mieszkańców? Jeśli chodzi o fizyczne napaści na osoby, to w USA na milion mieszkańców przestępstw takich przypadało – w świetle danych przedstawionych na stronie https://hatecrime.osce.org/united-states-america 13,32 (wśród łącznie 4531 takich przestępstw było 6 morderstw i 19 napaści seksualnych). W Niemczech na milion mieszkańców przestępstw takich było 22,91 – 1,72 razy więcej, niż w USA; warto przy tym zwrócić uwagę na to, że wśród ogółem 1915 takich przestępstw odnotowanych przez niemiecką policję było 18 morderstw. Na milion mieszkańców Francji przypadało w 2024 r. 21,28 „hate crimes” o charakterze fizycznych napaści na osoby (1313 takich przestępstw zostało określonych na stronie https://hatecrime.osce.org/france jako fizyczne napaści, a 244 jako napaści seksualne); jeśli wierzyć statystykom, na których się opieram, na milion mieszkańców Francji przypadało w 2024 r. 1,6 razy więcej „hate crimes” polegających na fizycznym zaatakowaniu kogoś z takich powodów, jak jego przynależność narodowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa, czy też orientacja seksualna albo transpłciowość, niż w USA. 985 „hate crimes” o charakterze fizycznej napaści na osoby, które odnotowano w 2024 r. w Holandii dają 54,12 takich przestępstw na milion mieszkańców – blisko 4,01 razy więcej, niż w USA. Z kolei 640 tego rodzaju przestępstw z nienawiści, jakie odnotowano w 2024 r. w Austrii daje 68,82 takich przestępstw na milion mieszkańców – 5,17 razy więcej, niż w USA. 1084 przestępstwa z nienawiści o charakterze fizycznych ataków na osoby, jakie odnotowano w 2024 r. w Kanadzie (wśród przestępstw tych były 3 morderstwa i 9 napaści seksualnych) dają 27,03 takiego przestępstwa na milion osób – 2,03 razy więcej, niż w USA. Prawdopodobnie nieco mniej, niż w USA – bo ok. 11,21 – przestępstw z nienawiści o charakterze fizycznych napaści na osoby przypadało w 2024 r. na milion mieszkańców Szwajcarii (jest to jednak kraj nie prowadzący jak dotąd porządnych statystyk „hate crimes”). Natomiast w Wielkiej Brytanii w 2024 r. na milion mieszkańców przypadało ok. 957 przestępstw z nienawiści polegających na użyciu wobec kogoś przemocy i ok. 140 takich przestępstw skutkujących realnymi obrażeniami ciała. Jeśli chodzi o przestępstwa z nienawiści skierowane bezpośrednio przeciwko czyjemuś mieniu, to w 2024 r. na milion mieszkańców USA przypadało 12,77 takich przestępstw, na milion mieszkańców Niemiec 39,76 (3,11 razy więcej), na milion mieszkańców Francji 11,86, na milion mieszkańców Holandii 16,76, na milion mieszkańców Austrii 120,75 (9,46 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA), na milion mieszkańców Kanady takich akurat „hate crimes” przypadało w 2024 r. 53,95, tj. 4.22 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Jeśli chodzi z kolei o takiej przestępstwa z nienawiści, jak groźby i grożące zachowania to w USA w 2024 r. na milion mieszkańców przypadało ok.11,97 takich „hate crimes” – na milion mieszkańców Niemiec przestępstw takich było ok. 15,53, na milion mieszkańców Francji 39,31 (3,28 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA), na milion mieszkańców Holandii przestępstw takich przypadało w 2024 r. 51,87 (4,33 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA), na milion mieszkańców Austrii 51,72, a na milion mieszkańców Kanady 14,24. (9)


Coś więc widać, że kraje zakazujące „mowy nienawiści” mają cokolwiek większe problemy z przestępstwami z nienawiści – takimi, jak fizyczne napaści na osoby, w tym zabójstwa – porównajmy w tym względzie 6 takich zbrodni odnotowanych (jako oczywiście „hate crimes”) w mających w 2024 r. ok. 340,1 mln mieszkańców Stanach Zjednoczonych, z 18 takimi przestępstwami stwierdzonymi w tym samym roku w mających przeszło 4 razy mniejszą ludność Niemczech – a także ataki na czyjąś własność oraz stosowanie gróźb przemocy. Oczywiście, wiele z tego, co tu zostało powiedziane trzeba wziąć w pewien nawias. I tak np. szokująco wysokie liczby przestępstw z nienawiści, jakie są odnotowywane w Wielkiej Brytanii wynikają po części z tego, że brytyjska policja ma obowiązek uznać dane przestępstwo za „hate crime” jeśli ktokolwiek mający coś wspólnego z tym przestępstwem – ofiara, świadek, czy policjant przyjmujący zgłoszenie o przestępstwie, na podstawie choćby zupełnie własnego widzimisię uzna je za przestępstwo z nienawiści. Liczby odnotowywanych w poszczególnych krajach przestępstw z nienawiści zależą nie tylko od faktycznych liczb takich przestępstw – które zna niestety tylko Bóg – ale także od chęci zgłaszania takich przestępstw przez ich ofiary i chęci władz do ich rejestracji jako „hate crimes”. Niemniej jednak różnice między liczbami przestępstw z nienawiści mierzonymi per capita w USA, i krajach, które w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych zakazują „hejtspiczu” są na tyle znaczące, że pozwalają one na całkiem śmiałe sformułowanie tezy, że kryminalizacja „mowy nienawiści” jako narzędzie zapobieganie przestępstwom z nienawiści po prostu nie działa. Uważa ktoś może, że skuteczniejsze byłoby w tym względzie prawo posunięte dalej, niż (np.) art. 256 i 257 polskiego k.k.? Jeśli chodzi o to, to takie prawo ma np. Brazylia – według tego prawa za zachęcanie do dyskryminacji lub uprzedzenia opartego na rasie, kolorze skóry, przynależności etnicznej, wyznaniu lub pochodzeniu narodowym, a także za praktykowanie lub wywoływanie takiej dyskryminacji lub uprzedzenia można dostać od roku do 3 lat więzienia i grzywnę, a za popełnienie takiego przestępstwa za pośrednictwem mediów, publikacji na portalach społecznościowych, w Internecie lub publikacji jakiegokolwiek rodzaju od 2 do 5 lat więzienia z dodatkiem grzywny, taka sama kara grozi też w Brazylii za produkcję, sprzedaż, dystrybucję lub używanie symboli, emblematów, ozdób, odznak lub reklamy wykorzystującej swastykę w celu promowania nazizmu; warto wspomnieć, że zgodnie z brazylijską konstytucją przestępstwa takie nie ulegają przedawnieniu, a osoba, której postawiono zarzut popełnienia takiego przestępstwa musi zostać aresztowania i nie może zostać zwolniona za kaucją. Czy jednak prawo to - zabraniające wypowiedzi, które nie są karalne w Polsce (czy innych krajach europejskich) – polski Sąd Najwyższy stwierdził, że nie są przestępstwem publicznego nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość wypowiedzi zachęcające do jedynie uprzedzeń czy niechęci na tle takich różnic, lecz tylko takie, które mają na celu wywołanie najsilniejszej negatywnej emocji – zbliżonej do wrogości – na tle wspomnianych różnic – uwolniło Brazylię od rasizmu? Jeśli chodzi o odpowiedź na to pytanie, to z badań przeprowadzonych niedawno przez Instytut Peregum i Project Seta, organizacje zajmujące się badaniem populacji czarnej ludności według 81% Brazylijczyków kraj, w którym żyją jest rasistowski. 66% ankietowanych było przy tym świadkami rasistowskich wyzwisk i obelg, 42% miało okazję obserwować czyjeś nierówne traktowanie ze względu na rasę, zaś 39% było świadkami przemocy o rasistowskim podłożu (nawiasem mówiąc, brazylijski Sąd Najwyższy – w sposób naruszający zasadę „nullum crimen sine lege” – rozciągnął brazyliskie prawo antyrasistowskie na wypowiedzi dotyczące osób LGBT – które bądź co bądź nie stanowią, jako całość żadnej rasy – ani też grupy narodowej, etnicznej, czy religijnej). Prawo obowiązujące w Indiach (art. 153a k.k.) zabrania „promowania” nie tylko nienawiści, czy nawet wrogości, ale także niechęci lub dysharmonii ze względu na religię, rasę, miejsce urodzenia, miejsce zamieszkania, język, kastę lub społeczność, lub z jakiejkolwiek innej przyczyny. Jednak praktyczne efekty zakazów „mowy nienawiści” w Indiach były godne ubolewania dla nikogo innego, jak dla samego indyjskiego Prokuratora Generalnego Soli Sorabjee, który stwierdził, że „Doświadczenie pokazuje, że przepisy karne zabraniające „mowy nienawiści” będą zachęcać do nietolerancji, tworzenia podziałów i nieuzasadnionej ingerencji w wolność słowa. Fundamentalistyczni chrześcijanie, religijni muzułmanie i pobożni Hindusi będą starali się odwoływać do maszyny prawa karnego przeciwko innym religiom, dogmatom i praktykom. To to jest to, co coraz częściej dzieje się dziś w Indiach. Nie potrzebujemy więcej represyjnych praw, ale więcej wolności słowa, aby zwalczać bigoterię i promować tolerancję”. (10)


Idąc dalej – czy da się powiedzieć, że np. zakazy pornografii cokolwiek zapobiegają takim przestępstwom, jak gwałty? Też nic na to nie wskazuje. Dobrym przykładem w tym względzie jest Japonia. Gdzieś do początku lat 80 był to kraj tak purytański, że zakazana w nim była sprzedaż „Pleyboya” (z „gołą babą” na rozkładówce). Później jednak podejście do pornografii stało się w tym kraju bardziej swobodne i od mniej więcej 1990 r. wszelkiego rodzaju pornografia stała się w Japonii łatwo dostępna, w tym także dla osób nieletnich. Co jest charakterystyczną cechą japońskiej pornografii to to, że dużo częściej, niż pornografia wytwarzana w innych krajach łączy ona seks ze scenami gwałtów i przemocy – a więc stanowi ten rodzaj pornografii, odnośnie którego stosunkowo najprędzej można wysuwać „zdroworozsądkowe” obawy, że może mieć ona niebezpieczny wpływ na niektórych swoich odbiorców. Czy jednak niewątpliwy fakt, że w latach 90. więcej Japończyków naoglądało się pornografii – w tym także takiej, która ukazuje sceny gwałtów, seksualnych tortur i seksu z dziećmi – niż w czasach wcześniejszych sprawił, że w Japonii wzrosła faktyczna liczba seksualnych przestępstw? Odpowiedzi na to pytanie dostarczają dane przedstawione w opublikowanym w 1999 r. artykule Miltona Diamonda z Uniwersytetu Hawajów i Ayako Uchiyamy z Narodowego Instytutu Badawczego Nauk Policyjnych w Tokio „Pornography, Rape and Sex Crimes in Japan”. Co wynika z tych danych? Otóż to, że o ile w 1972 r. – kiedy to pornografia była w Japonii praktycznie niedostępna – japońska policja odnotowała 4677 gwałtów (dokonanych przez 5464 sprawców), to w roku 1995 – kiedy wszelkiego rodzaju pornografia dostępna była tam bez trudu – gwałtów odnotowano w Japonii 1500, przy czym popełnione zostały one przez 1160 zidentyfikowanych przestępców. W okresie o którym jest tu mowa w sposób szczególny zmniejszyła się liczba gwałtów dokonanych przez osoby nieletnie – tj. mające mniej, niż 20 lat. O ile bowiem osoby takie dokonały 33% z 4677 gwałtów stwierdzonych przez japońską policję w 1972 r., to spośród 1500 gwałtów odnotowanych w 1995 r. osoby takie popełniły tylko 18% tego rodzaju przestępstw – co w liczbach bezwzględnych oznacza spadek liczby takich czynów dokonanych przez osoby w wieku poniżej 20 lat z ok. 1543 do 270 (liczba gwałtów dokonanych przez osoby nieletnie w Japonii spadła zatem w latach 1972 – 1995 ok. 5,71 razy, podczas gdy liczba gwałtów w ogóle „tylko” ok. 3,12 razy). Na ten akurat fakt warto zwrócić uwagę z tego względu, że jeśli pornografia może mieć niebezpieczny wpływ na jakieś osoby, to na zdrowy rozum może się wydawać, że najprędzej może mieć ona taki wpływ na kilkunastoletnich chłopaków – którzy zapewne też częściej, niż jakiekolwiek inne osoby w praktyce interesują się pornografią (zazwyczaj nie w celach naukowych). Badania Diamonda i Uchiyamy nie wykazują jednak jakiegoś zgubnego wpływu pornografii na takie osoby – przeciwnie sugerują rzecz dokładnie odwrotną. Inną rzeczą jaką zauważyli Diamond i Uchiyama jest spadek – we wspomnianym tu okresie - liczby przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom. I tak np. o ile w 1972 r. 8,3 % ofiar gwałtów miało mniej niż 13 lat, to w roku 1995 osoby w tym wieku stanowiły tylko 4 % wszystkich ofiar takich przestępstw (bezwzględna liczba gwałtów na takich osobach spadła zatem w tym czasie w Japonii 6,46 razy). Z punktu poruszonego tu problemu – tj. tego, czy dostępność pornografii przyczynia się do wzrostu liczby przestępstw o podłożu seksualnym jest to ważna informacja z takiego choćby względu, że w okresie w którym w Japonii nastąpił bardzo znaczący spadek liczby gwałtów dokonanych na osobach w wieku do 13 lat w kraju tym nie było żadnego prawa specyficznie skierowanego przeciwko pornografii dziecięcej (choć podejrzewam, że mimo wszystko była ona cokolwiek zwalczana w oparciu o istniejący w japońskim kodeksie karnym przepis o „obsceniczności”) zaś rzeczą po prostu powszechnie wiadomą jest to, że Japonia wręcz słynie z produkcji materiałów ukazujących (w sposób fikcyjny) seks z udziałem osób młodocianych, czy nawet po prostu dzieci – takich, jak kreskówki typu hentai (które w Polsce można byłoby podciągnąć pod art. 202 §4b k.k. – według tego przepisu „Kto produkuje, rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”). Sprawdziłem też, przy okazji, ile gwałtów odnotowano w Japonii w najnowszych czasach (1995 r. to – można twierdzić – była inna epoka). Z danych dostępnych w Internecie wynika, że w 2012 r. w Japonii stwierdzono 1266 gwałtów, w 2013 – 1409, w 2014 - 1250, w 2015 – 1167, w 2016 – 989, w 2017 – 1109, w 2018 – 1307, w 2019 – 1405, w 2020 – 1332 i w 2021 – 1388. To prawda, że w ostatnich latach liczba gwałtów odnotowanych przez policję w Japonii bardzo poważnie wzrosła – i tak np. w 2022 r. Krajowa Agencja Policji odnotowała 1665 takich przestępstw, w 2023 r. 2711 takich przestępstw, zaś w latach 2024 i 2025 przestępstw takich stwierdzono w Japonii 3936 i 4177. Jednak, jak podaje AI „Gwałtowny skok liczby rejestrowanych przestępstw po 2022 roku nie wynika z nagłego pogorszenia bezpieczeństwa fizycznego, lecz ze zmian w japońskim prawie karnym. Przede wszystkim, w lipcu 2023 roku weszła w życie kluczowa reforma, która redefiniowała pojęcie gwałtu. Dotychczasowy wymóg udowodnienia „użycia przemocy lub groźby” zastąpiono kryterium braku świadomej zgody (niekonsensualny stosunek płciowy). Do kategorii gwałtów włączono czyny, które wcześniej kwalifikowano jako inne, łagodniejsze przestępstwa seksualne. Ponadto wspomniane tu zmiany w prawie oraz kampanie społeczne zachęciły ofiary do częstszego zgłaszania przestępstw na policję, co też bezpośrednio wpłynęło na statystyki. Z kolei w takich krajach, jak Niemcy Zachodnie, Dania, Szwecja i USA liczba gwałtów po zalegalizowaniu pornografii czy też faktycznemu ułatwieniu dostępu do niej nigdy nie wzrosła bardziej niż liczba nie-seksualnych przestępstw z użyciem przemocy i ponadto w krajach tych istniała ogólna tendencja do stagnacji lub nawet spadku wskaźników gwałtów dokładnie w tych latach, kiedy pornografia stała się bardziej wszechobecna niż kiedykolwiek wcześniej dzięki wideo i telewizji kablowej lub kodowanej (pisał o tym np.  Berl Kutchinsky  w „PORNOGRAPHY, SEX CRIME, AND PUBLIC POLICY”).


Jeśli ktoś z kolei popiera zakazy „publicznego propagowania nazistowskiego, faszystowskiego, komunistycznego lub innego totalitarnego ustroju państwa” oraz (wprowadzony w 2023 r.) „publicznego propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne” jako narzędzie ochrony społeczeństwa przed wpływem potencjalnie niebezpiecznych poglądów – i zapobieżenia ewentualnemu przekształceniu Polski w państwo nazistowskie, komunistyczne, faszystowskie bądź inne totalitarne to chciałbym zauważyć, że w Niemczech – gdzie prawo zabrania propagowania nazizmu, w tym używania nazistowskich, a także podobnych do nich w tym stopniu, że mogą być pomylone z nimi, nazistowskich gestów i symboli - liczbę skrajnie prawicowych ekstremistów nastawionych na przemoc szacuje się oficjalnie na ponad 15 000 osób, natomiast w USA – ze względu na brak rządowych rejestrów – niezależne ośrodki badawcze oceniają rdzeń zbrojnych bojówek gotowych do użycia przemocy na około 15 000 do 20 000 aktywistów. Może więc w USA takich osób jest nieco więcej, niż w Niemczech – tyle tylko, że Niemcy są 4 razy ludniejszym krajem. Warto też zwrócić uwagę na taką rzecz, jak pełne listy kandydatów na urząd prezydenta USA w 2020 i 2024 r. W tych pierwszych wyborach w Federalnej Komisji Wyborczej zarejestrowało się łącznie 1212 osób. Ilu wśród nich było takich, którzy określili się jako naziści, neonaziści, faszyści czy też neofaszyści? Otóż: dokładnie 0, natomiast komunistów znalazło się dwóch. Podobnie, w wyborach prezydenckich w 2024 r. nie startował nikt, kto by określał się jako nazista, neonazista, faszysta czy neofaszysta… choć komunistów było wśród kandydatów na najwyższy urząd w państwie aż… trzech (w 2020 r. dwóch – zob. https://ballotpedia.org/List_of_registered_2020_presidential_candidates i https://ballotpedia.org/List_of_registered_2024_presidential_candidates). A przecież kandydatom na prezydenta USA nic by prawnie nie groziło z tego powodu, że prezentowaliby oni w wyborach jakiś nazistowski program – wychwalaliby Hitlera, nawoływali do założenia obozów koncentracyjnych, poniżali Żydów, czy nawet nawoływali do ich eksterminacji – co nie byłoby karalne tak długo, jak nie byłoby to wzywanie do praktycznie natychmiastowego wszczęcia zakazanych prawem działań, do których w konkretnym miejscu i czasie z dużym prawdopodobieństwem mogłoby dojść. O czym więc świadczy to, że ostatnich wyborach prezydenckich w USA kandydatów deklarujących się jako naziści i faszyści nie było (co by złego nie powiedzieć o Trumpie – którego bardzo zdecydowanie nie popieram – to nie słyszałem o tym, by kiedykolwiek wychwalał on np. nazizm), a komuniści stanowili tylko 1/606 z nich? Otóż, na zdrowy rozum o tym, że w Stanach Zjednoczonych – kraju, w którym nie jest zakazane ani publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, ani (co niedawno stało się w Polsce karalne) publiczne propagowanie ideologii nazistowskiej, komunistycznej lub faszystowskiej lub ideologii nawołującej do stosowania przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne, ani też znieważanie takich czy innych „grup ludności” lub „nawoływanie do nienawiści” przeciwko takim grupom ideologie tego rodzaju, co nazizm, faszyzm bądź komunizm mają znikome społeczne poparcie.


Zwrócić można też uwagę na to, że w USA po tym, jak tamtejszy Sąd Najwyższy w 1969 r. uznał, że propagowanie przemocy i przestępstw zasadniczo rzecz biorąc nie może być karalne – chyba, że ma na celu natychmiastowe wzniecenie kryminalnych działań i w sytuacji, w jakiej ma miejsce faktycznie może wzniecić takie działania wybitnie zmniejszyła się liczba przestępstw o charakterze terrorystycznym. Jak wynika z wykresu przedstawionego na stronie https://ourworldindata.org/terrorism wykresu o ile w 1970 r. w USA odnotowano 468 terrorystycznych przestępstw, to w roku 1971 przestępstw takich stwierdzono w USA 247, w 1972 r. 68, a w 1973 r. 58. W latach 1970 – 2021 odnotowano w USA łącznie 3147 terrorystycznych przestępstw, natomiast w Wielkiej Brytanii – która o wiele bardziej ogranicza wolność słowa; no i poza tym jest blisko 5 razy mniej ludnym krajem 5553 takie przestępstwa. We Francji terrorystycznych przestępstw odnotowano w tym samym okresie 2640 – nieco mniej, niż w USA, tylko tyle, że ludność Francji jest ok. 5 razy mniejsza, niż ludność Stanów Zjednoczonych. W Niemczech – określanych nieraz jako najbardziej ograniczająca wolność słowa demokracja na świecie – liczby terrorystycznych przestępstw zaczęto oficjalnie notować w 1990 r. W latach 1990 – 2021 przestępstw takich odnotowano w Niemczech 829 – nieco więc mniej, niż w USA – gdzie przestępstw takich w tym samym okresie odnotowano 945 – tyle tylko, że ludność Niemiec jest ok. 4 razy mniejsza, niż ludność USA. Z kolei w Kanadzie – wymienianej tu już w kontekście „mowy nienawiści” i „przestępstw z nienawiści” liczba odnotowywanych w tym kraju przestępstw terrorystycznych wzrosła od typowego dla okresu 1970 – 2016 poziomu 0 – 5 rocznie, do 16 w 2017 r., 14 w 2020 r. i 12 w 2021 r. po tym, jak do kanadyjskiego kodeksu karnego wprowadzono cały nowy rozdział na temat terroryzmu, a w nim takie przestępstwa, jak np.: „świadome ułatwianie działalności terrorystycznej” (art. 83.19 (1), które jest popełniane niezależnie od tego, czy jego sprawca wie o tym, że ułatwia konkretną terrorystyczną działalność, a także, czy konkretna działalność terrorystyczna była przewidywana lub planowana w czasie jej „ułatwiania” i oczywiście niezależnie od tego, czy jakakolwiek działalność terrorystyczna miała miejsce w związku z jej „ułatwianiem” (grozi za to do 14 lat więzienia); a także „doradzanie popełnienia przestępstwa terrorystycznego” (art. 83.221 (1), które popełniane jest nawet wówczas, gdy ktoś doradzający innej osobie popełnienie takiego przestępstwa nie proponuje popełnienia żadnego konkretnego takiego przestępstwa (grozi za to do 5 lat odsiadki).


Jeśli zakazy „hate speech” nie zapobiegają „hate crimes”, a zakazy wymierzone w pornografię nie zapobiegają np. gwałtom, to czy można mieć nadzieję na to, że zakaz rozpowszechniania „patostreamów” zapobiegnie przestępstwom, których popełnienie może być następstwem naoglądania się patostreamów? Tu oczywiście przychodzi na myśl znane powiedzonko dotyczące tego, kogo matką jest nadzieja, ale myślę, że danymi, które w odniesieniu do obaw o możliwy zły wpływ patostreamów na oglądające je osoby mogą być najbardziej relewantne są dane dotyczące wpływu mediów na przestępczość. Wpływu tego wielu ludzi zupełnie poważnie się obawiało. I tak np. amerykański psychiatra Brandon Centerwall w 1992 r. przedstawił teorię, że gdyby nie telewizja – i pokazywane w niej zbrodnie – to w USA każdego roku zdarzałoby się o 10 000 mniej zabójstw, o 70 000 mniej gwałtów i o 700 000 mniej napaści z uszkodzeniem ciała, niż zdarzało się w rzeczywistości (w której istniała pokazująca mnóstwo przemocy telewizja). Czy o teorii tej można jednak powiedzieć to, że ma ona jakieś empiryczne podstawy? Jeśli chodzi o to, to warto zauważyć, że profesorowie uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, Franklyn A. Zimmring i Gordona Hawkins w wydanej przez nich w roku 1997 książce „Crime Is Not The Problem: Lethal Violence in America” przetestowali teorię Centerwalla poprzez przeanalizowanie zmian dotyczących liczb zabójstw w innych demokratycznych i uprzemysłowionych krajach - Francji, Niemczech, Włoszech oraz Japonii - i korelacji między tymi zmianami a stopniem rozwoju telewizji w danym kraju. Co z przeprowadzonej przez nich analizy wynikało? Otóż to, że przeciętna liczba zabójstw na 100 000 mieszkańców w tych krajach albo pozostawała na względnie stabilnym (jak np. we Włoszech) poziomie, albo zmniejszyła się wraz ze wzrostem ekspozycji ludności danego kraju na telewizję (jak miało to miejsce we Francji, Niemczech i Japonii). We Francji np. liczba morderstw wzrosła w latach 1980 - 1985, zaś następnie spadła, lecz i tak liczba zabójstw na 100 000 mieszkańców była we Francji w roku 1990 o 35 % niższa niż w roku 1960. Jeśli chodzi o USA, to na wykresie przestawionym w artykule „Homicide Rates in the US, 1900 – 2006” (otwiera się jako plik PDF) można zobaczyć, że liczba zabójstw w USA była wysoka (przynajmniej około 7, a często nawet ponad 9 na 100 000 mieszkańców rocznie) gdzieś do lat 30-tych, później liczba zabójstw zmalała, tak, że 50-tych było ich jakieś 4 -5 na 100 000 mieszkańców rocznie, potem ostro poszła w górę – do poziomu ponad 10 na 100 000 mieszkańców rocznie w latach 80-tych, zaś w latach 90-tych spadła do poziomu ok. 6 na 100 000 mieszkańców rocznie. W trendach dotyczących liczb zabójstw w USA w XX i częściowo XXI wieku raczej trudno jest dopatrzeć się statystycznie istotnego wpływu treści obecnych w mediach na takie przestępstwa: nie ulega wątpliwości, że Amerykanie żyjący w pierwszych dekadach XX wieku mieli dużo mniej okazji do zapoznawania się z przemocowymi treściami obecnymi w środkach masowego przekazu (choćby dlatego, że nie było wówczas telewizji), niż Amerykanie żyjący w czasach współczesnych, którzy mają do dyspozycji nie tylko telewizję (nie mówiąc oczywiście o kinie, książkach, itd.), ale także internet – z pewnością zawierający mnóstwo potencjalnie niebezpiecznych treści, a którego jeszcze nie było w czasie wysokiej fali przestępczości datującej się od lat 60-tych do początku lat 90-tych. (11)


„Filozofia” leżąca u podłoża zakazów „mowy nienawiści”, pornografii ukazującej pozorowaną przemoc (zakaz pornografii ukazującej np. prawdziwe gwałty da się uzasadnić jako mający na celu ochronę prywatności ofiar przedstawianych w niej czynów – choć osoby poszkodowane w wyniku produkcji takich treści powinny mieć prawo do ich rozpowszechniania – gwałciciel nie powinien mieć żadnego prawa do tego, by inni – jeśli chce tego jego ofiara – nie mogli zobaczyć dokonanego przez niego czynu), wirtualnej pornografii dziecięcej, propagowania totalitaryzmu, nawoływania do popełnienia przestępstw (o ile nie jest to zakaz sformułowany bardzo wąsko, tak, jak określił to Sąd Najwyższy USA w sprawie Brandenburg v. Ohio z 1969 r.), czy propagowania lub pochwalania zachowań pedofilskich (co do tego ostatniego – czy ktoś się poważnie obawia, że on sam – lub kto inny zostanie pedofilem wskutek naczytania się treści podpadających pod art. 200b k.k.? Czy do molestowania dzieci przez pedofilów przyczynia się wpływ na nich takich treści?) jest więc, jak już wspomniałem, filozofią złudną. Zakazy takie nie powstrzymują zła, któremu z założenia mają zapobiegać. I jest to też filozofia niebezpieczna. Dlaczego? Otóż wcale nie dlatego, że to, co jedni ludzie mówią, piszą, publikują czy wyrażają w jeszcze inny sposób – weźmy tu choćby tzw. wypowiedzi symboliczne w postaci prezentowania takich czy innych gestów i symboli - nie może mieć wpływu – także złego – na ludzi, którzy czegoś słuchają, coś czytają lub coś oglądają – i w wyniku tego wpływu przyczynić się do tego, że niektórzy odbiorcy takich czy innych wypowiedzi popełnią np. jakieś przestępstwa, lecz raczej dlatego, że bardzo wiele wypowiedzi – również takich, które nie są póki co zakazane i których raczej mało kto chciałby zabronić – może mieć niebezpieczny wpływ na niektórych swoich odbiorców. Odnośnie wielu rodzajów wypowiedzi z powodzeniem można stwierdzić to, że zwiększają one szansę popełnienia takich czy innych przestępstw – i tak np. można powiedzieć, że przekonywanie ludzi do opinii, że aborcja jest strasznym złem zwiększa prawdopodobieństwo napaści na lekarzy wykonujących zabiegi przerwania ciąży, zaś przekonywanie do opinii, że zakaz aborcji jest czymś nieludzkim i łamiącym podstawowe prawa człowieka zwiększa prawdopodobieństwo ataków na rzeczników zakazu przerywania ciąży - ani jednych, ani drugich przestępstw nie dokonują przecież ludzie nie przekonani do żadnej opinii na temat aborcji – a dalej, można powiedzieć takie rzeczy, jak to, że mówienie i pisanie o potencjalnie katastrofalnych skutkach manipulacji genetycznych czy bio i nanotechnologii zwiększa prawdopodobieństwo ataków na laboratoria zajmujące się badaniami w dziedzinie genetyki lub bio i nanotechnologii, że mówienie i pisanie o cierpieniach zwierząt zabijanych na mięso i futra lub wykorzystywanych w laboratoryjnych doświadczeniach zwiększa prawdopodobieństwo ataków na rzeźnie czy laboratoria, gdzie eksperymentuje się na zwierzętach i że porównywanie tego, co dzieje się w takich miejscach do hitlerowskich czy stalinowskich zbrodni jeszcze bardziej potęguje ryzyko takich czynów, że mówienie i pisanie o szkodliwości technologii 5G zwiększa ryzyko podpaleń masztów telefonii komórkowej faktycznie czy też rzekomo wykorzystujących tę technologię, że mówienie i pisanie o potencjalnie katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia i przedstawianie samochodów typu SUV jako szczególnie przyczyniających się do tego zjawiska zwiększa prawdopodobieństwo podpalania SUV-ów, że szerzenie opinii o śmiertelnym zagrożeniu środowiska naturalnego przez ludzką działalność zwiększa prawdopodobieństwo eko-terroryzmu i że głoszenie twierdzeń obciążających rząd za istnienie jakiegoś istotnego społecznego problemu zwiększa prawdopodobieństwo antyrządowych rozruchów – a przecież jednak nie zakazuje się takich, jak wspomniane powyżej wypowiedzi z tego powodu, że na zdrowy rozum zwiększają one prawdopodobieństwo pewnych szkodliwych i przestępczych działań lub nawet w ogóle czynią te działania prawdopodobnymi – przecież doprawdy trudno jest sobie wyobrazić np. to, by maszt telefonii 5G mógł z obawy przed skutkami tej technologii podpalić ktoś, kto nie zetknął się żadnym przekazem o negatywnych efektach tej technologii.


Jeśli więc dopuszcza się karanie za wypowiedzi (czy też ich cenzurowanie – oczywiście nie jestem zwolennikiem cenzury prewencyjnej…. ale czy przypadkiem nie jest nieco mniej nieprzyjemną rzeczą rozmowa z cenzorem, niż z prokuratorem? – przy czym nie mam tu bynajmniej na myśli towarzyskiej pogawędki z tym ostatnim) z tego powodu, że mogą mieć one niebezpieczny wpływ na niektórych swoich odbiorców – i w jakiś sposób przyczynić się do tego, że niektórzy z tych niektórych odbiorców takich czy innych treści w jakimś następstwie wpływu na nich tych treści coś złego zrobią – to otwiera się drogę do zakazanie niemal wszystkiego. Jak stwierdził kiedyś sędzia Sądu Najwyższego USA Oliver Wendell Holmes „każda idea jest podżeganiem” – a jedyną w praktyce różnicą między wyrażeniem jakiejś opinii, a podżeganiem w węższym, używanym przez prawników sensie tego pojęcia jest entuzjazm autora wypowiedzi dla jej oczekiwanego przez niego rezultatu. (12)


Warto też zwrócić uwagę na to, jakie wypowiedzi mogą być najbardziej niebezpieczne, jeśli chodzi o generowanie przemocy? Jakie więc? Otóż, są to medialne przekazy o bulwersujących opinię publiczną wydarzeniach. Przykłady wskazujące na słuszność tej tezy? Proszę bardzo. Otóż np. 25 maja 2020 r. w amerykańskim mieście Minneapolis biały policjant Derek Chauvin (piękne nazwisko, po francusku „szowinista”) wezwany na miejsce zatrzymania 46 letniego Afroamerykanina George’a Floyda podejrzanego o użycie fałszywego banknotu o wartości 20 dolarów skuł go kajdankami, a następnie przez kilka minut przyciskał jego kark kolanem, uniemożliwiając mu tym samym oddychanie, co w ostateczności doprowadziło do jego śmierci. Zajście, w którym uczestniczyło jeszcze trzech innych policjantów zostało nagrane smartfonami przez przechodniów i opublikowane w mediach społecznościowych. Nagrania te, a także informacje o tym, co stało się w Minneapolis, w tym także o ostatnich słowach Floyd’a „Błagam”, „Nie mogę oddychać” i „Nie zabijaj mnie” szybko rozprzestrzeniły się w całym kraju. Wzburzeni tym, co przedstawiciele władzy zrobili z Floydem Amerykanie masowo wyszli na ulice. Większość z protestów przeciwko zamordowaniu George’a Floyda miała rzecz jasna charakter pokojowy. Lecz w szeregu amerykańskich miastach doszło do zamieszek, podpaleń i grabieży, które wyrządziły szkody w wysokości od 1 do 2 miliardów dolarów i w wyniku których w okresie do 8 czerwca 2020 r. zginęło 19 osób. Żeby wszystko było jasne: od 93 do 96,3% demonstracji przeciwko zabiciu George’a Floyda było pokojowych i nie niszczących, nie pociągających za sobą niczyich obrażeń ani szkód materialnych. Lecz, jak widać, te 7%, czy choćby 3,7% nie-pokojowych spowodowało potężne straty materialne i nawet ofiary w ludziach. Warto też zauważyć, że informacja o zabiciu George’a Floyda przez amerykańskich policjantów sprowokowała akty przemocy nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale też poza nimi. I tak, jak można przeczytać w Wikipedii, podczas demonstracji 7 czerwca w Brukseli doszło do napaści na funkcjonariuszy policji, a protestujący przeciwko zabiciu Floyda wybili szyby w kilku sklepach, które następnie zostały splądrowane. Przy okazji 28 policjantów zostało rannych, w tym jeden poważnie. W Paryżu 2 czerwca pod koniec dużej nieautoryzowanej demonstracji, która protestowała przeciwko zabójstwu George’a Floyda i śmierci Adamy Traoré, uczestnicy zamieszek zniszczyli meble uliczne i podpalili sprzęt budowlany. 6 czerwca w Metz demonstranci próbowali wyważyć drzwi sądu i rzucili kamieniem w prokuratora Republiki, lekko raniąc jego twarz. Czterech funkcjonariuszy organów ścigania zostało rannych, a 13 demonstrantów aresztowano. Do fizycznych bójek i starć demonstrantów z policją doszło też podczas protestów przeciwko zabiciu George’a Floyda w Wielkiej Brytanii.


I inny przykład. Latem 2021 r. kanadyjskie media obiegły informacje o odkryciach grobów dzieci rdzennych mieszkańców tego kraju na terenach wokół szkół i internatów, gdzie je przymusowo przesiedlano. Tzw. residential schools, których w latach 1890-1969 jak podała kanadyjska Komisja Prawdy i Pojednania - istniało 139, z czego 70% było zarządzanych przez Kościół Katolicki, a 30 pozostałych przez wspólnoty protestanckie i anglikańskie -zostały stworzone po to, by indiańskie czy też eskimoskie dzieci, siłą odebrane rodzicom, tam się wychowywały i uczyły, zapominając rdzennego języka i własnej kultury. Przymusowa reedukacja tych dzieci łączyła się ze stosowaniem wobec nich przemocy i przetrzymywaniem ich w nieludzkich warunkach, co dla sporej części z nich skończyło się śmiercią. Informacje o grobach indiańskich i innuickich dzieci i o tym, jak dzieci te były traktowane w prowadzonych przez kościoły szkołach wywołały w Kanadzie masowe protesty. Większość z nich była pokojowa, lecz warto też zauważyć, że niektóre z osób wzburzonych wspomnianymi informacjami podpalały i dewastowały kościoły – jak podaje Google AI 33 kościoły spłonęły całkowicie – tzn. zostały po prostu zrównane z ziemią – a blisko 100 innych padło ofiarą podpaleń, prób podpaleń, oblania farbą lub innych aktów wandalizmu (około połowy z nich stanowiły kościoły rzymskokatolickie; inne zaatakowane budynki należały do wspólnot anglikańskich, ewangelickich i Zjednoczonego Kościoła Kanady).


I wreszcie przykład z Europy. 17 września 2006 r. słuchacze węgierskiego publicznego radia usłyszeli, jak ówczesny socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsány w sposób wulgarny przyznaje się do tego, że jego rząd kłamał przez dwa lata, tylko po to, aby wygrać wybory i pozostać przy władzy. Mówił on tak: „Kłamaliśmy rano, nocą i wieczorem”, „I wówczas, zresztą, nic nie robiliśmy w ciągu czterech lat. Nic. Nie możecie mi podać ani jednego poważnego środka rządowego, z którego moglibyśmy być dumni, poza tym, że na końcu odzyskaliśmy władzę z gówna. Nic. Kiedy trzeba będzie rozliczyć się z krajem, powiedzą co robiliśmy w ciągu czterech lat, co mówimy?”, „Nie ma wielu opcji. Nie ma dlatego, że spieprzyliśmy. Nie tylko trochę, ale bardzo”. Następnego dnia 3-tysięczny tłum mieszkańców Budapesztu wyszedł na ulice protestując przeciwko premierowi i rządzącej partii socjalistycznej. Dzień później pokojowa z początku demonstracja, która zaczęła się pod gmachem parlamentu przerodziła się w bijatykę z policją pod gmachem publicznej telewizji. Budynek telewizji został podpalony, w starciach między tłumem, a policją rannych zostało około 200 osób, w tym blisko 100 policjantów. Z kolei w nocy z 19 na 20 września 2006 r. wybuchły zamieszki w okolicach siedziby partii socjalistycznej, w ich wyniku rannych zostało około 50 osób.


Co do wspomnianych powyżej aktów przemocy – mających (inaczej, jak jest to zazwyczaj w przypadku np. hate crimes) całkiem masowy charakter - całkowicie spokojnie można powiedzieć to, że nie miałyby się one szansy zdarzyć, gdyby do uszu i/lub oczu ich sprawców nie dotarły pewne wypowiedzi. Lecz z wypowiedziami tymi jest jeden, zasadniczy problem: są to wypowiedzi, co do których z powodzeniem można się założyć o to, że – przynajmniej w demokratycznych krajach (kraje autorytarne i totalitarne to co innego – tam akurat ograniczanie dostępu do informacji o tym co się dzieje – w tym również o publicznych ze swej natury wydarzeniach – jest normą) naprawdę mało kto chciałby ich zabronić. Nie chcieliby ich – jak myślę – zabronić typowi zwolennicy zakazów „mowy nienawiści”, „kłamstwa oświęcimskiego”, propagowania totalitaryzmów, propagowania zachowań pedofilskich, rozpowszechniania ukazującej pozorowaną choćby tylko przemoc, bądź stworzone na komputerze wizerunki dzieci pornografii – czy wreszcie zwolennicy zakazu szerzenia patostreamów. (13)


Choć jeśli chodzi o tych ostatnich – to warto zadać pytanie, czy pewne wspomniane tu treści nie mogłyby przypadkiem podpaść pod art. 255b k.k. Jeśli chodzi o scenę pokazującą jak biały policjant dusi czarnoskórego George’a Floyda to nagranie tej sceny niewątpliwie stanowiłoby treść przedstawiającą popełnienie czynu zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności, w przypadku którego to czynu przedmiotem zamachu jest dobro osobiste. Publiczne rozpowszechnianie takiej treści via internet – jeśli miałoby na celu osiągnięcie korzyści majątkowej (co miałoby miejsce np. wówczas, gdyby treść taką umieścił w Internecie dziennikarz, robiący to w ramach swoje pracy, za wykonywanie której dostaje pensję; miałoby to też miejsce w przypadku kogoś, kto uzależnił możliwość oglądania filmu od dokonania stosownej wpłaty i mogłoby to też mieć miejsce w przypadku kogoś, kto na swym kanale w np. YouTube umożliwia dokonywanie wpłat na swoje konto) lub osobistej (tu mogłoby wchodzić w grę nawet umieszczenie w internecie jakiejś treści w celu dostania „lajków”) potencjalnie mogłoby więc zostać uznane za przestępstwo z art. 255b § 1 k.k. Czy zostałoby uznane za takowe? Jeśl chodzi o to, to ktoś kto umieściłby w internecie tego rodzaju film prawdopodobnie byłby chroniony przed postawieniem mu zarzutów – a tym bardziej skazaniem – na podstawie 4 paragrafu art. 255b, zgodnie z którym „Nie stanowi przestępstwa określonego w § 1–3 czyn podjęty w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego”. Choć oczywiście z tym zastosowaniem §4 mogłoby być różnie. Nie jest czymś co najmniej wyobrażalnym – i potencjalnie możliwym – to, że jakiś prokurator, a następnie jakiś sędzia uznałby, że celem rozpowszechnienia w internecie filmu pokazującego, jak policja kogoś bije nie jest po prostu poinformowanie społeczeństwa o pewnym wydarzeniu, lecz pobudzenie nienawiści wobec policji? W tej kwestii można obecnie oczywiście tylko spekulować – tym niemniej jednak, wydaje się, że autorzy art. 255b k.k. nie mieli na celu wyeliminowania z internetu filmów pokazujących takie czyny, jak ten dokonany przed Dereka Chauvin’a wobec George’a Floyda.


Przestępstw określonych w art. 255b k.k. nie mogłoby natomiast w żadnym przypadku stanowić rozpowszechnienie w Internecie treści mówiących o odkryciach grobów dzieci na terenach dawnych szkół dla Indian w Kanadzie, ani też nagrania przedstawiającego to, jak węgierski premier przyznaje się do okłamywania społeczeństwa. Treści te nie stanowiły bowiem rejestracji ani popełnienia czynu zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności, w przypadku którego przedmiotem zamachu jest dobro osobiste, ani przemocy wobec zwierzęcia z naruszeniem przepisów ustawy, ani poniżającego traktowania innej osoby, choćby za jej zgodą, i nie były to też treści mogące wywołać przekonanie, że przedstawiają one wspomnianego rodzaju zachowania.


Tak jednak czy owak, art. 255b k.k. nie przyniesie najprawdopodobniej nic dobrego – to prawda, że na jego podstawie będzie można ścigać patostreamerów, którzy pokazują w internecie np. to, jak znęcają się nad innymi osobami, ale takich ludzi można ścigać i karać na podstawie już obowiązującego prawa – po prostu za dokonywanie przestępstw, których patostreamy są dowodami – natomiast według wszelkiego prawdopodobieństwa doprowadzi do poważnych problemów. Przepis ten jest bowiem przede wszystkim niezwykle szeroki – przypuszczam, że znacznie szerszy w porównaniu z tym, czego naprawdę chcieli zakazać jego autorzy. Przypomnijmy tu, że przepis ten zabrania rozpowszechniania w internecie – oczywiście tylko w sposób publiczny i tylko w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej (ale wolność słowa obejmuje chyba jednak „tak normalnie” publiczne – mogące trafić do nie wiadomo kogo, a nie tylko prywatne – skierowane do ściśle określonych osób – wypowiedzi, dość normalne jest też to, że niektórzy ludzie - niestety, nie ja – zarabiają na swoich wypowiedziach) wszelkich treści przedstawiających popełnienie czynu zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności, jeżeli przedmiotem zamachu jest dobro osobiste; przemoc wobec zwierzęcia z naruszeniem przepisów ustawy; a także poniżające traktowanie innej osoby, nawet za jej zgodą – niezależnie od tego, czy kimś umieszczającym w internecie daną treść jest sprawca przedstawionego w niej czynu, bądź jego wspólnik (co jest istotą tego, co określa się mianem patostreamów) czy też jest tak, że nagranie jakiegoś czynu zostało dokonane i umieszczone w internecie przez osobę, która z popełnieniem tego czynu nie miała nic wspólnego. Potencjalnie pod ten przepis podpada zatem umieszczenie w internecie filmów przedstawiających przypadkowo nagrane bójki, pobicie, napady rabunkowe, czy stosowanie prawnie zakazanej przemocy wobec zwierząt. Potencjalnie podpadają pod niego także fabularne filmy, które zawierają sceny przedstawiające to, jak ktoś traktuje inną osobę w sposób poniżający za zgodą oczywiście tej osoby jako grającego swą rolę aktora.


Co więcej, pod przepis ten podpada rozpowszechnianie w internecie treści nie przedstawiających żadnych realnych przestępstw – ani poniżania faktycznie istniejącej osoby, choćby za jej zgodą – lecz takich, które mogą wywołać przekonanie, że przedstawiają one tego rodzaju zachowania. Zawarte w art. 255b § 2 k.k. pojęcie „treści mogących wywołać przekonanie, że przedstawiają zachowania określone w § 1” jest oczywiście bardzo niejasne. Zachodzi tu bowiem pytanie odnośnie tego, w przypadku kogo takie treści muszą być zdolne do wywołania przekonania o tym, że przedstawiają one prawdziwe przestępstwa, czy rzeczywiste poniżanie kogoś, choćby za jego zgodą, by ich rozpowszechnianie via internet mogło zostać uznane za przestępstwo. Muszą być one zdolne do wywołania takiego przekonania u przeciętnego odbiorcy takich treści? Czy może wystarczające byłoby to, by mogły one wywołać takie przekonanie u tylko niektórych odbiorców takich treści – choćby naprawdę nielicznych? Art. 255b § 2 k.k. nic na ten temat niestety, nie mówi – co pozwala podejrzewać, że możliwa jest bardzo szeroka interpretacja pojęcia „treści mogących wywołać przekonanie, że przedstawiają zachowania określone w § 1”.


Oczywiście, nawet najszersza interpretacja pojęcia „treści mogących wywołać przekonanie, że przedstawiają zachowania określone w art. 255b § 1” nie wyklucza ochrony rozpowszechniania takich treści w internecie na podstawie art. 255b § 4, zgodnie z którym „Nie stanowi przestępstwa określonego w § 1–3 czyn podjęty w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego”. Umieszczenie w Internecie filmu przedstawiającego niezwykle realistyczną, doskonale odegraną przez aktorów – lub całkowicie stworzoną przy użyciu komputera – scenę przemocy mogłoby zostać uznana za czyn dokonany w ramach działalności artystycznej, czy też edukacyjnej – gdyby chodziło np. o instruktarz dotyczący tego, jak skutecznie bronić się przed napaścią. Zostałoby jednak coś takiego potraktowane w taki sposób? Jest absolutnie możliwe, że tak… lecz mimo wszystko, trudno jest być tego pewnym – ostatecznie rzecz biorąc ocena tego, czy coś jest, czy też nie jest sztuką jest w dużej mierze zależna od subiektywnego widzimisię oceniającego. (14) Tak swoją drogą, zadałem Google AI pytanie o to, jak różne „szkoły” prawa karnego w Polsce - krakowska, warszawska, gdańska, poznańska, wrocławska, toruńska, szczecińska, lubelska, białostocka itd. podchodzą do kwestii tego, czy coś może być uznane za sztukę – co jest istotną kwestią w kontekście nowo uchwalonego art. 255b k.k. i szczególnie jego § 4, zgodnie z którym „nie stanowi przestępstwa określonego w § 1–3 czyn podjęty w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego”. Uzyskałem na ten temat następujące odpowiedzi:


Szkoła Krakowska (Uniwersytet Jagielloński)


Podejście: Dogmatyczno-normatywne, oparte na obiektywizacji i teorii dóbr prawnych. [1, 2]


Jak definiuje sztukę?: Krakowska szkoła (reprezentowana historycznie przez prof. Andrzeja Zolla, a współcześnie m.in. przez prof. Włodzimierza Wróbla czy dr. hab. Mikołaja Małeckiego) odrzuca czysto subiektywne deklaracje sprawcy („zrobiłem patostream, ale to sztuka nowoczesna”). [1, 2]


Zastosowanie art. 255b § 4 k.k.: Szkoła krakowska będzie poszukiwać obiektywnych kryteriów społecznych i kulturowych. Czyn musi mieć autonomiczną wartość artystyczną rozpoznawalną w dyskursie kulturowym (np. teatr, instalacja galeryjna, film fabularny), a nie być jedynie instrumentalnym wykorzystaniem przemocy dla zysku. Kluczowa jest proporcja dóbr: wolność sztuki nie może bezgranicznie legitymizować niszczenia innych dóbr prawnych (np. wolności i godności człowieka).


Szkoła Warszawska (Uniwersytet Warszawski)


Podejście: Konstytucjonalizacja prawa karnego i ochrona praw człowieka. [1]


Jak definiuje sztukę?: Warszawa (prof. Lech Gardocki, prof. Robert Zawłocki) kładzie ogromny nacisk na autonomię wolności twórczości artystycznej z art. 73 Konstytucji RP. Sztuka jest tu definiowana szeroko i liberalnie. [1]


Zastosowanie art. 255b § 4 k.k.: Przedstawiciele tej szkoły uznają, że sądy nie są od recenzowania sztuki i nie powinny narzucać estetycznych rygorów. Jeśli materiał (nawet drastyczny) powstał w procesie celowej kreacji artystycznej i posiada znamiona formy ekspresji (np. teatr eksperymentalny, sztuka krytyczna), to państwo powinno powstrzymać się od karania. Definicja sztuki jest tu maksymalnie otwarta, by uniknąć ryzyka cenzury prewencyjnej. [1, 2, 3, 4]


Szkoła Poznańska (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza)


Podejście: Filozoficzne, teoretycznoprawne i interdyscyplinarne.


Jak definiuje sztukę?: Poznań (np. prof. Robert Stefanicki, analizy dr Anny Demenko) historycznie i współcześnie chętnie sięga po dorobek innych nauk, w tym estetyki i historii sztuki. [1, 2]


Zastosowanie art. 255b § 4 k.k.: Dla szkoły poznańskiej określenie, czy dany patostream/nagranie jest sztuką, wymagałoby powołania biegłych z zakresu kulturoznawstwa i teorii sztuki. Poznań zwraca uwagę, że współczesna sztuka (np. body art, performans) z definicji przekracza granice i rani tabu. Jeśli czyn ma kontekst instytucjonalny (np. kuratorski) lub wpisuje się w uznany nurt sztuki krytycznej, znamiona kontratypu zostaną spełnione. [1, 2, 3, 4, 5] (linki j.w.)


Szkoła Gdańska (Uniwersytet Gdański)


Podejście: Pragmatyczne, kryminalistyczne i zorientowane na politykę kryminalną.


Jak definiuje sztukę?: Gdańsk (prof. Jarosław Warylewski) patrzy na problem przez pryzmat realnego kontekstu społecznego i motywacji sprawcy.


Zastosowanie art. 255b § 4 k.k.: Gdańscy karniści będą badać tzw. „sztafaż artystyczny”. Jeśli głównym celem sprawcy było uzyskanie korzyści majątkowej (tzw. donejty) poprzez ordynarne poniżanie człowieka, a „artystyczna” deklaracja pojawia się dopiero przed sądem jako linia obrony, kontratyp zostanie odrzucony. Sztuka w tym ujęciu wymaga rzetelnego, autentycznego zamiaru twórczego, a nie bycia tarczą dla działalności czysto komercyjno-patologicznej. [1,]


Szkoły lubelska (UMCS/KUL) i białostocka (UwB)


Podejście: Konserwatywno-aksjologiczne, przywiązane do tradycyjnych wartości i ochrony moralności publicznej.


Jak definiują sztukę?: Lublin (prof. Marek Mozgawa, prof. Alicja Grześkowiak) oraz Białystok (prof. Katarzyna Laskowska) oceniają sztukę przez pryzmat systemu wartości chronionych przez prawo i moralność publiczną.


Zastosowanie art. 255b § 4 k.k.: Szkoły te będą interpretować pojęcie sztuki najwęższej. Stoją na stanowisku, że czyny rażąco naruszające godność ludzką, nietykalność cielesną czy dobre obyczaje tracą przymiot „sztuki” i stają się zwykłym bezprawiem. W ich ocenie ekstremalny performans naruszający dobra osobiste rzadko kiedy zakwalifikuje się pod § 4, ponieważ wolność artystyczna nie stoi ponad godnością człowieka. [1]


Szkoły wrocławska, toruńska i szczecińska


Podejście: Dogmatyka funkcjonalna i systemowa.


Jak definiują sztukę?: Ośrodki te (np. Wrocław – prof. Jacek Giezek; Toruń – prof. Andrzej Marek) skupiają się na funkcji i celu przepisu.


Zastosowanie art. 255b § 4 k.k.: Będą one oceniać relację między głównym celem przepisu (zwalczanie szkodliwego społecznie patostreamingu) a celem działania sprawcy. Jeśli nagranie realizuje cele edukacyjne lub artystyczne (np. film dokumentalny o patologii, projekt społeczno-artystyczny piętnujący przemoc), to brak jest społecznej szkodliwości czynu. Sztuka jest tu definiowana negatywnie – jako działanie, które nie ma na celu siania destrukcyjnych wzorców społecznych.[1] (uwaga, pominąłem powtarzające się linki)


Jak zatem widać, oceny dotyczące tego, czy jakaś treść podpadająca pod art. 255b jest sztuką – czy też nią nie jest – mogą być różne. Mogłoby być tak, że coś, co zostałoby uznane za sztukę przez prokuratora czy sędziego wykształconego na np. Uniwersytecie Warszawskim, nie zostałoby uznane za sztukę przez kogoś wykształconego na UJ, a tym bardziej na UMCS czy KUL. I jeszcze jedno: kontratyp określony w art. 255b § 4 k.k. mający na celu ochronę przed poniesieniem odpowiedzialności karnej sprawców niektórych czynów, które per se podpadają pod paragrafy 1-3 tego artykułu dotyczy osób rozpowszechniających w internecie określone treści – nie występujących w takich treściach aktorów, czy osób nagrywających te treści, choć oczywiście to te ostatnie osoby najczęściej umieszczają takie treści w internecie. Co jednak w kontekście „kontratypu działalności artystycznej”, który przewidziany jest w art. 255b § 4 k.k. może z tego wyniknąć? Otóż, np. to, że jakiś sąd może stwierdzić coś takiego, że jakaś treść rozpowszechniona w Internecie była co prawda sztuką… ale ten, kto ją w Internecie umieścił nie był osobiście artystą, i w związku z tym zarzuconego mu czynu nie dokonał w ramach działalności artystycznej. Jest coś takiego możliwe? Przy bardzo literalnym odczytaniu treści art. 255b § 4 k.k. niestety tak.


Co za tym spokojnie można powiedzieć o całym art. 255b k.k. to to, że jest to zwyczajny prawny bubel.


 


Przypisy:


1. Dużą literą z szacunku wobec urzędu, nie osoby.


2. Zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego USA w sprawie Miller v. California z 1973 r. „dzieło” (film, książka, numer czasopisma, itp.) ma charakter „obsceniczny” i nie podlega ochronie I Poprawki do Konstytucji USA jeżeli „dzieło” to spełnia łącznie trzy warunki: (a) „Przeciętny człowiek, stosujący współczesne standardy społeczne uznałby, że dzieło to, traktowane jako całość, odwołuje się do lubieżnych zainteresowań (w oryginale zostało użyte wyrażenie „prurient interest”; warto zauważyć, że słowo „prurient” jest niezrozumiałe dla większości współczesnych Amerykanów; generalnie jednak oznacza ono – jak podaje AI - chorobliwą ciekawość, lubieżność lub lubieżne zainteresowanie sprawami seksu) (b) przedstawia lub opisuje, w sposób ewidentnie obraźliwy, zachowanie seksualne lub funkcje wydalnicze szczegółowo zdefiniowane przez obowiązujące prawo stanowe (w sylabusie sprawy wspomniano wyłącznie o zachowaniu seksualnym, ale w opinii większości wyraźnie wspomniano też o funkcjach wydalniczych); (c) dzieło, traktowane jako całość, nie posiada poważnej wartości literackiej , artystycznej , politycznej lub naukowej”. Dodam, że wyjęcie „obsceniczności” spod ochrony I Poprawki (mające zresztą obecnie niewielkie w praktyce znaczenie z powodu liberalizacji nastawienia Amerykanów wobec spraw związanych z seksem) krytykowałem w swym tekście „Znieść zakazy „mowy nienawiści”! (a w USA „obsceniczności”).


3. Sąd Najwyższy USA uznał zakaz „wirtualnej pornografii dziecięcej” – nie mającej charakteru „obscenicznego” (obsceniczność była zakazane przez inne przepisy,niż przepis wymierzony w taką pornografię za niezgodny z I Poprawką w sprawie Ashcroft v. Free Speech Coalition w 2002 roku). Dodam, że zakazy „wirtualnej pornografii dziecięcej” krytykowałem tu https://bartlomiejkozlowski.pl/apelporno.htm i https://bartlomiejkozlowski.pl/virtualchildporn.htm.  


4. Niezwykle mętne pojęcie, zwłaszcza w odniesieniu do „czci” (art. 23 kodeksu cywilnego stanowi, że „Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach”). Niestety, ale naruszenia czyjejś czci można się dopatrywać w każdej jego krytyce czy odnoszenia się do niego bez zachowania odpowiedniego szacunku.


5. Przykładem człowieka kłamliwie krzyczącego „pożar!” w teatrze i wywołującego panikę posłużył się sędzia Sądu Najwyższego USA w uzasadnieniu wyroku w sprawie Schenk v. United States z 1919 r. – nawiasem mówiąc nadużywając tego przykładu jako argumentu uzasadniającego ograniczenie wolności słowa. Treści zawarte w ulotkach, które Charles Schenk rozesłał do poborowych w okresie I wojny światowej nie były takimi, które mogły wywołać natychmiastową panikę, czy natychmiastowe akty przemocy, lecz co najwyżej takimi, co do których było wyobrażalne, że ktoś po zapoznaniu się z tymi treściami będzie miał mniejszą ochotę do pójścia w kamasze (ulotki rozesłane przez Schenka głosiły, że pobór jest formą niewolnictwa i narusza 13. poprawkę do Konstytucji, oraz zachęcały do pokojowego oporu, np. poprzez podpisywanie petycji o uchylenie ustawy. .


6. Wspomniana w przypisie 3 sprawa Ashcroft v. Free Speech Coalition.


7. Zob. Michael Kent Curtis “Critics of "Free Speech" and the Uses of the Past”.


8. To samo można byłoby też powiedzieć na temat takich zakazów wypowiedzi, jak zakazy publicznego znieważania Narodu Polskiego lub Rzeczypospolitej Polskiej (art. 133 k.k.), publicznego znieważania Prezydenta RP (art. 134 § 2 k.k.), publicznego znieważania lub poniżania konstytucyjnego organu RP (art. 226 § 3 k.k.), obrażania uczuć religijnych innych osób poprzez publiczne znieważenie przedmiotu ich uczuć religijnych lub miejsca przeznaczonego do publicznego sprawowania obrzędów religijnych (art. 196 k.k.), czy publicznego zaprzeczania zbrodniom nazistowskim lub komunistycznym, o którym mowa w art. 55 ustawy o IPN. Można przecież, w sumie logicznie rzecz biorąc, twierdzić, że ktoś, kto pod wpływem nasłuchania bądź naczytania się obraźliwych wypowiedzi na temat polskiego narodu lub państwa nabrał ekstremalnie negatywnych przekonań na temat tegoż narodu i państwa może z większym, niż ktoś kto nie zetknął się z takimi wypowiedziami i nie nabrał takich przekonań prawdopodobieństwem np. podjąć działalność zmierzającą do pozbawienia Polski niepodległości (art. 127 k.k.), twierdzić można – dalej – że ktoś, kto pod wpływem wypowiedzi podpadających pod art. 135 § 2 lub 226 § 3 k.k. zdobył wyjątkowo niskie zdanie na temat Prezydenta RP, czy też jakiegoś konstytucyjnego organu może z większym, niż ktoś, na kogo wypowiedzi takie nie podziałały prawdopodobieństwem dokonać np. siłowego zamachu na taki organ, twierdzić też można, że wypowiedzi znieważające „przedmioty czci religijnej” – a więc np. Boga – mogą przyczyniać się do kształtowania przekonań i pobudzania emocji zwiększających jakoś prawdopodobieństwo np. dewastowania kościołów czy napaści na księży (albo pobudzać u osób, dla których znieważane „przedmioty czci religijnej” są nienaruszalną świętością emocje prowadzące ich do stosowania przemocy o charakterze odwetowym, wymierzonej czy to w bezpośredniego sprawcę obrazy ich uczuć, czy też ludzi postrzeganych jako związanych z nim w jakiś sposób – vide zamieszki urządzane przez muzułmanów w następstwie publikowania karykatur Mahometa), twierdzić wreszcie można, że wypowiedzi negujące Holocaust czy zbrodnie komunistyczne może przyczyniać się do kształtowania przekonań tego rodzaju, że reżimy nazistowski i komunistyczny wcale nie były takie złe, że kłamliwie oskarża się je o takie czy inne okropieństwa, co zwiększa jakoś prawdopodobieństwo podjęcia działalności zmierzającej do przywrócenia wspomnianych reżimów – także w wyniku np. działalności terrorystycznej – czy fizycznych napaści na (np.) Żydów, postrzeganych jako stojących za prześladowaniami osób mówiących (zdaniem ludzi przekonanych do takich opinii) prawdę, bądź instytucje mające na celu upamiętnienie zbrodni nazistowskich i komunistycznych. Oczywiście, prawdopodobieństwo tego, że wspomniane tu wypowiedzi w jakikolwiek sposób przyczynią się do jakichś siłowych, przestępczych działań jest tak naprawdę w najlepszym bądź razie przysłowiowym palcem na wodzie pisane – i oczywiście działania takie mogą być jakimś wynikiem wpływu na niektórych ludzi wypowiedzi, których nie da się uznać za wspomnianego rodzaju przestępstwa – np. dogłębnej, ale opartej całkowicie na prawdzie i nie uciekającej się do obelg krytyki poczynań władzy. Jedynym rodzajem wspomnianych powyżej wypowiedzi, w przypadku których można mówić o zauważalnych związkach między wypowiedziami, a przemocą były publikacje karykatur Mahometa, które – jak wiadomo – doprowadziły do gwałtownych, prowadzących do śmierci wielu osób, protestów w krajach muzułmańskich. W przypadku tych wypowiedzi związki pomiędzy pewnymi aktami ekspresji, a pewnymi czynami nie polegały jednak na tym, że muzułmanie zobaczyli karykatury Mahometa, wpadli w gniew i obrócili swą wściekłość przeciwko temu, co jakoś kojarzyło im się ze znieważaniem Proroka, czyli np. zachodnim ambasadom. Raczej, było tak, że pewni islamscy duchowni znaleźli w tych karykaturach pretekst do tego, by pobudzić gniew wobec Zachodu i wzniecić zamieszki. Oczywiste jest przecież, że muzułmanie żyjący w krajach Bliskiego Wschodu nie czytali duńskiego pisma Jyllands Posten, w którym w 2005 roku wspomniane karykatury się ukazały. Nawiasem mówiąc, badania Pew Research Center wykazały, że w krajach, w których nie ma przepisów karanych zakazujących bluźnierstw – a więc takich, jak np. art. 196 k.k. – lub w których przepisy takie nie są w praktyce stosowane – poziom przemocy na tle różnic wyznaniowych jest niższy, niż w tych krajach, które mają i egzekwują takie przepisy.


9. Odnośnie porównania liczb przestępstw z nienawiści z użyciem przemocy w różnych krajach warto pamiętać o tym, że pojęcie „physical assault” które figuruje w statystykach przedstawionych na stronie https://hatecrime.osce.org/ - i które tłumaczę jako „fizyczna napaść” – jest w cokolwiek inny sposób interpretowane w USA i Kanadzie, a w inny w Europie – np. w Niemczech czy we Francji. O ile w tych pierwszych krajach pojęcie to obejmuje nie tylko wszelkiego rodzaju naruszenia nietykalności cielesnej, ale rozciąga się również na czyny polegające na wywołaniu u drugiej osoby uzasadnionej obawy przed natychmiastowym i bezprawnym naruszeniem jej nietykalności cielesnej lub na próbie dokonania takiego naruszenia - to w tych drugich do tej kategorii zalicza się czyny polegające na umyślnym spowodowaniu jakiegoś uszkodzenia ciała (Körperverletzung / coups et blessures). Większe w tych drugich krajach, niż w USA liczby (per capita) „hate crimes” oznaczają zatem większe – per capita – liczby takich czynów o skutkach bardziej dotkliwych od np. grożenia komuś pięścią, czy naruszenia nietykalności cielesnej bez spowodowania bólu czy obrażeń.


10. Oczywiście, twierdzenie, że „hate speech” prowadzi co „hate crimes” nie jest jedynym twierdzeniem przedstawianym jako uzasadnienie konieczności obowiązywania i egzekwowania takich przepisów prawnych, jak art. 256 i 257 polskiego k.k. Często przedstawianym argumentem na rzecz zakazów „mowy nienawiści” jest argument, że „mowa” taka prowadzi do wyrządzania psychicznej krzywdy osobom należącym do grup, do których „mowa” taka się odnosi. Argumentem tym posłużyła się np. jedna z czołowych amerykańskich zwolenniczek zakazu „mowy nienawiści” (dość specyficznie pojętej – jej zdaniem karalne powinny być wypowiedzi spełniające łącznie trzy warunki: 1. Zawarte w wypowiedzi przesłanie głosi niższość rasową, 2. Przesłanie jest skierowane przeciwko grupie historycznie uciskanej, 3 Przesłanie jest prześladowcze, pełne nienawiści i poniżające) Mari Matsuda, pisząc w opublikowanym w 1989 r. artykule „Public response to racist speech: considering the victim’s story”, że „ofiary zjadliwej, nienawistnej propagandy doświadczały fizjologicznych objawów i psychicznego cierpienia rozciągających się od przenikającego wnętrzności strachu, poprzez przyspieszenie akcji serca i trudności w oddychaniu, po koszmary senne, zespół stresu pourazowego, nadciśnienie tętnicze, psychozy i samobójstwa”. Jest to jednak jakiś rzeczywiście mocny argument na rzecz zakazu „hejtspiczu”? To, co prof. Matsuda napisała w swym głośnym niegdyś tekście brzmi niewątpliwie przejmująco, problem z tym argumentem jest jednak chociażby taki, że wypowiedzi, które przytaczała ona jako uzasadniające jej twierdzenie nie były jakimiś np. ogólnikowymi obelgami pod adresem takiej czy innej grupy narodowościowej, rasowej, religijnej itd. zawartymi w jakichś gazetkach, czy ulotkach, ale przypadkami bezpośredniego dręczenia konkretnych osób, bądź ich małych grup – do ścigania których w polskim prawie nie byłyby, nawiasem mówiąc, potrzebne takie przepisy, jak art. 256 i/lub 257 k.k., ale wystarczające byłyby do tego takie przepisy, jak art. 190a § 1, zgodnie z którym „Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby dla niej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia, poniżenia lub udręczenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”, nie mówiąc już o dawno istniejącym w polskim prawie przepisie o zniewadze (art. 216 § 1 „Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności” – pomijam dalsze paragrafy tego artykułu i przy okazji chciałbym zauważyć, że w USA zniewagi mogą być karane wówczas, gdy są kierowane twarzą w twarz do drugiej osoby w sposób mogący sprowokować ją do natychmiastowego mordobicia; są to tzw. fighting words, które zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego USA w sprawie Chaplinsky v. New Hampshire z 1942 r. nie są chronione przez Pierwszą Poprawkę).


Istnieje jednak zasadnicza różnica między takimi wypowiedziami, jak te, o których w swym tekście z 1989 r. pisała Mari Matsuda (jako przykłady takich wypowiedzi przytoczyła ona rasistowskie obelgi w sposób uporczywy kierowane do pracowników afro – amerykańskiego, czy japońskiego pochodzenia w miejscach ich pracy, a także napisy KKK namalowane na samochodach czarnoskórych pracowników Frito-Lay w Jackson w stanie Missisipi), a ogólnikową, nie dotyczącą bezpośrednio żadnych konkretnych osób (i nie narzucaną żadnym konkretnym osobom bez ich zgody) (np.) rasistowską, czy antysemicką propagandą, za którą faktycznie trudno byłoby karać bez istnienia w systemie prawnym przepisów zakazujących znieważania całych grup narodowych, etnicznych, rasowych, religijnych (czy jeszcze innych – np. osób LGBT), bądź zachęcania do wrogiego nastawienia wobec takich grup. Jaka? Otóż, przede wszystkim taka, że takie wypowiedzi, jak te, o których wspomniała niegdyś prof. Matsuda bezpośrednio ingerują w prywatność osób, do których bezpośrednio się odnoszą. Odbiorcy takich wypowiedzi są „uwięzionymi słuchaczami”, zmuszonymi do słuchania obelg na swój temat i nie mogącymi łatwo przed czymś takim uciec. Sąd Najwyższy USA – co prawda w sprawie, która z „mową nienawiści”, ani nawet wypowiedziami po prostu obraźliwymi nie miała nic wspólnego – stwierdził kiedyś, że Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA nie zapewnia nikomu prawa do tego, by zmuszać kogoś innego do słuchania nawet dobrych idei (sprawa Rowan v. United States Post Office Department z 1970 r.). Nikt chyba nie uważa w poważny sposób, że wolność słowa może chronić takie zachowania, jak np. ustawiczne obrzucanie swoich sąsiadów antysemickimi obelgami i groźbami, uniemożliwiające im normalne, spokojne życie (kilkanaście lat temu rozgłosu nabrał przypadek takich zachowań na warszawskich Kabatach – zachowania te nie ograniczały się zresztą tylko do słów, ale obejmowały także plucie na drzwi mieszkania poszkodowanych, niszczenie ich mienia – np. zalepianie zamków w drzwiach, rzucanie w okna jajkami i fekaliami, oraz śledzenie każdego ruchu dręczonego małżeństwa).


Tak czy owak, w przypadku ludzi, których się ustawicznie lży, wyzywa, poniża, czy którym się grozi użyciem przeciwko nim przemocy efekt w postaci psychicznej krzywdy – takiej np. jak ta, o której pisała Mari Matsuda jest czymś wiarygodnym (z tym oczywiście zastrzeżeniem, że jakiś stres i strach przed np. powtórzeniem się obelg może być tu czymś względnie częstym, natomiast psychozy czy samobójstwa są na zdrowy rozum rzadkie). Ale czy ten sam efekt mogą mieć wypowiedzi, które są wprawdzie nienawistne i/lub obelżywe, ale które nie tyczą się żadnych konkretnych osób – lecz raczej całych grup ludzkich – i których żadni konkretni ludzie – np. członkowie grup narodowościowych, rasowych, etnicznych, religijnych, etc. – nie muszą słuchać ani czytać, jeśli tego nie chcą (a jeśli się natkną na takie wypowiedzi przypadkowo – np. przeglądając jakieś fora w internecie – to mogą, jeśli wypowiedzi te wywołują u nich psychiczny dyskomfort, przerwać kontakt z nimi, przełączając się na coś innego)? Jakkolwiek wspomniany tu efekt nie jest w przypadku takich wypowiedzi czymś po prostu niemożliwym – z tej po prostu racji, że ludzka wrażliwość jest czymś wybitnie zróżnicowanym – to mimo wszystko jest on bez porównania mniej prawdopodobny. Zresztą, Nadine Strossen w swej wydanej w 2018 r. książce „Hate: why should we resist it with free speech, not censorship” omawia relewantne w tej sprawie badanie przeprowadzone przez Laurę Leets z Wydziału Komunikacji Uniwersytetu Stanforda. W badaniu tym szereg studentów college’u będących Żydami i osobami LGBT zostało zachęconych do przeczytania wielu antysemickich i homofobicznych obelg i odpowiedzenia na pytanie, jak oni sami by zareagowali, gdyby byli celem takich nienawistnych wypowiedzi. Wszystkie zawarte w tych wypowiedziach stwierdzenia były wzięte z rzeczywistych sytuacji. Co było uderzające, to to, że „powszechna odpowiedź” ze strony uczestniczących w badaniu studentów była taka, że „mowa nienawiści” nie miałaby na nich wpływu zarówno na krótką, jak i na długą metę. Wielu uczestników badania wyraziło opinię, że autor wypowiedzi motywowany był przez ignorancję lub brak poczucia bezpieczeństwa i w związku z tym powinien być obiektem współczucia, a nie gniewu. Niektórzy uczestnicy badania stwierdzili, że zareagowaliby poprzez spokojne odpowiedzenie autorowi antysemickiej czy homofobicznej wypowiedzi, niektórzy po prostu zignorowaliby autora takiej wypowiedzi, zaś niektórzy inni wskazali, że zareagowaliby w sposób gniewny. Ci jednak, podobnie, jak tacy którzy stwierdzili, że „mowa nienawiści” wywołałaby u nich jakieś negatywne reakcje, takie jak podważenie ich poczucia wartości przynajmniej bezpośrednio po zetknięciu się z taką „mową” stanowili zdecydowaną mniejszość uczestniczących w badaniu studentów. 83% uczestników badania uznało, że najlepszą odpowiedzią na „mowę nienawiści” byłoby po prostu milczenie i spokojne odejście od wyrażającego obraźliwe dla nich poglądy mówcy.


Lecz gdyby „mowa nienawiści” powodowała takie (np.) skutki, jak te, o których wspominała Mari Matsuda u choćby niektórych osób należących do grup atakowanych w sposób ogólnikowy przez taką „mowę” – to czy uzasadniałoby to prawny zakaz takiej „mowy”? Problem z uzasadnieniem zakazów „mowy nienawiści” w oparciu o argument dotyczący powodowania przez taką „mowę” krzywdy natury psychicznej jest – poza tym, że „mowa” taka krzywdy takiej z reguły nie powoduje; każdy rozsądny człowiek wie o tym, że w społeczeństwie zdarzają się ludzie mający jakieś np. rasistowskie, czy antysemickie obsesje – m.in. taki, że krzywdę tego rodzaju mogą powodować również takie wypowiedzi, których raczej mało kto chciałby zakazać. I tak np. obejrzenie takiego choćby filmu, jak „Nazajutrz” niewątpliwie doprowadziło niektórych ludzi do koszmarów sennych. Przeczytanie o tym, że istnieje coś takiego, jak tzw. grzech przeciwko Duchowi Świętemu i że grzech ten nigdy nie zostanie odpuszczony przez Boga może u niektórych ludzi prowadzić do chyba najgorszego z możliwych strachów: strachu przed nieuchronnym smażeniem się przez całą wieczność w piekle – a więc niewątpliwie poważnej szkody psychicznej. Z dawnych już w tej chwili czasów pamiętam opowiastkę o dziewczynie z dawnego ZSRR, która popłakała się po tym, jak ktoś powiedział jej nieco prawdy o Leninie – tzn. jaki to był zbrodniarz. Emocjonalną dolegliwość – czasem naprawdę poważną – może też niekiedy spowodować zetknięcie się przez kogoś z publikacją podważającą jego silnie wyznawane przekonania: istnieją np. poważne przypuszczenia, że przyczyną samobójczej śmierci (w wyniku przecięcia nożyczkami tętnicy szyjnej) amerykańskiego genetyka populacyjnego i teoretyka w dziedzinie ewolucji George’a Price’a (1922 – 1975) była trauma wywołana lekturą artykułu brytyjskiego biologa ewolucyjnego W. D. Hamiltona „The Evolution of Altruistic Behaviour”, po której (i po nieudanej próbie udowodnienia fałszywości przedstawionych w nim twierdzeń) zrozumiał on, że jego przekonania o naturalnej bezinteresowności ludzi były błędne (pisał o tym Krzysztof Szymborski w swej wydanej w 2011 r. książce „Polityczne zwierzę”). Są też na świecie ludzie dosłownie chorzy ze strachu przed globalnym ociepleniem – i nie są to wcale jakieś odosobnione przypadki, lecz całkiem szerokie zjawisko. Jak można przeczytać w tym tekście „psychologowie alarmują, że silne emocje związane ze zmianami klimatu coraz częściej wymykają się spod kontroli. Przedstawiciele The Climate Psychology Alliance (CPA) powiedzieli „The Daily Telegraph”, że dzieci skarżące się na lęk ekologiczny otrzymują nawet leki psychiatryczne”. Jest tam też powiedziane, że „Kierownik CPA (i nauczycielka zarazem) Caroline Hickman opowiadała, że jej podopieczni mają wątpliwości, czy opłaca się uczyć do egzaminów i iść na studia”. Jest rzeczą chyba oczywistą, że ten „ekolęk” – jakkolwiek jak najbardziej może być pobudzany przez ekstremalne zjawiska pogodowe – takie np. jak te, które ostatnio wystąpiły m.in. w Polsce (w niedzielę 28 czerwca 2026 r. temperatura w Toruniu osiągnęła 40,3 stopnia, a w Słubicach 40,5 stopnia, zaś w Warszawie 37,5 stopnia) bez stykania się przez osoby, u których ten stan psychiczny występuje z treściami mówiącymi o globalnym ociepleniu i jego potencjalnie katastrofalnych skutkach.


Jeśli więc byśmy w poważny sposób przyjęli, że fakt tego, że jakieś wypowiedzi mogą u niektórych osób, do których wypowiedzi te mogą przypadkiem dotrzeć wywołać jakąś emocjonalną dolegliwość jest powodem do zakazania takich wypowiedzi to doszlibyśmy do absurdu: w oparciu o takie rozumowanie z powodzeniem można byłoby uzasadnić karalność wypowiedzi, których zakazania z całą pewnością nie chcą zwolennicy penalizacji (np.) „mowy nienawiści” czy obrażania uczuć religijnych. To, czego prawo może w sposób sensowny zabraniać, to dręczenie i prześladowanie konkretnych ludzi – czy też ich małych grup, takich np. członkowie mieszkającej w jednym domu rodziny. Jeśli natomiast prawo zakazuje wyrażania jakichś – ogólnie rzecz biorąc – obraźliwych poglądów – to wówczas musi stanowić albo niezwykle daleko posunięte ograniczenie wolności słowa, praktycznie likwidujące tę wolność, albo mieć charakter arbitralny i wybiórczy – łamiąc przez to konstytucyjną (art. 32) zasadę zakazu dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu – a więc także poglądów


11. Warto, jak myślę, przytoczyć to, co w swym artykule „How Censorship Crosses Borders” napisał duński prawnik i jeden z czołowych europejskich obrońców wolności słowa Jacob Mchangama: „Niektórzy twierdzą, że skrajne wyrażenia, takie jak mowa nienawiści lub gloryfikowanie terroryzmu, prowadzą do konfliktów i przemocy. Inna szkoła upiera się, że ekstremalnym wypowiedziom należy przeciwstawiać „więcej mowy”. Jednak bardzo niewielu na poparcie swoich twierdzeń używa czegoś innego niż dowodów anegdotycznych. Być może dzieje się tak dlatego, że wydaje się, że niewiele jest badań empirycznych dotyczących tego, jaki związek, jeśli w ogóle, ma wolność słowa z różnymi skutkami.


Tak więc, z pomocą i wiedzą politologa Rasmusa Fonnesbaeka Andersena, niedawno podjąłem się zadania przeglądu istniejących badań i przeprowadzenia oryginalnych analiz dużych zbiorów danych. Nasza analiza nie jest doskonała. Próby wykazania związków przyczynowych między wolnością słowa a skutkami, takimi jak wzrost gospodarczy czy terroryzm, często kończą się niepowodzeniem z powodu nieadekwatności danych oraz ryzyka pominięcia zmiennych i odwrotnej zależności przyczynowej. Niemniej jednak wyniki statystyczne z dużych zbiorów danych dodają dodatkową warstwę głębi anegdotycznym lub czysto teoretycznym argumentom, które zwykle dominują w debatach na temat wolności słowa.


Co więc odkryliśmy? Ogólnie rzecz biorąc, niektóre z najczęściej wyrażanych obaw dotyczących wolności słowa – takie jak jej potencjalny szkodliwy wpływ na konflikty społeczne (w tym ludobójstwo), radykalizację i terroryzm – nie są poparte dowodami. Jedynie w najbardziej zamkniętych społeczeństwach świata znajdujemy dowody na to, że rozluźnienie cenzury może zaostrzyć istniejące konflikty. W przypadku reszty świata stwierdzamy negatywny związek między ochroną wolności słowa a konfliktami społecznymi. Dowody sugerują zatem, że szeroko rozpowszechniona narracja charakteryzująca nieokiełznaną wolność słowa jako katalizator konfliktów religijnych, a nawet ludobójstwa, jest w najlepszym razie pozbawiona niuansów.


Nasze wnioski są poparte przez nowe, kompleksowe studium na temat prawicowego terroryzmu i przemocy w Europie Zachodniej. Autor tego studium stwierdza, że „szeroko zakrojone represje publiczne wobec radykalnie prawicowych aktorów i opinii” są jedną z prawdopodobnych przyczyn przemocy ze strony prawicowych ekstremistów w Europie Północnej i podkreśla „paradoks, że środki zaradcze mające na celu ograniczenie radykalnie prawicowej polityki wydają się podsycać skrajnie prawicową przemoc”. Nie oznacza to, że mowa nigdy nie doprowadzi do przypadków przemocy lub konfliktów, ale ogólnie rzecz biorąc, powinniśmy spodziewać się wzrostu, a nie zmniejszenia przemocy politycznej i religijnej, gdy liberalne demokracje będą zwalczać ekstremizm za pomocą cenzury.


Dlaczego? Izraelski uczony Amichai Magen odkrył, że demokracje chroniące wolności polityczne cieszą się „potrójną przewagą demokracji”. W porównaniu z demokracjami nieliberalnymi doświadczają mniejszej liczby ataków, wskaźnik wzrostu tych ataków jest niższy i jest w nich mniej ofiar śmiertelnych. Magen sugeruje, że wolność polityczna, w tym wolność słowa, pozwala na wyrażanie skarg, zanim doprowadzone zostaną one do stanu wrzenia i przerodzą się w przemoc”.


12. Zob. na temat sprawy Gitlow v. New York (1925) w której sędzia Holmes napisał votum separatum.


 13. W odniesieniu do „mowy nienawiści” twierdzi się często, że niebezpieczeństwem, jakie stwarza taka „mowa” nie jest natychmiastowa – czy powiedzmy, że jakaś choćby w miarę tylko bliska w czasie - eksplozja przemocy (ten ewentualny argument w odniesieniu do znakomitej większości „hate speech” jest ewidentnie fałszywy – gdyby był prawdziwy, to co jakiś czas byśmy słyszeli historię np. o tym, jak ktoś przeczytał w internecie rasistowski tekst i następstwie wywołanych jego lekturą emocji pobił kogoś o ciemnym kolorze skóry – nie wiem, jak kto, ale ja z taką historią się nigdy nie zetknąłem), ale raczej to, że „mowa” taka może się stopniowo, krok po kroku, przyczyniać do kształtowania takich nastawień wobec osób należących do grup, do których ta „mowa” się odnosi, że sięgnięcie po przemoc przeciwko nim staje się dla niektórych ludzi, będących pod wpływem takiej „mowy” łatwiejsze z tego względu, że osoby należące do atakowanych przez „mowę nienawiści” grup przestają być dla nich ludzkimi istotami zasługującymi na jakiś minimalny choćby szacunek – logicznie rzecz biorąc, łatwiej jest sięgnąć po przemoc przeciwko „robactwu”, „pasożytom”, „zarazie”, „bydłu”, „zwierzętom”, niż przeciwko istotom postrzeganym jako ludzie. Lecz wspomniane w tym tekście wypowiedzi tego rodzaju, co informacja o zabiciu Afroamerykanina przez białego policjanta (a przecież nie była to jedyna w historii informacja o bezprawnym, czy przesadnym użyciu siły przez policję, która doprowadziła do zamieszek), informacja o odkryciach grobów dzieci na terenach dawnych szkół dla Indian w Kanadzie, czy informacja o kłamstwach węgierskiego premiera – poza tym, że przyczyniły się do całkiem bliskiego w czasie wybuchu przemocy – mogą się jak najbardziej przyczyniać do kształtowania się u niektórych osób przekonań i pobudzania u nich emocji zwiększających cokolwiek szansę na sięgnięcie przez nich po przemoc – czy to przeciwko policjantom, czy przeciwko księżom (albo kościołom jako budynkom), czy jeszcze komuś, lub czemuś innemu, kogo (czego) dotyczył negatywny, ale całkowicie zgodny z prawdą przekaz - w przyszłości. Sądzę w każdym razie, że prawdziwe informacje o przemocy stosowanej przez funkcjonariuszy policji i jej tragicznych skutkach, albo czymś takim, jak nieludzkie niegdyś traktowanie indiańskich dzieci przez kanadyjski Kościół mogą się do czegoś takiego przyczyniać w dużo większym stopniu, niż jakieś prymitywne obelgi – których niektórzy mogliby chcieć zakazać jako formy „mowy nienawiści” (chciałbym tu zauważyć, że lansowany niegdyś przez „Suwerenną” – a może jeszcze „Solidarną”? - Polskę Z. Ziobry projekt zmiany art. 196 k.k. przewidywał wprowadzenie kary grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 dla kogoś, kto publicznie lży lub wyszydza kościół lub inny związek wyznaniowy o uregulowanej sytuacji prawnej, jego dogmaty lub obrzędy; pisałem o tym tu https://bartlomiejkozlowski.pl/sp196a.htm). Przy okazji, co do popularnego twierdzenia, że „mowa nienawiści” prowadzi do dehumanizacji osób należących do atakowanych przez nią grup i w konsekwencji tego do przemocy przeciwko nim socjolog Aliza Luft wykazuje, że to nie dehumanizacja prowadzi do przemocy, lecz odwrotnie – to raczej przemoc i udział w niej prowadzi do dehumanizacji ofiar przemocy– zob. w tej kwestii jej artykuły „The Moral Career of the Genocide Perpetrator: Cognition, Emotions, and Dehumanization as a Consequence, Not a Cause, of Violence”, oraz „Dehumanization and the Normalization of Violence: It’s Not What You Think”.


14. Podobnie, jakiś stworzony przy użyciu AI film przedstawiający realistycznie wyglądającą, możliwą do uznania za rzeczywistą, scenę przemocy mógłby zostać przez kogoś uznany za instrukcję obrony przed przemocą – co na zdrowy rozum mieściłoby się w ramach „działalności edukacyjnej” o której jest mowa w art. 255b § 4 k.k. – zaś przez kogoś innego za instrukcję stosowania przemocy, która raczej nie zostałaby uznana za mieszczącą się w ramach tego rodzaju działalności.

Warszawiak "civil libertarian" (wcześniej było "liberał" ale takie określenie chyba lepiej do mnie pasuje), poza tym zob. http://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka