Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski
127
BLOG

W kwestii wolności słowa w radiu i w telewizji… oraz p. Świrskiego

Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski Polityka Obserwuj notkę 5

Tekst dostępny także pod adresem https://bartlomiejkozlowski.pl/swir.htm - pierwotnie opublikowany (w części)  jako komentarz do artykułu Agnieszki Kublik „Maciej Ś. Człowiek, który nadużywa wolności słowa” (https://wyborcza.pl/7,75968,32912148,swirski-czlowiek-ktory-naduzywa-wolnosci-slowa.html#s=S.opinion-K.P-B.1-L.3.zw)


W moich publikacjach na temat swobody wypowiedzi, których "popełniłem" całkiem sporo (zob. https://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm i https://www.salon24.pl/u/kozlowski/ jakoś nigdy nie zajmowałem bliżej kwestią wolności słowa w tradycyjnym radiu i w telewizji, których działalność podlega nadzorowi ze strony organu, na czele którego stał pan Maciej Świrski. Dlaczego? Może mi się nie chciało, może wyczuwałem, że pewne sprawy są tu skomplikowane (Ustawa o Radiofonii i Telewizji z 1992 r. - wielokrotnie oczywiście później nowelizowana - to dość potężny akt prawny), może dlatego, że tradycyjne radio i telewizja wszędzie są prawnie regulowane w sposób odmienny od innych mediów (papierowej prasy czy internetu) - na nadawanie trzeba dostać koncesję, a np. w USA, których podejście do kwestii granic wolności słowa jest generalnie rzecz biorąc najlepsze z faktycznie istniejących na świecie w radiu i telewizji obowiązują ograniczenia dotyczące tzw. nieprzyzwoitości („indecency”), które w odniesieniu do papierowej prasy i internetu (oraz oczywiście ustnych wypowiedzi nie w tradycyjnym radiu i w telewizji) zostały przez Sąd Najwyższy USA uznane za niezgodne z I Poprawką do Konstytucji (1) wreszcie może dlatego, że raczej mało komu potencjalnie grożą prawne problemy z powodu naruszenia przepisów ustawy o radiofonii i telewizji - doprawdy niewielu ludzi w Polsce ma własną stację radiową lub telewizyjną.


Niemniej jednak, o wolności słowa w radiu i w telewizji też warto oczywiście mówić. Jaka ta wolność jest? Jeśli chodzi o odpowiedź na to pytanie, to nie chcę zajmować się kwestią tego, co konkretnie gdzie, kiedy i z jakiego powodu zostało ocenzurowane, ale mimo wszystko trzeba powiedzieć jedno: ustawa o radiofonii i telewizji jest ustawą wręcz wybitnie cenzorską. Nikt nie powie chyba, że swoboda wypowiedzi w stacjach radiowych i telewizyjnych nie jest ograniczona przez np. art. 18.1. tej ustawy, zgodnie z którym „Audycje lub inne przekazy nie mogą propagować działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, w szczególności nie mogą zawierać treści nawołujących do nienawiści lub przemocy lub dyskryminujących ze względu na płeć, rasę, kolor skóry, pochodzenie etniczne lub społeczne, cechy genetyczne, język, religię lub przekonania, poglądy polityczne lub wszelkie inne poglądy, przynależność państwową, przynależność do mniejszości narodowej, majątek, urodzenie, niepełnosprawność, wiek lub orientację seksualną lub nawołujących do popełnienia przestępstwa o charakterze terrorystycznym” - albo przez kolejne punkty tego artykułu, zgodnie z którymi „Audycje lub inne przekazy powinny szanować przekonania religijne odbiorców, a zwłaszcza chrześcijański system wartości”, „Audycje lub inne przekazy nie mogą sprzyjać zachowaniom zagrażającym zdrowiu lub bezpieczeństwu oraz zachowaniom zagrażającym środowisku naturalnemu”, a także „Zabronione jest rozpowszechnianie audycji lub innych przekazów zagrażających fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi małoletnich,w szczególności zawierających treści pornograficzne lub w sposób nieuzasadniony eksponujących przemoc”. Zapisy te cechują się przede wszystkim wyjątkowym brakiem precyzji - o ile w przypadku zapisanych w kodeksie karnym zakazów np. znieważania, nawoływania do nienawiści, czy też propagowania pewnych ustrojów państwowych i ideologii można mówić o ich nieprecyzyjności, to w przypadku takich zakazów, jak zakaz propagowania działań sprzecznych z polską racją stanu, propagowania postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym, czy też zakaz rozpowszechnianie audycji lub innych przekazów zagrażających fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi małoletnich, w szczególności zawierających treści pornograficzne lub w sposób nieuzasadniony eksponujących przemoc (przy okazji - jaka jest różnica między audycjami lub innymi przekazami zagrażającymi fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu rozwojowi małoletnich, które są w radiu i w telewizji są całkowicie zakazane, a audycjami lub innymi przekazami, zawierającymi sceny lub treści mogące mieć negatywny wpływ na prawidłowy fizyczny, psychiczny lub moralny rozwój małoletnich, które mogą być rozpowszechniane wyłącznie w godzinach od 23 do 6 i czy ocena tego, czy jakaś treść należy do jednej czy drugiej kategorii nie zależy po prostu od czyjegoś subiektywnego widzimisię? - dość trudno jest w sposób uczciwy sprawdzić wpływ jakichś treści na fizyczny, psychiczny czy też moralny rozwój małoletnich i stwierdzić, czy treści te faktycznie zagrażają temu rozwojowi, czy też jedynie mogą na ten rozwój negatywnie wpłynąć) spokojnie można powiedzieć, że są one nieprecyzyjne co najmniej do kwadratu. I KRRiTV, pełniąc - owszem - niezbędną rolę w odniesieniu do tradycyjnego radia i telewizji (ktoś musi poprzydzielać poszczególnym stacjom radiowym i telewizyjnym różne częstotliwości, tak, żeby się one nawzajem nie zagłuszały - choć chciałbym zauważyć, że od czasach kablówek jest to problem bez porównania mniejszy, niż w czasach, w których istniały tylko radio i telewizja z sygnałem odbieranym poprzez antenę) jest organem przede wszystkim cenzorskim, karzącym stacje radiowe i telewizyjne według swego uznania za naruszenia wyjątkowo niejasnych zapisów zawartych w ustawie o radiofonii i telewizji. I Świrski był przede wszystkim cenzorem i to nie po prostu takim, jakim w zasadzie musiał być z racji pełnionej funkcji, ale takim, który przyznanych mu przez ustawę o radiofonii i telewizji uprawnień po prostu nadużywał. Nie da się bowiem inaczej, niż jako nadużycie (zgoda, że nieprecyzyjnych - stąd mogą być wątpliwości w kwestii tego, co jest jeszcze użyciem jakiegoś przepisu, a co już jego nadużyciem) przepisów ustawy o radiofonii i telewizji określić takich decyzji Macieja Świrskiego, jak np. kara dla Radia ZET (476 tys. zł) – nałożona w sierpniu 2023 roku za podanie informacji o kulisach przejazdu prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przez Polskę (szef KRRiT uznał to za dezinformację o znaczeniu państwowym), kara dla TVN24 (550 tys. zł) – nałożona w marcu 2024 roku za reportaż „Bielmo. Franciszkańska 3” autorstwa Marcina Gutowskiego, dotyczący wiedzy Karola Wojtyły na temat pedofilii w Kościele, kara dla TVN (142 tys. zł) – nałożona pod koniec 2024 roku za reportaż „29 lat bezkarności. Fenomen ojca Tadeusza”, czy kara dla TOK FM (80 tys. zł) – nałożona w kwietniu 2023 roku za wypowiedzi publicysty Piotra Maślaka, który podręcznik do przedmiotu Historia i Teraźniejszość prof. Wojciecha Roszkowskiego porównał do podręcznika dla Hitlerjugend.


Pan Świrski jest więc po prostu wrogiem wolności słowa. Ale wolność słowa przysługuje - lub przynajmniej powinna przysługiwać - także wrogom tej wolności. Czy jednak można powiedzieć, że wolność słowa Macieja Świrskiego została naruszona wskutek tego, że został on zatrzymany i zostały mu postawione zarzuty w związku jego działalnością jako członka zarządu Polskiej Fundacji Narodowej w 2017 roku? Jeśli chodzi o to, to - no cóż - działalność ta polegała w jakiej mierze na wypowiedziach. Bo trudno jest inaczej - per se w każdym razie - określić rozmieszczanie tu i ówdzie bilbordów z takimi napisami, jak „Sędzia kradła spodnie”, „Pijany sędzia awanturował się w klubie”, „Sędzia z żoną kradli elektronikę”, czy „Sędzia może kłamać bezkarnie”. Tyle tylko, że Świrskiemu nie zarzuca się np. wyrażania jakichś zakazanych prawem poglądów - treści, jakie widniały na wspomnianych bilbordach nie są nielegalne. Zarzuca mu się - w związku ze wspomnianymi bilbordami - zupełnie coś innego: sprzeczne z prawem wydawanie państwowych pieniędzy. Przypomnijmy tu podstawowe fakty o PFN: Polska Fundacja Narodowa została założona w 2016 r. przez 17 kluczowych spółek Skarbu Państwa (takich jak m.in. Orlen, KGHM, PGE, PKO BP czy PZU - nie była to więc prywatna fundacja p. Świrskiego) w celu - jak to określa jej statut - promowania wizerunku Polski za granicą, dbania o dobre imię kraju oraz budowania silnej polskiej marki. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać do tego, że rozmieszczanie w publicznej przestrzeni (co per se nie powinno być - i nie jest - zabronione) bilbordów mówiących o tym, że „Sędzia kradła spodnie”, albo, że „Pijany sędzia awanturował się w klubie”, czy też, że „Sędzia z żoną kradli elektronikę”, bądź, że „Sędzia może kłamać bezkarnie” nie miało z dążeniem do osiągnięcia któregokolwiek z tych celów nic wspólnego. Świrskiemu prokuratura zarzuca nie jakieś tam „nadużycie wolności słowa” – o czymś takim można byłoby mówić w przypadku oskarżenia o - dajmy na to - znieważenie prezydenta, propagowanie np. faszyzmu lub komunizmu, nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych czy jeszcze innych, zniesławienie, ujawnienie tajemnicy państwowej, czy nawet np. rozpowszechnianie pornografii - ale o bardzo poważne przestępstwa natury materialnej - według prokuratury działania Świrskiego i współpodejrzanego Cezarego J. doprowadziły do straty finansowej PFN w kwocie nie mniejszej niż 8 428 542,74 zł. Działalność p. Świrskiego, za którą najprawdopodobniej będzie on sądzony nie miała więc nic wspólnego z wolnością słowa. Ani nawet z nadużyciem tej wolności. I oczywiście nie ma nic wspólnego z naruszeniem wolności słowa postawienie mu zarzutów w związku z działaniami polegającymi na wydawaniu środków zgromadzonych przez Polską Fundację Narodową w sposób jaskrawie sprzeczny ze statutowymi celami tej fundacji. Nawet, jeśli działania te miały taki charakter, że w innym przypadku (wyobraźmy sobie prywatną osobę, czy też organizację, która takie bilbordy, jak te, które rozmieszczała PFN ustawia za własne pieniądze) (2) w sposób wręcz oczywisty stanowiłyby one korzystanie z wolności słowa.


Przypisy:


1. Por. sprawy Federal Communications Commission v. Pacifica Foundation (1978) – w której Sąd Najwyższy USA uznał, że Federalna Komisja Łączności ma prawo regulować nieprzyzwoite treści (np. przekleństwa) nadawane za pomocą fal radiowych - i Reno v. American Civil Liberties Union (1997), w której amerykański Sąd Najwyższy orzekł, że przepisy tzw. ustawy o przyzwoitości w komunikacji (Communication Decency Act) z 1996 r. przewidujące karę do 2 lat więzienia dla każdego, kto świadomie: (A) używa interaktywnej usługi komputerowej do wysyłania do określonej osoby lub osób poniżej 18 roku życia - lub (B) używa jakiejkolwiek interaktywnej usługi komputerowej do wyświetlania w sposób dostępny dla osoby poniżej 18 roku życia jakiegokolwiek komentarza, prośby, sugestii, propozycji, obrazu lub innej komunikacji, która w kontekście przedstawia lub opisuje, w sposób ewidentnie obraźliwy według współczesnych standardów społecznych, czynności lub organy seksualne lub wydalnicze są niezgodne z Pierwszą Poprawką do Konstytucji z tego powodu, że nie pozwalają rodzicom samodzielnie decydować, jakie materiały są akceptowalne dla ich dzieci, obejmują mowę i treści akceptowalne dla wyrażających zgodę dorosłych i nie definiują jasno takich pojęć, jak „nieprzyzwoity” i „obraźliwy”.

2. Ponieważ w tym tekście odwołuję się do prawa amerykańskiego jako swego rodzaju „wzorca” wolności słowa – co nie oznacza traktowania przeze mnie tego prawa jako nie mogącego podlegać sensownej krytyce ideału – warto, jak myślę, wspomnieć o tym, jak prawo to reguluje rozmieszczanie w przestrzeni publicznej bilbordów, które w końcu jest korzystaniem z wolności słowa – na bilbordach widnieją wszak zawsze jakieś słowa czy obrazy. Z informacji podanych przez Google AI wynika, że W Stanach Zjednoczonych rozmieszczanie billboardów jest regulowane przez trzy niezależne warstwy prawne: federalną, stanową oraz lokalną. Amerykańskie podejście mocno równoważy interesy biznesu reklamowego z bezpieczeństwem ruchu drogowego, estetyką krajobrazu oraz konstytucyjną ochroną wolności słowa (Pierwsza Poprawka).

Zasady te dzielą się na kilka kluczowych obszarów:

1. Poziom federalny: Ustawa o upiększaniu autostrad (HBA)

Fundamentem przepisów w skali całego kraju jest Highway Beautification Act (HBA) z 1965 roku (zwana też „Prawem Lady Bird” od imienia żony prezydenta Lyndona B. Johnsona, która o nią walczyła). [1, 2] Zasięg kontroli: Przepisy dotyczą pasa o szerokości 660 stóp (ok. 201 metrów) od krawędzi autostrad międzystanowych (Interstate) oraz głównych dróg federalnych. [1, 2]

Finansowy bat na stany: Federalny rząd nie zarządza bezpośrednio każdym znakiem, ale wymaga, by każdy stan wprowadził „skuteczną kontrolę” reklam. Jeśli stan nie egzekwuje przepisów, traci 10% unijnych/federalnych funduszy na budowę i remonty dróg. [1] Gdzie wolno, a gdzie nie: Nowe billboardy komercyjne mogą powstawać wyłącznie w strefach sklasyfikowanych jako handlowe lub przemysłowe. Całkowicie zabronione są na obszarach wiejskich, leśnych i krajobrazowych. [1, 2]

2. Poziom stanowy: Całkowite zakazy i limity odległości. Stany posiadają autonomię i mogą zaostrzyć przepisy federalne według własnego uznania.

Cztery stany bez billboardów: Na terenie stanów Vermont, Alaska, Hawaje oraz Maine obowiązuje całkowity, surowy zakaz stawiania tradycyjnych billboardów komercyjnych (w celu ochrony turystyki i naturalnego piękna krajobrazu). Minimalne odległości: Stany określają, jak daleko od siebie mogą stać konstrukcje. Przykładowo, w stanie Missouri odległość między dwoma billboardami przy autostradzie musi wynosić minimum 1400 stóp (ok. 426 metrów). Przepisy ściśle definiują też odległość reklam od skrzyżowań i zjazdów (często min. 500 stóp) w celu zachowania widoczności. [1, 2]

3. Poziom lokalny: Plany zagospodarowania (Zoning Laws) Większość szczegółowych decyzji zapada na szczeblu hrabstw i miast, za pośrednictwem lokalnego prawa o zagospodarowaniu przestrzennym: [1, 2] Wymiary i wysokość: Lokalne kodeksy określają maksymalną powierzchnię tablicy (standardowo od 25 do 50 stóp wysokości konstrukcji). Linia zabudowy (Setbacks): Przepisy określają precyzyjnie minimalny dystans konstrukcji od krawędzi jezdni, chodnika lub granicy działki prywatnej. [1, 2]

4. Rewolucja cyfrowa i ekrany LED. Federalna Administracja Autostrad (FHWA) dopuszcza stosowanie nowoczesnych billboardów cyfrowych (LED), ale narzuca im bardzo restrykcyjne normy bezpieczeństwa, aby nie rozpraszały kierowców: [1, 2] Zakaz animacji: Obraz na ekranie musi być całkowicie statyczny. Zabronione są filmy, ruchome elementy, błyski czy efekty przewijania. [1, 2] Czas wyświetlania: Jedna reklama musi wyświetlać się bez ruchu przez minimum 6 do 8 sekund (zależnie od stanu) przed natychmiastową zmianą na kolejną. [1] Regulacja jasności: Ekrany muszą posiadać czujniki natężenia światła, automatycznie ściemniające ekran po zmroku, by nie oślepiać kierowców.

5. Wolność słowa a reklama (Sąd Najwyższy) W USA miasta nie mogą dowolnie zakazywać billboardów tylko dlatego, że nie podoba im się treść reklamy. Sąd Najwyższy USA (m.in. w głośnej sprawie Austin v. Reagan National Advertising) orzekł, że samorządy mogą różnicować przepisy dla reklam zewnętrznych (np. wprowadzać inne reguły dla szyldu na budynku sklepu, a inne dla wolnostojącego billboardu), o ile kryteria opierają się na kwestiach neutralnych – lokalizacji, rozmiaru i bezpieczeństwa, a nie na cenzurowaniu przekazu. [1]


 Tak więc w USA rozstawianie bilbordów mówiących o tym, że jakiś tam sędzia coś tam ukradł, albo, że sędziowie bezkarnie kłamią mogłoby być zakazane z tego np. powodu, że bilbordy szpecą krajobraz, ale nie z powodu przedstawianej na nich treści. Zakaz takich bilbordów w takiej czy innej przestrzeni byłby konstytucyjnie dopuszczalny tylko wówczas, jeśli w przestrzeni tej zakazane byłyby wszelkie bilbordy. Jeśli jednak billboardy są dozwolone, urzędnicy nie mają prawa różnicować przepisów ze względu na treść przekazu. Uchwała rady miejskiej nie może np. pozwalać na reklamowanie Coca-Coli, a zakazywać hasła „Głosuj na X” lub „Stop aborcji”. [1, 2]. Ani też oczywiście, że (np.) sędziowie kradną (to znaczy ściśle mówiąc, zarzut – również przedstawiony na bilbordzie - że konkretny, wymieniony z imienia i nazwiska lub przynajmniej określony w sposób nie budzący wątpliwości co do tego, o kogo konkretnie chodzi sędzia coś ukradł mógłby stanowić niechronione przez Pierwszą Poprawkę zniesławienie, aczkolwiek wygranie sprawy o zniesławienie przez takiego sędziego mogłoby być trudne, gdyż jako ktoś będący publiczną osobą musiałby on – zgodnie z regułą ustanowioną w 1964 r. przez Sąd Najwyższy USA w sprawie New York Times Co. v. Sullivan wykazać przed sądem, że zarzut ten był nieprawdziwy, i że ten, kto go przedstawił wiedział o jego fałszywości lub przynajmniej podejrzewał to, że może być on niezgodny z prawdą. Nie mogłyby być natomiast – z powodu ich treści – przedmiotem postępowania sądowego być treści mówiące np. o tym, że jakiś – nie wiadomo konkretnie jaki – sędzia coś ukradł, albo – dajmy na to – że wszyscy sędziowie kradną (albo mordują, gwałcą, biją żony, molestują dzieci, itp.). Prawo amerykańskie, jakkolwiek dopuszcza cywilne pozwy – a nawet kryminalne akty oskarżenia – o zniesławienie jakiejś konkretnej osoby (z tym, że w większości stanów zniesławienie nie jest przestępstwem, lecz wyłącznie deliktem prawnocywilnym), czy też niewielkiej grupy konkretnych ludzi (za największą grupę, która może zostać zniesławiona w sensie prawnym uznaje grupę składającą się z około 25 członków), to nie przewiduje przestępstw czy też cywilnoprawnych deliktów polegających na zniesławieniu (czy też znieważeniu – przy czym zniewagi, poza przypadkami tzw. fighting words, czyli skrajnie obraźliwych słów kierowanych do kogoś twarzą w twarz w sposób mogący sprowokować ich adresata do natychmiastowego użycia odwetowej przemocy, bądź uporczywego dręczenia kogoś – także przy użyciu zniewag – choć dręczenie takie równie dobrze może polegać na uporczywych, lecz niechcianych wyznaniach miłości) jakiejś dużej grupy ludzi – a więc takiej, jak wszyscy sędziowie, wszyscy prokuratorzy, wszyscy komornicy, wszyscy lekarze, wszyscy nauczyciele, wszyscy członkowie jakiejś partii politycznej, czy też wszyscy członkowie jakiejś grupy narodowej, etnicznej, rasowej, religijnej, grupy typu osoby LGBT, itd. (podobnie, jak nie przewiduje takiego przestępstwa, jak „nawoływanie do nienawiści” przeciwko wszystkim, czy też niektórym tego rodzaju grupom) – i nie przewiduje też oczywiście takich przestępstw czy deliktów cywilnoprawnych, jak zniesławienie jakichś bliżej nieokreślonych członków pewnych grup (ostatecznie rzecz biorąc jest rzeczą wyobrażalną, że jakiś sędzia mógłby uznać, że hasło mówiące o tym, że „sędzia ukradł spodnie”, albo, że „sędzia może kłamać bezkarnie” rzutuje na jego dobre imię, nawet jeśli nie odnosi się wprost do niego, a tylko do jakiegoś nie wymienionego w sposób konkretny sędziego). Takie wypowiedzi są uznawane w USA – moim zdaniem całkowicie słusznie (mimo, że są one po prostu głupie – tyle tylko, że w dzisiejszych czasach mądre i wyważone wypowiedzi nie wymagają zazwyczaj – przynajmniej w demokratycznych krajach – rozmaite satrapie to oczywiście zupełnie co innego – jakiejś specjalnej ochrony, jako że wypowiedzi takich rzadko kiedy próbuje się zakazać… choć prawdę mówiąc wspomniana tu ustawa o radiofonii i telewizji potencjalnie obejmuje również takie wypowiedzi, zaś decyzje Macieja Świrskiego jako przewodniczącego KRRiTV w jakiejś przynajmniej mierze dotyczyły takich właśnie wypowiedzi – przecież nakładane przez niego grzywny (o których była tu mowa) nie były nakładane z powodu jakichś treści pornograficznych, skrajnie brutalnych, wulgarnych czy po prostu kłamliwych, lecz po prostu z powodu treści, do których miał on negatywny stosunek z racji swych poglądów politycznych) za chronione przez Pierwszą Poprawkę.

Warszawiak "civil libertarian" (wcześniej było "liberał" ale takie określenie chyba lepiej do mnie pasuje), poza tym zob. http://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka