Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski
70
BLOG

W sprawie Juliusa Streichera i (m.in.) „mowy nienawiści”

Bartłomiej Kozłowski Bartłomiej Kozłowski Polityka Obserwuj notkę 0

(w nawiązaniu do artykułu Noemi Grin) Tekst dostępny także pod adresem https://bartlomiejkozlowski.pl/streicher.htm, dalej link  do wersji PDF


Na internetowej stronie „Gazety Wyborczej” został w dziale „Ale historia” opublikowany artykuł Noemi Grin – urodzonej w 2003 r. absolwentki wydziału Artes Liberales, obecnie studentki Interdyscyplinarnych Studiów Nad Dyskursem na Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego – „Goebbels nazwał go "pornografem Trzeciej Rzeszy". Gardziła nim cała nazistowska elita, ale Hitler go chronił”.  Odnosi się on do postaci Juliusa Streichera – „żydożercy nr 1” nazistowskich Niemiec – który za publikowanie w kierowanym przez niego piśmie „Der Stürmer” („Szturmowiec”) artykułów domagających się całkowitego wymordowania Żydów w okresie II wojny światowej i Holocaustu został skazany w tak zwanym pierwszym procesie norymberskim na karę śmierci i wraz dziesięcioma innymi (żyjącymi jeszcze wówczas) największymi nazistowskimi zbrodniarzami zawisł na szubienicy. Autorka wspomnianego artykułu – który zaczyna się od postawienia retorycznego pytania „Czy można skazać kogoś na karę śmierci za mowę nienawiści?” – i natychmiastowego udzielenia na nie odpowiedzi: „Przypadek Juliusa Streichera pokazuje, że tak” – poza przedstawieniem życiorysu Streichera i relacji między nim, a innymi czołowymi nazistami, w tym oczywiście samym Hitlerem – w sposób ewidentny lansuje pogląd, że antyżydowska propaganda uprawiana w „Stürmerze” przyczyniła się – poprzez podkopanie podstawowych norm moralnych – do zbrodni ludobójstwa.


Czy tak jednak było? Choć trudno byłoby twierdzić, że z pewnością nie, to pewne rzeczy odnośnie Juliusa Streichera warto uściślić, a pewne dodać. Otóż przede wszystkim uściślenia wymaga stwierdzenie, że Streicher został skazany na karę śmierci za „mowę nienawiści”. Choć oczywiście przez całe lata uprawiał on coś, co można byłoby określić mianem „mowy nienawiści” przeciwko Żydom, to został skazany przede wszystkim w związku z treścią 26 artykułów (z czego 12 autorstwa samego Streichera) opublikowanych na łamach „Der Stürmer” między sierpniem 1941 a wrześniem 1944 r. – w których to artykułach w sposób kategoryczny żądał on likwidacji wszystkich Żydów. Twierdzenie, że Streicher dostał karę śmierci za „mowę nienawiści” jest więc wprowadzające w błąd – pojęciem „mowy nienawiści” (które jest w oczywisty sposób nader dalekie od precyzji) zazwyczaj obejmuje się wypowiedzi, które nie wzywają do żadnych kryminalnych działań – choć zawierają obraźliwe i/lub wrogie stwierdzenia na temat mniejszości narodowych, etnicznych, rasowych, religijnych, osób LGBTQ+, etc.


Lecz odnośnie Streichera i wydanego nań wyroku warto też zauważyć jedną – być może mało znaną – rzecz: taką mianowicie, że przed trybunałem w Norymberdze nie zostały przedstawione żadne konkretne dowody na to, że to właśnie szerzona przez niego propaganda przyczyniła się bezpośrednio - lub choćby nawet tylko pośrednio - do zbrodni Holocaustu. Przesłuchanie żadnego ze świadków nie wykazało, by to właśnie lektura „Stürmera była czymś, co zachęciło kogoś do popełnienia jakiegoś konkretnego przestępstwa. Dlaczego więc Streicher dostał "kaesa" i zawisł? Prawdopodobnie było tak, że związek przyczynowo - skutkowy pomiędzy uprawianą przez niego propagandą, a hitlerowskim zbrodniami przeciwko Żydom był dla sędziów oczywistością, nie wymagającą dalszych dowodów. Nie jest też wykluczone, że swoją rolę mogło odegrać to, że Streicher był człowiekiem o wyjątkowo ponoć odpychającej powierzchowności - w każdym razie obserwatorzy procesu norymberskiego określali go takimi słowami, jak „brutalny”, „ordynarny”, „wulgarny” i „świński”. (1)


Rzecz jasna, to, że w Norymberdze nie przedstawiono konkretnych dowodów na związki przyczynowo - skutkowe między tym, co publikowano w "Der Stürmer", a mordowaniem Żydów przez nazistów nie oznacza jeszcze, że żadnych takich związków na pewno nie było. Lecz mimo wszystko istnieją przesłanki do tego, by przypuszczać, że wpływ antysemickiej propagandy na faktyczne zbrodnie przeciwko Żydom był mniejszy, niż zwykło się to powszechnie uważać. Niezłą wskazówką w tym kierunku może być np. książka Christophera Browninga „Zwykli ludzie – 101 Rezerwowy Batalion Policji”. Browning - opierając się na powojennych zeznaniach członków tego batalionu, który zamordował co najmniej 83 tys. Żydów – doszedł do wniosku, że jego członkowie dokonywali zbrodni nie w wyniku jakichś zaciekle antyżydowskich przekonań, lecz w wyniku konformizmu, presji grupy rówieśniczej, strachu przed wyobcowaniem oraz uwarunkowanego ewolucyjnie posłuszeństwa wobec autorytetu. (2)


Sącząca się od chwili dojścia nazistów do władzy zewsząd antyżydowska propaganda nie miała też bynajmniej skutku w postaci zrobienia z wszystkich Niemców - poza nielicznymi wyjątkowo na nią odpornymi - przekonanych antysemitów. Największy wpływ miała ona na ludzi w młodym wieku, indoktrynowanych w szkołach oraz w organizacjach typu Hitlerjugend, do których należała bardzo zdecydowana większość Niemców w wieku szkolnym (jak wynika z Wikipedii, w 1937 do HJ należało 90% niemieckich chłopców). Jednak efekt antyżydowskiej propagandy docierającej do ogółu Niemców poprzez prasę, radio i filmy wyświetlane w kinach (telewizji, jak wiadomo, jeszcze wówczas nie było) był znacznie mniej znaczący, przy czym, jak w swojej książce "Free speech - a global history from Socrates to social media" pisał Jacob Mchangama klasa robotnicza i katolicy byli grupami najmniej podatnymi na nazistowską ideologię. W lecie 1940 niemiecka Służba Bezpieczeństwa (Sicherheitsdienst) w swym tajnym raporcie informowała o szeroko rozpowszechnionym krytycyzmie wobec propagandy, zmniejszeniu zainteresowania prasą i nieufności wobec oficjalnych raportów wojskowych. Naukowcy badający czasy III Rzeszy stwierdzili też, że efekty propagandy przeciwko Żydom zależały przede wszystkim od wcześniejszych przekonań jej odbiorców. Propaganda ta miała „pozytywny” rezonans tam, gdzie poziom antysemityzmu był historycznie wysoki, lecz jej skutki był odwrotne od zamierzonych tam, gdzie poziom antysemityzmu był niższy.


Weźmy też taką rzecz, jak osławiona "Noc Kryształowa" z 9/10 listopada 1938 r. Dość chyba popularnym przekonaniem na temat "Kristalnacht" jest to, że że była ona spontanicznym wybuchem nienawiści Niemców wobec Żydów, spowodowanym – bardziej, czy też mniej bezpośrednio – karmieniem ich antysemicką propagandą. Tyle tylko, że tak nie było. Antyżydowska akcja została zorganizowana przez kierownictwo NSDAP, a

uczestniczyli w niej przede wszystkim podporządkowanymi temu kierownictwu członkowie partyjnych bojówek SA i SS. Spośród zwykłych, nie podlegających partyjnym rozkazom Niemców do aktów wandalizmu dołączyli tylko nieliczni. Fakt, że niewielu nie będących esamanami czy esesmanami Niemców wzięło czynny udział w wydarzeniach „Nocy Kryształowej” przeczy popularnej wśród zwolenników zakazów „hate speech” tezie, że „mowa nienawiści” wywołuje u ludzi, do których uszu lub oczu trafia nienawiść (pomijając nielicznych na nią odpornych – takich np. jak aktywiści „Otwartej Rzeczypospolitej” czy też „Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych” - którzy niewątpliwie czytają o wiele większą ilość rasistowskich, antysemickich, homofobicznych i innych nienawistnych tekstów, niż przysłowiowy przeciętny człowiek z ulicy) i że ta nienawiść motywuje ludzi, którzy wcześniej nasłuchali bądź naczytali się „mowy nienawiści” do przemocy skierowanej przeciwko członkom grup, których tyczy się taka „mowa”. Gdyby tak akurat było (a w każdym razie, gdyby to był częsty efekt „hejtspiczu”), to udział zwykłych Niemców w pogromach „Nocy Kryształowej” byłby masowy. Zauważmy tu bowiem dwie rzeczy: po pierwsze, zdarzenie o którym jest tu mowa, miało miejsce w czasie, gdy od kilku już lat antysemicka propaganda była w Niemczech codziennością (i – co nie mniej ważne – propagandzie takiej nie można się było przeciwstawiać bez narażania się na co najmniej trafienie do więzienia lub koncłagru), po drugie zaś to, że udział w tym zdarzeniu – czy też serii zdarzeń, stanowiących w normalnych okolicznościach kryminalne przestępstwa – nie tylko, że nie był czymś karanym, lecz przeciwnie – był wysoce aprobowany przez władze, które chciały, by zdarzenia te wyglądały na spontaniczny wybuch gniewu niemieckiego ludu przeciwko Żydom. Gdyby więc było tak, że antysemicka propaganda wywołała u Niemców nienawiść wobec Żydów i uczucia nienawiści wobec tej grupy narodowej, a zarazem (w przeważającej mierze) religijnej wywołałyby u nich gotowość sięgnięcia po przemoc wobec członków tej grupy to uczestnictwo Niemców w wydarzeniach „Nocy Kryształowej” byłoby szerokie. Jeśli bowiem szerzenie nienawiści wobec Żydów wywołałoby u Niemców uczucia nienawiści wobec nich (a te z kolei gotowość, czy chęć posunięcia się do przemocy) to trudno byłoby sobie wyobrazić lepszą, niż „Noc Kryształowa” okazję do dania sobie przez Niemców upustu uczuciom owej nienawiści – z racji przede wszystkim widocznej z góry bezkarności udziału w tych wydarzeniach.


Choć oczywiście, niektórzy „zwykli” Niemcy – nie będący członkami SA czy SS – wzięli udział w wydarzeniach „Nocy Kryształowej”. Czy udział takich osób we wspomnianych wydarzeniach mógł być jakimś wynikiem oddziaływania na nich antysemickiej propagandy – bo na zdrowy rozum nie mógł być on wynikiem wyłącznie odgórnych, partyjnych rozkazów, którym ludzie ci nie podlegali? To jak najbardziej jest możliwe. Lecz na udział takich osób w wydarzeniach „Kristalnacht” trzeba się patrzeć z perspektywy kontekstu, w jakim te wydarzenia miały miejsce. Przede wszystkim, dla osób, o których jest tu mowa było oczywiste, że takie czyny, jak niszczenie należącej do Żydów własności, czy też bicie, lub nawet zabijanie Żydów nie tylko, że ujdą im bezkarnie, ale spotkają się wręcz z pochwałą ze strony władz. To jest jednak sytuacja kompletnie inna od tej, jaką mamy do czynienia w normalnym państwie, gdzie za tego rodzaju czyny nie tylko, że nie dostaje się od władzy pochwał, lecz idzie się za nie do więzienia. Jak w swym słynnym zdaniu zbieżnym wobec decyzji Sądu Najwyższego USA z 1927 r. w sprawie Whitney v. California napisał sędzia Louis Brandeis „wśród wolnych ludzi środkami odstraszającymi zwykle stosowanymi w celu zapobiegania przestępczości są edukacja i kary za naruszenie prawa, a nie ograniczenie prawa do wolności słowa i zgromadzeń”. Tych środków zapobiegania przemocy, o których w swej opinii w sprawie Whitney przeciwko Kalifornii wspomniał sędzia Brandeis w okolicznościach, w jakich nastąpiła „Noc Kryształowa” nie było. Gdyby istniały one i były możliwe do zastosowania, takie wydarzenia i szczególnie o takiej skali, jak „Noc Kryształowa” najprawdopodobniej nie miałyby miejsca.


Znów, można oczywiście twierdzić, że wpływ antyżydowskiej propagandy na "zwykłych" Niemców wyraził się w przypadku "Nocy Kryształowej" ich obojętnością wobec przemocy przeciwko Żydom. Trudno byłoby udowodnić, że tak na pewno nie było. Lecz bez specjalnej wątpliwości można powiedzieć to, że aby podczas "Kristalnacht" w sposób czynny przeciwstawić się tej przemocy trzeba byłoby być bohaterem. A bohaterowie najczęściej są niestety nieliczni.


Warto też zauważyć jeszcze jedną rzecz, a dotyczącą czasów przed dojściem Hitlera do władzy - taką mianowicie, że uprawiana przez (m.in.) ówczesnych nazistów antyżydowska propaganda wcale nie była wówczas bezkarna. W okresie tzw. Republiki Weimarskiej miało miejsce ok. 200 procesów sądowych z powodu antysemickich wypowiedzi. Donosy do prokuratury w takich sprawach składała przede wszystkim czołowa wówczas organizacja żydowska w Niemczech, jaką było Central-Verein deutscher Staatsbürger jüdischen Glaubens. Według tej organizacji nie więcej, niż 10% tego rodzaju spraw zostało zbyt łagodnie czy też niewłaściwie potraktowanych przez władze. Za jakie wypowiedzi na temat Żydów naziści byli stawiani przed sądami i czasem nawet trafiali do więzienia? Otóż, przykładem może być tu sprawa przeciwko właśnie Streicherowi i jego współpracownikowi Karlowi Holzowi wytoczona na podstawie art. 166 niemieckiego kodeksu karnego, który w obowiązującej wówczas wersji przewidywał karę do 3 lat więzienia dla kogoś, kto „publicznie bluźni Bogu za pomocą obraźliwych wyrażeń”, a także dla tego, kto „publicznie znieważa Kościół chrześcijański lub jakąkolwiek wspólnotę religijną posiadającą prawa istniejące na terytorium federalnym lub jej konstytucję bądź zwyczaje”, jak również dla kogoś, kto „dopuści się znieważającego zachowania w kościele lub innym miejscu przeznaczonym do zgromadzeń religijnych”. Sprawa ta obejmowała dwa zarzuty. Pierwszym z nich było przedstawienie pewnych niewyjaśnionych przez policję zabójstw jako możliwych żydowskich morderstw rytualnych. Jak oświadczyli oskarżyciele z Centralverein, ton artykułów, jakie ukazały się w „Stürmerze” atakował wszystkich Żydów poprzez błędnie zinterpretowane lub źle zastosowane cytaty talmudyczne, co stanowiło wyraźny atak na judaizm jako religię. Drugim zarzut dotyczył powtarzających się w „Stürmerze” stwierdzeń, że religia żydowska pozwala, a nawet nakazuje, krzywoprzysięstwo i oszustwa wobec nie-Żydów i aprobuje bezczeszczenie nieżydowskich dziewcząt. Proces zakończył się wyrokiem 2 miesięcy więzienia dla Streichera i 3,5 miesięcy dla Holza (prokurator żądał 8 i 9 miesięcy). Dość podobna do wspomnianej powyżej sprawa miała miejsce w 1932 r. Nie-żydowska dziewczyna z północnoniemieckiego miasta Paderborn, zapłodniona przez syna swojego żydowskiego pracodawcy, zmarła, gdy jej kochanek spartaczył (nielegalną oczywiście wówczas w Niemczech) aborcję. Sprawca ciąży (i aborcji) próbował pozbyć się jej zwłok, rozczłonkowując je i rozrzucając po okolicy. Gdy „Der Stürmer” przedstawił to zdarzenie jako żydowskie morderstwo rytualne, pismo zostało czasowo zawieszone, a redaktor odpowiedzialny za publikację skazany za przestępstwo z art. 166 niemieckiego k.k. W ogóle szereg wyroków, jakie zapadły na podstawie wspomnianego przepisu dotyczyło publikacji na temat żydowskich morderstw rytualnych i przedstawiania obrazów ukazujących takie rzekomo popełniane przez Żydów zbrodnie. (3) Ogólnie rzecz biorąc, w latach 1923 - 1933 „Der Stürmer” był konfiskowany bądź jego redaktorzy stawiani przed sądem nie mniej, niż 36 razy. Dodać też trzeba, że walka z niebezpieczną według ówczesnych niemieckich władz propagandą nie ograniczała się to bezpośredniego stosowania prawa karnego. Polegała też ona na okresowym zawieszaniu wydawania całych gazet. Jak we wspomnianej książce „Free speech – a global history from Socrates tu social media” napisał Jacob Mchangama w okresie od marca 1930 r. do maja 1932 r. w samych tylko Prusach czasowo zostało zawieszonych 248 gazet. 43 spośród nich należało do różnych ruchów prawicowych, 77 do komunistów, zaś najwięcej, bo 91 do partii nazistowskiej.


Lecz jakie były efekty wspomnianych akcji? Otóż, np. takie, że że Streicher i Holz, po tym, jak zostali skazani za antysemickie wypowiedzi opuszczali sąd przy wtórze śpiewów i wiwatów ponad 400-osobowego tłumu ich zwolenników. Zaś tydzień później NSDAP dostała trzykrotnie większą niż we wcześniejszym głosowaniu liczbę głosów w wyborach do parlamentu krajowego Turyngii, a później więcej, niż podwoiła liczbę głosów w wyborach federalnych w rodzinnym mieście Streichera Norymberdze. Jak w swojej książce pisał Mchangama, mógł to być najbardziej zgubny przypadek tzw. „efektu Streisand” w historii.


Mógłby ktoś oczywiście argumentować, że represje za antysemickie wypowiedzi w przed-hiterowskich Niemczech były zbyt łagodne. I jakby nie było wydawany przez Streichera tygodnik „Der Stürmer” cały czas ukazywał się z umieszczonym na dole pierwszej strony mottem „Die Juden sind unser Unglück” („Żydzi są naszym nieszczęściem”) – które to motto niewątpliwie zostałoby uznane w dzisiejszych Niemczech za podżeganie do nienawiści przeciwko Żydom, jeśli zostałoby ono użyte w celach propagandowych (bo oczywiście nie jest czymś zakazanym w Niemczech po prostu pisanie o tym, że istniało kiedyś takie pismo, jak „Der Stürmer” i że miało ono na swej pierwszej stronie wspomniane motto) i poza zdaje się jednym przypadkiem, jakim było wspomniane przez Flemminga Rose w jego artykule "Words and Deeds" hasło to nie było zwalczane na drodze prawnej. Obecnie jednak za antyżydowskie hasła - a szczególnie już za negowanie (czy choćby "bagatelizowanie") Holocaustu można w Niemczech dostać znacznie większy wyrok, niż 2, czy 3,5 miesiąca więzienia, jakie we wspomnianej tu sprawie dostali Streicher i Holz (ten drugi za wypowiedzi na temat Żydów dostał w końcu rok bezwzględnej odsiadki, lecz był to jego szesnasty już wyrok za antysemickie stwierdzenia). Dają jednak zakazy takich wypowiedzi (które w Niemczech karane są przede wszystkim na podstawie art. 130 k.k. według którego przestępstwem jest podżeganie do nienawiści, lub wzywanie do przemocy lub arbitralnych działań wobec części populacji, a także znieważenie, złośliwe oczernianie lub zniesławienie części populacji, a także m.in. aprobowanie, negowanie lub bagatelizowanie Holocaustu) - i represje za takie wypowiedzi (grozi za nie do 5 lat więzienia) coś pozytywnego - np. powstrzymują one przemoc przeciwko Żydom - bo przecież zdaniem zwolenników zakazów "mowy nienawiści" szerzone przez podpadające pod taki przepis, jak wspomniany art. 130 StGB (w Polsce jego odpowiednikiem są m.in. art. 256 i 257 k.k.) wypowiedzi mogą prowadzić do kształtowania przekonań i pobudzania emocji, które stają się czasem podłożem dla stosowania takiej przemocy?


Jeśli chodzi o to, to surowo zabraniające zabraniające „mowy nienawiści”, negowania i bagatelizowania Holokaustu, a także propagowania nazizmu Niemcy są najbardziej niebezpiecznym dla Żydów krajem w zachodnim świecie. W każdym razie – jak podaje Google AI - 2025 r. niemiecka policja odnotowała łącznie 8725 antysemickich incydentów – z czego 182 stanowiły bezpośrednie ataki fizyczne na ludzi - co dawało 69,8 antysemickich incydentów na 1000 Żydów i 145,6 przypadków fizycznej przemocy na 100 000 tamtejszych Żydów - których jest tam łącznie ok. 125 000 (na milion wszelkich mieszkańców Niemiec - było ich w 2025 r. ok. 83,5 mln aktów przemocy przeciwko Żydom o antysemickim podłożu przypadało ok. 2,18). Niemcy nie są oczywiście jednym zachodnim krajem, w którym antyżydowska "mowa nienawiści" jest tępiona prawnie i który jednak nie jest przez to bezpieczny dla Żydów. W Wielkiej Brytanii za "hate speech" można do więzienia trafić jeszcze łatwiej niż w Niemczech, gdzie za pierwsze tego rodzaju przestępstwo dostaje się z reguły grzywnę lub wyrok w zawiasach. W przypadku tego akurat kraju działająca tam żydowska organizacja charytatywna Community Security Trust wskazała w swym raporcie na 174 ataki fizyczne (w tym 4 przypadki ekstremalnej przemocy zagrażającej życiu) - a ponadto na rekordowe 217 przypadków niszczenia mienia i zbezczeszczenia miejsc żydowskiego kultu religijnego (ataki na prywatne domy, samochody i synagogi). Na 100 000 brytyjskich Żydów – których jest łącznie ok. 312 000 – przypadało zatem w 2025 r. 55,6 aktów bezpośredniej, fizycznej przemocy przeciwko osobom, a na milion wszelkich mieszkańców tego kraju 2,50 tego rodzaju antysemickich czynów. Z kolei we Francji odnotowano w 2025 r. 126 aktów fizycznej przemocy przeciwko Żydom o antysemickim podłożu (28,7 takich czynów na 100 000 tamtejszych Żydów, których jest tam ok. 440 tys. i 1,94 takich przestępstw z milion wszelkich mieszkańców), w niemniej surowo, jak Niemcy traktującej antysemickie wypowiedzi Austrii wspomnianego rodzaju czynów odnotowano w 2025 r. 19 - co daje 126 takich czynów na statystyczne 100 000 austriackich Żydów (jest ich tam w rzeczywistości ok. 15 000) i 2,06 takich czynów na milion ogółu ludności, zaś w Kanadzie - gdzie za umyślne propagowanie nienawiści przeciwko takiej grupie, jak np. Żydzi jak najbardziej można trafić do więzienia - w 2024 r. odnotowano 51 bezpośrednich fizycznych ataków na ludzi o antysemickim podłożu, co przy liczbie ok. 400 000 Żydów w Kanadzie daje 12,75 takich czynów na 100 000 kanadyjskich Żydów i 1,24 takich czynów na milion wszelkich mieszkańców tego kraju. W zachodnim świecie jest jeden kraj, gdzie za wygadywanie, czy wypisywanie czegokolwiek o Żydach - i oczywiście wszelkich innych grupach rasowych, narodowościowych, etc. - nic w sensie prawnym nie grozi. To oczywiście Stany Zjednoczone. W USA bezkarne jest nawet bezpośrednie nawoływanie do przemocy - chyba, że ma ono na celu wzniecenie przemocy w sposób praktycznie natychmiastowy i w sytuacji, w jakiej ma ono miejsce może ono faktycznie w praktycznie natychmiastowy sposób wzniecić przemoc. Oczywiście nie jest tam też karalne "propagowanie nazizmu" - czy komunizmu – a także "kłamstwo oświęcimskie" etc. Jeśli bezkarność "mowy nienawiści" miałaby zwiększać ryzyko "przestępstw z nienawiści" tego rodzaju, co fizyczne ataki na ludzi o podłożu np. antysemickim (które w USA są zagrożone wyższymi karami, niż analogiczne przestępstwa, których sprawcy przy wyborze swych ofiar nie kierują się jednak takimi ich cechami, jak rasa, narodowość, wyznanie, czy orientacja seksualna) to fizycznych "hate crimes" powinno być tam proporcjonalnie więcej, niż w krajach europejskich (czy też np. we wspomnianej już Kanadzie), gdzie wypowiedzi prawnie zakwalifikowane jako publiczne znieważenie czy też zniesławienie takich czy innych grup ludności, albo "nawoływanie do nienawiści" przeciwko takim grupom są prawnie zakazane i karane od od co najmniej kilkudziesięciu lat. Jak jednak jest w rzeczywistości? Otóż, jeśli chodzi o czyny o podłożu antysemickim, to w USA w 2025 r. odnotowano łącznie 203 fizyczne napaści na Żydów - faktycznie więcej, niż w jakimkolwiek wspomnianym tu wcześniej kraju. Tyle tylko, że Żydów – a więc potencjalnych ofiar antysemickich przestępstw – jest w USA przynajmniej 5 700 000. Tak więc na 100 000 amerykańskich Żydów w 2025 r. przypadało ok. 3,2 fizyczne napaści o antysemickim podłożu, a na milion wszelkich mieszkańców ok. 0,59 takich czynów. Całkiem spokojnie można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone, gdzie „mowa nienawiści” jest prawnie tolerowana są krajem wiele razy bezpieczniejszym fizycznie dla Żydów, niż kraje, w których za publiczne znieważanie Żydów i/lub nawoływanie do nienawiści przeciwko Żydom (a także „kłamstwo oświęcimskie” czy propagowanie nazizmu) można nawet trafić za kratki.


W ogóle fizycznych "hate crimes" jest w niezakazujących "hate speech" Stanach Zjednoczonych per capita znacznie mniej, niż w co najmniej wielu krajach karzących za taką "mowę". Na coś takiego wskazują w każdym razie dane przedstawiane na stronie https://hatecrime.osce.org/hate-crime-report.Ostatnie prezentowane tam dane dotyczą 2024 r. Co z nich można wywnioskować? Otóż, np. to, że jeśli chodzi o "hate crimes" zakwalifikowane jako "physical assault" - co w USA niekoniecznie musi oznaczać nawet tylko uderzenie, czy popchnięcie kogoś - może oznaczać to np. wymachiwanie komuś pięścią przed nosem - w USA na milion mieszkańców przypadało ok. 13,25 takich akurat "hate crimes". W Niemczech tego typu "przestępstw z nienawiści" było w 2024 r. ok. 22,69 na milion mieszkańców. W Austrii "hate crimes" typu "physical assault" było niemal 70 na milion mieszkańców. W Kanadzie na milion mieszkańców przypadało ok. 26,06 przestępstw z nienawiści w rodzaju fizycznych napaści na ludzi. We Francji wspomnianego rodzaju "hate crimes" było ok. 19,2 na milion mieszkańców, a z uwzględnieniem czynów zakwalifikowanych jako "sexual assault" ok. 22,76 na milion mieszkańców. W zdecydowanie tępiącej "mowę nienawiści" Holandii na milion mieszkańców przypadało w 2024 r. ok. 54,57 przestępstw z nienawiści o charakterze fizycznych napaści na osoby. W przypadku Wielkiej Brytanii dane za 2024 r. są dość ogólnikowe, ale z danych za rok 2022 można wywnioskować, że przestępstw z nienawiści typu fizycznych napaści było tam ok. 440,49 na milion mieszkańców. Tak duża liczba "hate crimes" w Zjednoczonym Królestwie może po części wynikać z tego, że uznanie przestępstwa za "przestępstwo z nienawiści" jest tam łatwiejsze, niż w innych wspomnianych tu krajach (opiera się ono po prostu na subiektywnym odczuciu ofiary), ale trudno jest mieć wątpliwość co do tego, że przestępstw takich jest tam per capita cokolwiek więcej, niż w USA. (4)


I weźmy też "hate crimes" o najgroźniejszym charakterze - czyli zabójstwa. W USA według danych przedstawionych na wspomnianej już stronie przestępstw takich w 2024 r. odnotowano 6. W Niemczech - będących pod względem liczby ludności ok. 4 razy mniejszym krajem - 18. W Kanadzie takich akurat "hate crimes" odnotowano w 2024 r. 3, a w Austrii 2 - w stosunku do liczby mieszkańców tych krajów, w tym zwłaszcza drugiego z nich (mającego też zresztą poniekąd znacznie bardziej rozciągliwe zakazy wypowiedzi) było to dużo więcej, niż w USA. Warto przy okazji zauważyć, że mniejsza w USA, niż w krajach takich, jak np. Niemcy, Austria, Holandia, Francja czy Wielka Brytania liczba wyrządzających konkretne szkody i krzywdy "przestępstw z nienawiści" występuje w kraju, gdzie brutalna przestępczość jako taka w ogóle jest bardziej nasilona, niż w pozostałych wspomnianych krajach. A przecież sprawcy "hate crimes" na ogół nie są ludźmi, którzy poza popełnianiem takich akurat przestępstw są przysłowiowymi grzecznymi dziećmi. (5)


Warto zauważyć też jeszcze jedno - to mianowicie, że karalna - w myśl przepisów obwiązujących w krajach europejskich czy w Kanadzie "mowa nienawiści" nie jest bynajmniej czymś, na podłożu akurat czego najczęściej rodzą się przekonania i emocje prowadzące do popełniania "przestępstw z nienawiści". Jak podaje Google AI ok. 60–65% sprawców „hate crimes” to „poszukiwacze wrażeń” (thrill-seekers). Ich motywacją nie jest głęboka nienawiść doktrynalna, lecz nuda, chęć zaimponowania rówieśnikom, poszukiwanie adrenaliny oraz poczucie władzy. Atakują oni swoje ofiary w sposób czysto sytuacyjny i impulsywny – ponieważ „nadarzyła się okazja”, a ofiara była bezbronna i „wyróżniała się z tłumu” (np. miała inny kolor skóry, nietypowy ubiór, ortodoksyjny strój religijny lub trzymała za rękę osobę tej samej płci). Dalsze 25% sprawców „hate crimes” to sprawcy „defensywni” (defensive offenders). Ta grupa odpowiada za pobicia, do których dochodzi w wyniku poczucia zagrożenia własnego terytorium lub statusu ekonomicznego. Jeśli chodzi o to, co wpływa na takie osoby i przyczynia się do popełnienia przez nich „przestępstw z nienawiści” to tutaj akurat kluczowy wpływ mają treści całkowicie legalne, tyle tylko, że specyficznie zinterpretowane lub zradykalizowane. Ci akurat sprawcy karmią się legalnymi wiadomościami telewizyjnymi, publicystyką polityczną głównego nurtu oraz debatami internetowymi na temat „kryzysu migracyjnego”, „zagrożenia dla tradycyjnych wartości” czy „wzrostu przestępczości wśród mniejszości”. Takie informacje wywołują u nich lęk i poczucie, że „muszą bronić swojej społeczności”. Wypowiedzi mające zasadniczy wpływ na wspomnianych sprawców "przestępstw z nienawiści" nie łamią takich przepisów, jak art. 256, czy 257 polskiego k.k., lecz dla zdestabilizowanych emocjonalnie odbiorców stanowią moralne przyzwolenie na fizyczny atak jako „obronę konieczną”. Dalsze 8-10% sprawców „hate crimes” to sprawcy „odwetowi” (retaliatory). Są to osoby, które dopuszczają się fizycznego ataku w reakcji na inne, prawdziwe lub rzekome przestępstwo popełnione przez członka danej mniejszości. Klasycznym przykładem jest gwałtowny wzrost liczby pobić przypadkowych muzułmanów na ulicach bezpośrednio po zamachu terrorystycznym przeprowadzonym przez islamistów w Europie. Impulsem do działania jest w ich przypadku ślepy gniew i chęć odwetu na kimkolwiek, kto reprezentuje tę samą grupę. Podłożem są tu emocje wzmagane przez natychmiastowy przekaz medialny (legalne relacje z miejsc tragedii), wyzwalające odruch zbiorowej odpowiedzialności. Wypowiedzi, które dostarczają takim osobom animuszu do kryminalnych działań też nie są w demokratycznych krajach czymś zakazanym.


Jaki natomiast procent sprawców "hate crimes" faktycznie w sposób w miarę regularny zapoznaje się z (i uprawia) karalną w europejskich krajach "hate speech"? Otóż... mniej niż 1. Są to na ogół tzw. misjonarze traktujący przemoc jako swoją „misję życiową” polegającą na oczyszczeniu społeczeństwa z takiej czy innej grupy. Tylko, że odnośnie takich osób też zachodzi pytanie, czy jest tak, że to faktycznie "mowa nienawiści" ma niebezpieczny wpływ na te akurat osoby (jakby miała taki wpływ na wszystkich, którzy się z taką "mową" regularnie stykają, to aktywiści "Otwartej Rzeczypospolitej", stowarzyszenia "Nigdy Więcej" czy też "Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych" którzy ponad wszelką wątpliwość czytają bez porównania większe ilości "hate speech" niż przysłowiowy przeciętny człowiek z ulicy powinni być bardzo niebezpiecznymi ludźmi), czy też jest tak, że wpływ innych czynników, w tym legalnych z prawnego punktu widzenia wypowiedzi (ot, np. informacji o zamachach dokonywanych przez terrorystów odwołujących się do islamu) wywołuje u nich emocje prowadzące zarówno do uprawiania "hate speech", jak i do popełniania "hate crimes". Niezależnie jednak od tego, jak zależność ta faktycznie wygląda, analizy prawicowego terroryzmu (np. raporty prof. Tore Bjørgo) pokazują, że zakazy prawne nie powstrzymują takich ludzi przez lekturą faktycznie karalnej w innych krajach, niż USA "mowy nienawiści" - szukają jej bowiem oni w zakamarkach sieci Darknet lub szyfrowanych grupach na Telegramie, gdzie prawo państwowe skutecznie nie sięga.


Warto też zauważyć jedną podstawową rzecz na temat hipotetycznie możliwych relacji pomiędzy „hate speech”, a „hate crimes”. Jest oczywiste, że wypowiedzi, które z prawnego punktu widzenia można byłoby zakwalifikować jako „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość” (art. 256 § 1 polskiego k.k.), czy też jako „publiczne znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, albo z powodu jej bezwyznaniowości” nie powodują w sposób bezpośredni „przestępstw z nienawiści” (do tego mogą być zdolne wypowiedzi bezpośrednio podburzające do aktów przemocy, o ile mają miejsce w szczególnych okolicznościach – np. gdy są kierowane do już rozzłoszczonego tłumu). Nie słyszymy, ani nie czytamy informacji o ludziach, którzy w następstwie emocji wywołanych przeczytaniem antysemickiego czy rasistowskiego tekstu na ekranie komputera wyszli z domu i pobili spotkanego na ulicy Żyda, czy kogoś należącego do mniejszości rasowej (bądź jeszcze innej). Czymś, co można w sposób nie oczywiście niezgodny z widocznymi faktami twierdzić jest to, że tego rodzaju wypowiedzi mogą się przyczyniać do kształtowania się w głowach niektórych osobników przekonań i pobudzania u nich emocji, które w przypadku niektórych z tych niektórych osobników stają się mentalnym podłożem dla takich czynów, jak fizyczne ataki na osoby należące do mniejszości, zastraszanie takich osób, czy niszczenie ich mienia. Czy gdyby wspomniane twierdzenie było prawdziwe – choć wygląda na to, że nie jest; była już wcześniej o tym mowa – uzasadniałoby ono zakaz „hate speech”, z tego powodu, że może ona prowadzić do „hate crimes”? Zdaniem zwolenników prawnych zakazów „mowy nienawiści” oczywiście tak – na takim właśnie rozumowaniu w dużej części opiera się ich przekonanie, że zakazy takiej „mowy” są uzasadnione i wręcz konieczne.


Tyle tylko, że z takim akurat rozumowaniem jest co najmniej jeden bardzo zasadniczy problem: polega on na tym, że w oparciu o takie rozumowanie z całkowitym powodzeniem można byłoby uzasadnić zakaz mnóstwa niekaralnych (jeszcze) póki co wypowiedzi. Prawda jest bowiem taka, że niektóre przestępstwa w istocie rzeczy nie miałyby szansy się zdarzyć, gdyby ich sprawcy w następstwie wpływu na nich takich czy innych wypowiedzi nie nabrali pewnych określonych przekonań. Na zdrowy rozum jest rzeczą praktycznie oczywistą, że prawdopodobieństwo dokonania takiego czynu, jak podpalenie kliniki aborcyjnej, rzeźni, czy laboratorium, gdzie eksperymentuje się na zwierzętach, bądź prowadzi się badania w dziedzinie genetyki lub nanotechnologii przez kogoś kto naczytał się o zbrodniczości aborcji, męczarniach zwierząt w rzeźniach i laboratoriach, lub zgubności manipulacji genetycznych czy nanotechnologii jest nieporównanie większe od prawdopodobieństwa dokonania takiego czynu przez kogoś, kto nigdy nie zetknął się z negatywnymi przekazami na temat aborcji, eksploatacji zwierząt przez ludzki gatunek, czy też manipulacji genetycznych, bądź nanotechnologii. Prawdopodobieństwo dokonania fizycznego ataku na rzecznika zakazu aborcji ze strony kogoś przekonanego do opinii, że prawo kobiety do decydowania o tym, czy i ewentualnie kiedy chce zostać matką jest jednym z najbardziej podstawowych praw ludzkich jest nieporównanie większe, niż prawdopodobieństwo dokonania takiego czynu przez kogoś, kto do takiej opinii nie został przekonany – np. dlatego, że nigdy się z nią nie zetknął. Prawdopodobieństwa podpalenia masztu telekomunikacyjnego wykorzystującego rzekomo technologię 5G przez kogoś, kto naczytał się o zgubności tej technologii dla ludzkiego życia i zdrowia jest z całą pewnością nieporównanie większe od prawdopodobieństwa zrobienia czegoś takiego przez kogoś, kto nigdy nie natrafił na wspomnianego typu twierdzenia. Takie czyny, jak podpalenia samochodów typu SUV w imię walki z globalnym ociepleniem nie miałyby szansy się zdarzać, gdyby ich sprawcy pod wpływem pewnych wypowiedzi nie przejęli się globalnym ociepleniem i nie nabrali przekonania, że SUV-y są istotną przyczyną tego zjawiska. Przestępstwa o charakterze eko-terrorystycznym, takiego, jak np. podpalenie wznoszonego w sąsiedztwie lasu budynku z bez porównania większym prawdopodobieństwem może dokonać ktoś przekonany do idei w myśl której wartość życia wszelkich organizmów, którym budowa ta może zagrozić jest większa od wartości wszelkich tworów ludzkich, niż ktoś, kto z ideami „głębokiej ekologii” się w życiu nie zetknął. Z jeszcze większym prawdopodobieństwem czynu o charakterze eko-terrorystycznym, takiego np. jak atak na jakąś instalację przemysłową może dokonać ktoś przekonany do opinii o bliskości spowodowanej ludzką działalnością ekologicznej apokalipsy – gdyby nawet taka opinia była obiektywnie prawdziwa, to żaden człowiek poza czysto hipotetycznym naukowcem, który doszedłby do takiej opinii w wyniku samodzielnie przeprowadzonych badań i analiz nie mógłby nabrać przekonania do niej bez usłyszenia lub przeczytania czegoś - z tego prostego względu, że nikt nie jest w stanie bezpośrednio na własne oczy widzieć np. poziomu różnych szkodliwych substancji w wodach i w powietrzu, zakresu niszczenia lasów, etc. – zresztą, ów hipotetyczny naukowiec też nie mógłby przeprowadzić swych badań i wyciągnąć z nich katastroficznych wniosków bez naczytania się różnych rzeczy. Wyczyny członków „Antify” w rodzaju pobicia osób składających kwiaty na grobie przywódcy przedwojennej „Zadrugi” Jana Stachniuka 11 listopada 2005 r. na warszawskich Powązkach, osób jadących na tzw. marsz niepodległości w 2010 r. Warszawie, czy też uczestników obchodów Dnia Żołnierzy Wyklętych w 2013 r. w Lublinie niewątpliwie były wynikiem przekonania ich sprawców do opinii o narastającym czy odradzającym się faszystowskim zagrożeniu, o tym, że dla osób o „faszystowskich” poglądach (rozumianych przez nich niezmiernie szeroko) nie może być tolerancji, nawet jeśli nie stosują one przemocy i do tego, że państwo jest wobec takich ludzi nadmiernie tolerancyjne lub zwyczajnie bezradne – krótko mówiąc, do poglądów, jakie głoszą antyfaszystowskie i antyrasistowskie organizacje typu „Otwartej Rzeczypospolitej” czy stowarzyszenia „Nigdy Więcej”. Wspomniane organizacje nie nawołują oczywiście do stosowania przestępczej przemocy (a co najwyżej przemocy, która jest bądź miałaby być zgoda z prawem) lecz czyny takie, jak wspomniane powyżej byłyby dużo mniej prawdopodobne bez przekonania ich sprawców do takich, jak propagowane przez te organizacje opinii. Takie zdarzenia, jak masowe zamieszki po śmierci uduszonego przez białego policjanta czarnoskórego George’a Floyd’a w Minneapolis w 2020 r. i podpalenia kościołów w Kanadzie po odkryciu w 2021 r. grobów dzieci na terenie prowadzonych niegdyś przez instytucje wyznaniowe szkół dla Indian i Eskimosów nie mogłyby nastąpić, gdyby informacje o tragicznej śmierci George’a Floyd’a, czy odkryciach grobów dzieci w dawnych tzw. szkołach rezydencjalnych i o tym, jak dzieci były w tych szkołach traktowane nie rozprzestrzeniły się w mediach. Tylko bardzo drobna część wyznawców islamu jest terrorystami, i również niewielka część muzułmanów popiera terroryzm, lecz terroryzm o charakterze islamistycznym w sposób praktycznie oczywisty nie istniałby bez islamu, którego podstawą jest Koran, a w przypadku sunnickiej wersji tej religii także Hadisy – opowieści o czynach proroka Mahometa – terroryści nieustannie uzasadniają swoje czyny dosłownymi cytatami z Koranu i Hadisów – mało kto jednak postuluje zakazanie tych książek z tego powodu, że ktoś pod ich wpływem może nabrać przekonania do niebezpiecznych, mogących prowadzić do przemocy idei. W najnowszych czasach czyny skierowane przeciwko rozwojowi AI dokonywane są przez ludzi, którzy pod wpływem pewnych wypowiedzi nabrali przekonania o egzystencjalnym zagrożeniu powodowanym przez sztuczną inteligencję – przykładem może tu być atak z użyciem koktajlu Mołotowa na dom dyrektora generalnego OpenAI Sama Altmana w kwietniu 2026 r. w Dolinie Krzemowej – motywacją 20 letniego sprawcy tego ataku był odczuwany przez niego skrajny lęk przed zniszczeniem ludzkości przez sztuczną inteligencję – którego w sposób najzupełniej oczywisty nie mógł on nabrać ani z przysłowiowego powietrza, ani w następstwie patrzenia się na widoczne gołym okiem (hipotetyczne) niszczenie ludzkości przez AI. Z kolei antyrządowe zamieszki są zazwyczaj czymś, co wynika z sytuacji obiektywnie odczuwanych przez ich uczestników, lecz i one nie miałyby szansy się zdarzyć, gdyby ich uczestnicy pod wpływem (bardzo różnych) wypowiedzi nie nabrali przekonania, że winnym ich złej sytuacji życiowej jest rząd w Paryżu, czy też w Warszawie – a nie np. jakiś dopust Boży czy nieszczęśliwy los.


Rozumowanie, w oparciu o które można byłoby uzasadnić prawne zakazy „mowy nienawiści” w sposób mający jakieś przysłowiowe ręce i nogi (bo rozumowanie to nie jest na pierwszy rzut oka fałszywe, czysto intuicyjnie wydaje się ono zgodne z prawdą) gdyby tylko zostało zastosowane w sposób konsekwentny – w odniesieniu do wszelkich wypowiedzi, do których można byłoby je zastosować (a tych znalazłoby się najdelikatniej mówiąc sporo – jak sędzia Sądu Najwyższego USA Oliver Wendell Holmes stwierdził w 1925 r. w swym votum separatum w sprawie Gitlow v. New York – sprawa dotyczyła skazania za propagowanie rewolucji komunistycznej „każda idea jest podżeganiem” („every idea is an incitement”) – od którego podżeganie w węższym, ściśle prawnym sensie różni się wyłącznie entuzjazmem autora wypowiedzi wobec oczekiwanego rezultatu jego słów) – doprowadziłoby więc do praktycznego końca wolności słowa. Warto też zauważyć, że związki przyczynowo – skutkowe między między takimi, jak wspomniane powyżej wypowiedziami, a pewnymi aktami przemocy czy destrukcji mienia są znacznie bardziej oczywiste, niż ewentualne związki między „mową nienawiści” i „przestępstwami z nienawiści”. Praktycznie rzecz biorąc nikt – poza jakimś hipotetycznym genialnym naukowcem, który doszedłby do pewnych wniosków w oparciu o wyłącznie własne badania… choć żeby je przeprowadzić i wyciągnąć z nich jakieś bulwersujące wnioski ktoś taki z całą pewnością musiałby się bardzo wiele nasłuchać i (zwłaszcza) naczytać – nie mógłby nabrać lęku przed nanotechnologią, eksperymentami genetycznymi, technologią, sztuczną inteligencją, technologią 5G, czy globalnym ociepleniem bez usłyszenia lub przeczytania czegoś o takich rzeczach – z tego względu, że o rzeczach tych w gruncie rzeczy nie da się wiedzieć czegokolwiek bez takich czy innych przekazów na ich temat – ewentualne złe skutki takich rzeczy nie są bezpośrednio odczuwalne czy zauważalne gołym okiem – lęk przed takimi skutkami, bywający niekiedy podłożem takich czynów, jak np. fizyczne ataki na laboratoria, gdzie prowadzi się badania w dziedzinie genetyki, czy nanotechnologii nie ma szansy u odczuwających go ludzi narodzić się inaczej, jak pod wpływem wypowiedzi mówiących coś na temat takich skutków. To, co robi się ze zwierzętami w takich miejscach, jak np. rzeźnie i laboratoria, gdzie eksperymentuje się na zwierzętach – i oglądanie czego teoretycznie rzecz biorąc może pobudzić u kogoś przekonania i emocje prowadzące do fizycznego ataku na takie miejsce – może być widoczne gołym okiem dla ludzi bywających w takich miejscach, tyle tylko, że w miejscach takich bywa mało kto, poza nielicznymi osobami, które w nich pracują – zaś radykalni obrońcy praw zwierząt, którzy czasem dokonują takich jak wspomniane tu czynów, w bardzo zdecydowanej większości nie są byłymi pracownikami rzeźni, czy laboratoriów, których pod wpływem patrzenia się na to, co dzieje się w takich miejscach ruszyło sumienie. Tymczasem motywacją do popełnienia „przestępstwa z nienawiści” – takiego, jak np. fizyczne zaatakowanie kogoś o odmiennym kolorze skóry, ubranego w ortodoksyjny strój nakazany przez jakąś religię, czy też trzymającego za rękę osobę tej samej płci mogą być po prostu negatywne emocje wywołane u kogoś samym zobaczeniem kogoś takiego. Może się to wydawać głupie, ale badania prowadzone m.in. przez prof. Susan Fiske z Uniwersytetu Princeton wykazały, że u ludzi oglądających twarze osób o innej rasie często aktywuje się ciało migdałowate – ewolucyjnie najstarsza część mózgu odpowiedzialna za alarm, strach i reakcję „walcz lub uciekaj”. Rasizm czy szowinizm na poziomie ulicznym rzadko wynika z tego, że napastnik przeczytał traktat ideologiczny w internecie. Wynika z prymitywnego, plemiennego terytorializmu, uprzedzeń wizualnych, agresji hormonalnej (często wzmocnionej alkoholem) oraz najzwyklejszego strachu przed „Innym”. To nie znaczy oczywiście, że wypowiedzi jednych osób nie mogą się przyczyniać do „przestępstw z nienawiści” popełnianych przez innych. Ciekawa rzecz została stwierdzona na podstawie pewnych badań na temat przemocy przeciwko imigrantom, która ogarnęła Niemcy niedługo po ich zjednoczeniu w 1990 r. Na „zdrowy rozum” można byłoby przypuszczać, że przemoc ta powinna się kierować przed wszystkim przeciwko osobom należącym do tych grup imigrantów, które sprawiały największe problemy dla rodowitych Niemców – takie np. jak zajmowanie miejsc pracy, mieszkań, czy nawet… kobiet – które, gdyby nie oni, to mogliby je przecież mieć Prawdziwi Niemcy. Tymczasem najczęstszymi ofiarami fizycznych ataków były wcale nie osoby należące do takich grup (za taką grupę obiektywnie rzecz biorąc można byłoby uznać rozlicznych wówczas w Niemczech repatriantów z byłego ZSRR – którzy z racji swojego pochodzenia mieli w Niemczech praktycznie automatyczne prawo do uzyskania obywatelstwa i byli tam… Volksdeutschami), lecz członkowie tych grup, na które zwracano największą uwagę w mediach. Wypowiedzi, które w swej masie przyczyniały się do przemocy przeciwko imigrantom nie były prawnie zakazaną „mową nienawiści” – taką, którą dałoby się podciągnąć pod np. wspomniany tu już art. 130 niemieckiego kodeksu karnego - lecz działały w sposób przypisywany „mowie nienawiści” przez zwolenników represji za taką „mowę” – przyczyniały się do pobudzania wrogich emocji wobec osób należących do wskazanych w tych wypowiedziach grup (które oczywiście mogły już mieć wcześniejsze podłoże w postaci takich czy innych osobistych problemach sprawców „hate crimes”) i pośrednio wskazywały cele ataku. To poniekąd pokazuje, że gdyby ograniczenia wolności słowa miały być w miarę przynajmniej skuteczną metodą zapobiegania „przestępstwom” z nienawiści, to musiałyby one w sposób efektywny eliminować bez porównania szerszy zakres wypowiedzi, niż ten, którego dotyczą (nieprecyzyjne oczywiście – stąd często może nie być jasne, czy jakieś stwierdzenie da się już uznać za przestępstwo, czy jeszcze nie) „hate speech laws” w rodzaju art. 256 i 257 polskiego k.k. czy art. 130 niemieckiego StGB. (6)


Wracając zaś do samego Juliusa Streichera jego działalność należy podzielić na dwa okresy: przed i po dojściu Hitlera do władzy. Odnośnie każdego z tych okresów zachodzą na temat tej działalności różne pytania. Co do okresu wcześniejszego pytanie jest takie, czy to wypisywano na temat Żydów w „Der Stürmer” przyczyniało się do pobudzania antysemityzmu i przygotowywało grunt pod przyszłe „ostateczne rozwiązanie”? Jeśli chodzi o to, to jakkolwiek trudno byłoby twierdzić, że publikacje w „Szturmowcu” nie miały żadnego wpływu na stosunek Niemców do Żydów i nie przyczyniały się do podsycania nienawiści przeciwko nim, to warto mimo wszystko zwrócić uwagę na to, że w poświęconym Hitlerowi rozdziale swej książki „Paranoja polityczna – psychopatologia nienawiści” Robert S. Robins i Jerrold M. Post napisali, że niemiecki antysemityzm w 1933 r. bez względu na swój charakter nie pozostawał w żadnych proporcjach do prześladowań, które miały później nastąpić. Cytowany w tej książce Norman Cohn w swej historii „Protokołów Mędrców Syjonu” stwierdził, że „wszyscy świadkowie mogą się chyba zgodzić co do jednego, a mianowicie, iż Niemcy, w których Hitler doszedł do władzy, nie byłyby bynajmniej krajem ogarniętym gorączką antysemityzmu, ślepo wierzącym w mit spisku światowego i pragnącym krwi Żydów”. Nawet – jak pisali Robin i Post - partia nazistowska nie była en masse jakoś szczególnie antysemicka: mniej więcej połowa członków NSDAP, którzy wcześnie wstąpili do partii deklarowała, że kwestia żydowska ich nie interesuje. Badania historyczne pokazują, że Niemcy zagłosowali w 1932, a potem w 1933 roku na nazistów nie dlatego, że nienawidzili Żydów i popierali plan ich eliminacji, tylko z powodu kryzysu, strachu przed komunizmem i chęci obalenia Traktatu Wersalskiego. Głównymi hasłami na plakatach wyborczych NSDAP przed wyborami w 1932 r. były nie hasła antyżydowskie, lecz walka z bezrobociem, jedność narodowa i powstrzymanie marksizmu. Nie były to więc wcale hasła, które można byłoby uznać np. podżeganie do nienawiści przeciwko Żydom, czy też za znieważenie lub zniesławienie Żydów jako grupy społecznej.


Warto też zwrócić uwagę na wspomniane już procesy sądowe wytaczane w okresie Republiki Weimarskiej Streicherowi i innym antysemitom. Co było praktycznym efektem takich postępowań? Otóż, jak we wspomnianym tu już eseju „Words and deeds” napisał Flemming Rose efektem tym było to, że „w oczach opinii publicznej Streicher wydawał się postacią ważniejszą, niż było to w rzeczywistości. Każdy wyrok skazujący go na karę więzienia stanowił dla niego doskonałą okazję, by kreować się na ofiarę i męczennika. Im więcej stawiano mu zarzutów, tym większy podziw budził wśród swoich zwolenników. Gdy trafiał za kratki, w drodze do więzienia towarzyszyły mu setki sympatyków – wyglądało to niemal jak jego triumfalny pochód ku męczeństwu. W 1930 roku przed zakładem karnym witały go tysiące zwolenników, a wśród nich sam Hitler. Niemieckie sądy stały się dla Streichera istotną platformą prowadzenia kampanii wymierzonej w Żydów. Niektórzy obserwatorzy sugerowali, że procesy wytaczane Streicherowi usypiały czujność przeciwników nazizmu, utwierdzając ich w błędnym przekonaniu, iż sam system sądowniczy wystarczy, by zwalczyć Narodowy Socjalizm”.


Odnośnie zaś późniejszej działalności Streichera – szczególnie tej z lat 1941 - 1944, za którą zgodnie z wyrokiem Międzynarodowego Trybunału Wojskowego zawisł on na szubienicy – zachodzi pytanie o to, jakie były faktyczne związki przyczynowo – skutkowe między tą działalnością, a ludobójstwem dokonanym przez nazistów na Żydach. W tym przypadku można byłoby już mówić o związkach bezpośrednich – wcześniejsza działalność Streichera (który przed dojściem Hitlera do władzy pisał koszmarne rzeczy o Żydach, lecz nie wzywał jednak do ich mordowania) jeśli do czegoś mogła – hipotetycznie rzecz biorąc – się przyczynić, to do takiego ukształtowania nastawienia niektórych ludzi do Żydów, że stało się to podłożem późniejszych zbrodni.


Jednak związki przyczynowo – skutkowe między publikacjami Streichera, które w sposób absolutnie jednoznaczny wzywały do całkowitej likwidacji Żydów, pisane były w czasie, w którym „Żydzi na wschodzie byli mordowani w najbardziej przerażających warunkach”, a on on sam o popełnianych na ludności żydowskiej zbrodniach dobrze wiedział – i mimo to kontynuował swoją „propagandę śmierci” - też, jak była już tu mowa, nie zostały w procesie norymberskim jednoznacznie wykazane. W ogóle – zdaniem kompetentnych znawców procesu norymberskiego - sprawa Streichera została przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy potraktowana w sposób bardzo powierzchowny. Jak jeden z (drugorzędnych) uczestników procesu Telford Taylor pisał w swojej książce „The Anatomy of The Nuremberg Trias: A Personal Memoir” cała rozprawa przeciwko Streicherowi trwała nie więcej, niż dwa i pół dnia – z czego jeden dzień trwało odczytywanie zarzutów, a pozostałe pozostałe półtora dnia zajęły zeznania oskarżonego i prezentacja argumentów obrony.


Zresztą, w tej części wyroku, która dotyczyła Juliusa Streichera Trybunał w Norymberdze kwestię związków przyczynowo – skutkowych pomiędzy uprawianą przez niego propagandą, a zbrodniami przeciwko Żydom dość ładnie – tak to można ująć – obszedł. Jak? Otóż, stwierdził on, że „Przez 25 lat głoszenia, pisania i szerzenia nienawiści wobec Żydów, Streicher był powszechnie znany jako „antysemita numer jeden”. W swoich przemówieniach i artykułach – tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu – zarażał niemieckie społeczeństwo wirusem antysemityzmu i podżegał Niemców do czynnych prześladowań. [...] Podżeganie przez Streichera do mordów i eksterminacji – w czasie, gdy na Wschodzie Żydzi byli zabijani w potwornych warunkach – stanowi bez wątpienia prześladowanie z powodów politycznych i rasowych, powiązane ze zbrodniami wojennymi w rozumieniu Karty, i stanowi zbrodnię przeciwko ludzkości”. Warto zauważyć, że definicja "zbrodni przeciwko ludzkości" brzmiała Statucie Trybunału następująco: „Morderstwa, eksterminacja, zniewolenie, deportacja i inne nieludzkie czyny popełnione przeciwko populacji cywilnej zarówno przed wojną, jak i podczas wojny; prześladowanie z powodu przynależności politycznej, religijnej i rasowej; prześladowanie z powodu lub w związku z jakimkolwiek przestępstwem pozostającym w zakresie jurysdykcji tego Trybunału, niezależnie od tego, czy prześladowanie takie stanowiło naruszenie wewnętrznego prawa kraju, w którym miało ono miejsce”. "Prześladowanie z powodu przynależności politycznej, religijnej i rasowej" stanowiło – jak widać - jedną z możliwych form popełnienia takich zbrodni – mogącą polegać na czymś innym, niż bezpośrednie dokonywanie morderstw, eksterminacji, osadzanie ludzi w obozach koncentracyjnych i obozach zagłady, deportowaniu, czy też dokonywaniu innych nieludzkich czynów przeciwko ludności cywilnej. Lecz choć "prześladowanie" według statutu Trybunału Norymberskiego mogło polegać na innych działaniach, niż np. masowym mordowaniu ludzi, to pojęcie "prześladowania" – tak, jak się go używa w języku potocznym – odnosi się raczej do czynów, niż słów. Jeśli jakieś użycie tych ostatnich najprędzej można uznać za „prześladowanie” we w miarę normalnym znaczeniu tego pojęcia, to takie, które polega na uporczywym kierowaniu jakichś słów do kogoś, kto nie chce tych słów słuchać – inaczej mówiąc, werbalnym dręczeniu innej osoby. Jednak działalność Streichera nie polegała oczywiście na czymś takim – i nie został on skazany za przestępstwo typu "harrasment" czy też "stalking" – które nie występowało w statucie Trybunału – i odnośnie którego nikomu nie przychodzi raczej w sposób poważny do głowy, że powinno być ono karane śmiercią. Za „prześladowanie” zostało w przypadku Streichera uznane bezpośrednie podżeganie do tego, określa się mianem ludobójstwa. Można powiedzieć, że samo publikowanie tekstów domagających się likwidacji pewnej grupy narodowej stanowiło prześladowanie tej grupy? Skoro coś właśnie takiego zostało uznane za "prześladowanie" to widocznie można – a w każdym razie, trudno byłoby udowodnić, że nie można – z tego choćby względu, że pojęcie "prześladowania" – jakkolwiek kojarzy się z czymś złym czy nawet strasznym – nie jest, jakby nie było, precyzyjne – za prześladowanie jakiejś grupy narodowej, etnicznej, rasowej, religijnej, czy jeszcze innej grupy społecznej można byłoby uznać (poza mordowaniem, deportowaniem, czy fizycznym zniewoleniem członków takiej grupy) np. nie pozwalanie osobom należącym do takiej grupy na używanie swojego języka w miejscach publicznych (o miejscach takich, jak prywatne domy już nie mówiąc) - czy też na nauczanie swoich dzieci używanego przez daną grupę języka – a dalej aresztowania członków danej grupy w związku z ich pokojową działalnością, długotrwałe przetrzymywanie takich osób w więzieniach bez procesu, celowe tworzenie dla danej grupy ludzi gorszych (ale niekoniecznie nastawionych na ich fizyczne wyniszczenie) warunków życia, niż np. dla narodowej (czy też etnicznej bądź religijnej) większości - lista działań, które można byłoby uznać za prześladowanie jakiejś grupy narodowej, rasowej, religijnej, czy jeszcze innej grupy ludzi jest otwarta – choć, jak łatwo zauważyć, wszystkie wspomniane tu pokrótce przykłady działań mogących stanowić prześladowanie takiej czy innej grupy są przykładami skierowanych przeciwko danej grupie fizycznych czynów, a nie tylko słów.


Dlaczego więc Trybunał Norymberski uznał Streichera winnym prześladowania z powodów politycznych i rasowych w powiązaniu ze zbrodniami wojennymi, mimo, że Streicher sądzony był praktycznie tylko za słowa? Tu oczywiście - wskazując na to, co zostało zapisane w polskim kodeksie karnym – można byłoby się odwołać do takiego pojęcia, jak formy popełnienia przestępstwa (czy też – jak również określają to prawnicy - postacie zjawiskowe przestępstwa). O formach popełnienia przestępstwa mówi rozdział II polskiego kodeksu karnego – jest tam mowa o takich rzeczach, jak usiłowanie (w tym również tzw. usiłowanie nieudolne), przygotowanie (karalne tylko wówczas, gdy jakiś przepis odnoszący się do konkretnego rodzaju przestępstwa o tym stanowi), sprawstwo, współsprawstwo i sprawstwo kierownicze, oraz tzw. sprawstwo polecające, a także podżeganie i pomocnictwo. I jeśli użyte w tytule II rozdziału k.k. pojęcie form popełnienia przestępstwa miałoby być rozumiane w sposób całkiem dosłowny, to można byłoby twierdzić, że ktoś, kto np. nakłania kogoś do zamordowania kogoś do zamordowania innego człowieka osobiście popełnia morderstwo – tylko w innej formie, niż przez np. poderżnięcie komuś nożem gardła. I oczywiście karalność podżegania do popełnienia przestępstwa nie jest w polskim prawie uzależniona od tego, czy ktoś nakłaniany do kryminalnego działania zrobi to, czego chce od niego nakłaniający.


Można byłoby więc twierdzić, że skoro takie działania, jak mordowanie cywilnej ludności były według statutu norymberskiego Trybunału przestępstwem, to nakłanianie do takich działań też – w praktycznie oczywisty sposób – stanowiło przestępstwo. Podżeganie tradycyjnie było czymś karalnym, choć niekoniecznie było ono określane mianem "formy zjawiskowej (innego) przestępstwa" – np. w kodeksach karnych amerykańskich tzw. criminal solicitation zaliczane jest do tzw. inchoate crimes – obok usiłowania, ułatwiania i spisku. Lecz zauważmy mimo wszystko, że Trybunał Norymberski nie powiedział w odniesieniu do Streichera czegoś, co teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc mógłby on powiedzieć, a mianowicie tego, że Streicher zasłużył na wyrok śmierci wyłącznie z powodu treści publikowanych przez siebie słów i kryjącej się za tymi słowami intencji – niezależnie od tego, czy istniał jakiś faktyczny związek przyczynowo – skutkowy między jego publikacjami, czy też takiego związku nie było (albo np. nie był on możliwy do wykazania w rozpatrywanej przez Trybunał sprawie). Coś takiego nie brzmiałoby zbyt dobrze. Lecz zachodzi mimo wszystko pytanie o to, czy Streicher dostał karę śmierci za to, że jego działalność była wyjątkowo groźna – faktycznie prowadząca do ludobójstwa – czy może raczej z tego powodu, że działalność to była niewiarygodnie wręcz niemoralna. Na to pytanie zapewne nigdy nie będzie jednoznacznej odpowiedzi (motywacja sędziów, którzy uznali Streichera winnym popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości i zadecydowali o posłaniu go na szubienicę mogła być mieszana – mogli oni być wewnętrznie głęboko przekonani o tym, że Streicher poprzez swoją czysto publicystyczną działalność przyczynił się do Holocaustu - ale z powodu np. braku zeznań świadków, według których ktoś dokonał takiej czy innej zbrodni pod wpływem tego, co przeczytał w "Der Stürmer" nie mogli ujawnić tego przekonania w wyroku) – lecz wspomniane już tutaj cechy Streichera jako człowieka pozwalają mieć w tej kwestii pewne podejrzenia, których przypuszczalnie nigdy nie będzie można już rozwiać. W każdym razie, uznanie Streichera za winnego "prześladowania z powodów politycznych i rasowych" było – z powodzeniem można twierdzić – zgrabnym ominięciem problemu występowania konkretnych związków przyczynowo - skutkowych pomiędzy tym, co Streicher pisał, a tym co inni naziści – np. kierujący Einsatzgruppen - robili.


Lecz załóżmy, dla dobra argumentacji, że związek przyczynowo – skutkowy pomiędzy propagandą uprawianą na łamach "Der Stürmer", a hitlerowskim ludobójstwem naprawdę istniał, i że – co więcej – był on istotny – w tym sensie, że to faktycznie lektura publikowanych w tym piśmie tekstów pobudzała u niektórych jego czytelników myśli i emocje prowadzące do popełniania zbrodni. Czy gdyby tak było, to czy przykład "Stürmer’a" można byłoby uznać za poważny argument na rzecz zakazów "mowy nienawiści"? Otóż, jeśli chodzi o to, to odwołującym się do argumentu "ad Stürmerum" – czy też "ad Streicherum" warto byłoby zwrócić uwagę na różnice między okolicznościami, w jakich ukazywał się i szerzył jadowicie antysemicką propagandę, niekiedy wprost nawołującą do ludobójstwa "Der Stürmer", a okolicznościami, w jakich nawet tego rodzaju, jak publikowane w "Stürmerze" treści mogą się pojawiać w demokratycznym, szanującym prawa i wolności obywatelskie – w tym wolność słowa - państwie. Różnica ta jest taka, że "Der Stürmer" ukazywał się w państwie totalitarnym, w którym czegoś takiego, jak wolność słowa po prostu nie było. Jeśli nawet było tak, że nazistowska elita gardziła Streicherem i wydawanym przez niego pismem (głównie z powodu jego wulgarnego stylu) to w Trzeciej Rzeszy nie było możliwe publiczne wyśmiewanie tego, co Streicher wypisuje na temat Żydów, wykazywanie absurdalności jego twierdzeń, itd. Żydzi, których Streicher lżył i przeciwko którym podżegał byli pozbawieni prawnej ochrony przed dyskryminacją i przemocą – przeciwnie, byli obiektem organizowanej przez państwo dyskryminacji i przemocy. Jednak w czymś, co można określić mianem (w miarę przynajmniej) normalnego, demokratycznego państwa osoby należące do grup, które bywają atakowane przez "mowę nienawiści" są chronione przed przemocą, czy też np. dyskryminacją w takich dziedzinach, jak m.in. stosunki pracy tak samo, jak wszystkie inne, czy wręcz jeszcze bardziej – zauważmy tu współistnienie, w przypadku USA, prawnej swobody dla (m.in.) "mowy nienawiści" i przepisów zaostrzających kary dla sprawców tych przestępstw, którzy wybierają swoje ofiary kierując się takimi ich cechami, jak pochodzenie narodowe, rasa, wyznanie, orientacja seksualna, niepełnosprawność, czy płeć, a także przepisów przewidujących zakaz dyskryminacji rasowej w takich dziedzinach, jak dostęp do ogólnie świadczonych usług czy relacje typu pracodawca - pracownik. Co więcej "mowa nienawiści" prowokuje reakcje społeczne – i to tym bardziej wówczas, im bardziej skrajny jest jej charakter – jak trafnie (wydaje mi się) stwierdził kiedyś Joshua Goldberg „im bardziej ekstremalna, ohydna i oburzająca jest 'hate speech' tym bardziej odstrasza ona ludzi i jednoczy ich przeciwko fanatyzmowi”.


Warto więc rozważyć potencjalne negatywne skutki zakazów "mowy nienawiści". Jakie one mogą być? Otóż, po pierwsze, istnienie takich zakazów przekierowuje energię tych, którzy sprzeciwiają się rasizmowi, antysemityzmowi, homofobii, itd. z werbalnego przeciwstawiania się takim zjawiskom – ich krytykowania, potępiania, ośmieszania, wykazywania ich głupoty – na składanie donosów do prokuratury przeciwko osobom, które swoimi wypowiedziami naruszyły ich zdaniem zakazy "publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo ze względu na jej bezwyznaniowość" (art. 257 k.k.), czy też "publicznego nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość" (art. 256 § 1 k.k.) – i ewentualnie oczywiście zakazy "publicznego propagowania nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa" (również art. 256 § 1 k.k.), "publicznego propagowania ideologii nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne" (art. 256 §1a k.k.), czy też publicznego nawoływania do popełnienia przestępstwa lub pochwalania popełnienia przestępstwa (art. 255, 126a i 117 § 3 k.k.), bądź negowania Holokaustu (art. 55 ustawy o IPN). Zwróćmy uwagę, że taka organizacja, jak "Stowarzyszenie Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii Otwarta Rzeczpospolita" zajmuje się w co najmniej dużej mierze czymś właśnie takim, a "Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych" praktycznie rzecz biorąc nie zajmuje się niczym innym.


Ponadto co daje zrobienie z poglądów o charakterze rasistowskim, antysemickim, czy wyrażających poparcie dla zbrodniczych systemów politycznych – a w każdym razie – z publicznego (czyli choćby tylko potencjalnie mogącego dotrzeć do bliżej nieokreślonej liczby nie wiadomo z góry jakich osób) wyrażania takich poglądów - przestępstwa? Jeśli chodzi o to, to warto zwrócić uwagę na to, co w swojej książce "Wpływanie na ludzi – teoria i praktyka" napisał amerykański psycholog społeczny Robert Cialdini:


"Choć istnieje wiele badań dotyczących ludzkich reakcji na materiały nadające się ze swej natury do cenzurowania - przemoc w mass mediach, pornografia, radykalna retoryka polityczna - zdumiewająco mała liczba badań dotyczy reakcji na samą cenzurę. Choć nieliczne, badania te przyniosły jednak bardzo zgodne i jednoznaczne wyniki. Niemal zawsze reakcją na zakaz jakiej informacji jest wzrost pragnienia zapoznania się z tą informacją oraz wzrost pozytywnego ustosunkowania się do kwestii, której ona dotyczy. (Ashmore, Ramchandra i Jones, 1971; Wicklund i Brehm, 1974; Worchel i Arnold, 1973; Worchel Arnold i Baker, 1975; Worchel, 1992).


Wzrost ochoty do zapoznania się z zakazaną informacją wydaje się prawidłowością dosyć oczywistą; bardziej intrygujący jest natomiast wzrost wiary w stanowisko zajmowane przez zakazany komunikat, nawet jeżeli komunikat ten nie został w istocie odebrany. Na przykład, kiedy studenci Uniwersytetu Północnej Karoliny dowiedzieli się, że na ich uniwersytecie zakazano wygłoszenia mowy potępiającej koedukacyjne akademiki dla studentów, sami stali się bardziej nieprzychylnie ustosunkowani do pomysłu takich akademików (Worchel i in., 1975). Tak więc nawet i bez wysłuchania mowy, studenci uwierzyli w zajmowane w niej stanowiska.


Prawidłowość ta nasuwa dość niepokojącą możliwość, że osoby bystre, choć nie mające dobrych argumentów na rzecz własnego stanowiska, mogą przekonywa do niego innych poprzez doprowadzanie do całkowitego czy częściowego ocenzurowania swojego komunikatu. Ironia polega na tym, że dla tego rodzaju osób - na przykład członków drobnych, a ekstremistycznych partii politycznych - skuteczną strategią jest nieupublicznienie swoich niepopularnych poglądów, lecz sprowokowanie do ich oficjalnego ocenzurowania, a potem upublicznienie samego faktu ocenzurowania. By może autorzy Konstytucji Amerykańskiej okazali się bardziej przenikliwymi psychologami społecznymi, niż by się wydawało, gdy w słynnej Pierwszej Poprawce zapewnili naszemu narodowi nieograniczoną wolność słowa. Odmawiając ograniczania wolności słowa, nawet w imię szlachetnych celów, autorzy Poprawki próbowali być może zminimalizować prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń, w którym jakieś poglądy polityczne zdobywałyby sobie rosnące poparcie nie z powodu swej treści, lecz z tej irracjonalnej w gruncie rzeczy przyczyny, że ich głoszenie jest zakazane".


Zakazanie propagowania jakichś poglądów może więc mieć efekt w postaci zwiększenia popularności tych poglądów poprzez zrobienie z nich swego rodzaju zakazanego – i przez to pociągającego dla niektórych osób - owocu. Oczywiście, prawny zakaz takich czy innych wypowiedzi może w jakimś stopniu odstraszać od tych wypowiedzi i doprowadzić do tego, że wyznawcy pewnych opinii będą się bali wyrażać te opinie w sposób szeroko dostępny dla innych. Lecz zakaz taki nigdy nie jest oczywiście w pełni skuteczny (podobnie, jak nie są w pełni skuteczne prawne zakazy robienia czegokolwiek) i co więcej, może on prowadzić do rozprzestrzeniania się prawnie zabronionych stwierdzeń w większym w praktyce stopniu, niż mogłyby się one rozprzestrzeniać wówczas, gdyby ich autorzy nie byli obiektem represji ze strony państwa. Na to, że tego rodzaju efekty zakazów wypowiedzi są bardzo realnie możliwe wskazują dość znane wydarzenia, jakie w ciągu ostatnich lat miały miejsce w Polsce. Weźmy tu np. sprawę niejakiego Kamila Kurosza który swego czasu napisał na Twitterze następujące słowa: „Polsce jak nigdy potrzebny jest wariant rumuński. Jestem coraz bliższy decyzji o poświęceniu się dla Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i fizycznej eliminacji kaczego ch...ka. Już za późno na litość. Trzeba tą pisowską zarazę unicestwić. Fizycznie. Należy utajnić obrady, a następnie spędzić wszystkie pisowskie szumowiny do jednej sali. I wpuścić gaz” – co faktycznie można było uznać za publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni. (7) Przed eskalacją sprawy wynikłej z przytoczonej wypowiedzi jego konto na Twitterze (obecnie X) obserwowali w zasadzie jedynie nieliczni znajomi oraz garstka lokalnych aktywistów partii "Nowoczesna" – jego zasięg wynosił zaledwie od kilkudziesięciu do najwyżej kilkuset osób. W jaki sposób wpis znajdujący się na koncie, które w skali polskiego internetu było praktycznie anonimowe stał się czymś znanym dla milionów ludzi? Otóż, wpis ten został najpierw zauważony przez prawicowych publicystów oraz wpływowych polityków (m.in. ówczesnego europosła Dominika Tarczyńskiego), którzy zrobili zrzuty ekranu i udostępnili je swoim – liczonym w setkach tysięcy – obserwującym. W tym momencie zadziałał mechanizm politycznej polaryzacji - wypowiedź szerzej nieznanego internauty została podniesiona do rangi „oficjalnego głosu opozycji”. Jednak prawdziwe apogeum popularności tych wpisów nastąpiło w momencie, gdy Kamil Kurosz został o świcie zatrzymany przez policję na polecenie prokuratury. Wiadomość o zatrzymaniu i grożących mu 3 latach więzienia stała się „jedynką” w państwowych mediach (w tym TVP Info). Aby uzasadnić brutalność zatrzymania Kurosza i wagę przedstawiownych mu zarzutów, media w całym kraju – od portali internetowych po główne wydania dzienników telewizyjnych – zmuszone były zacytować lub dokładnie omówić treść jego tweetów. Bez działań prokuratury i policji wpis Kurosza mógłby być znany w jakiejś pisowskiej medialnej bańce (i oczywiście wśród nielicznych osób już wcześniej obserwujących jego konto), ale szanse na to, by bez tych działań treść tego wpisu mogła dotrzeć do milionów osób oglądających popularne portale internetowe w rodzaju "Onetu", "Wirtualnej Polski", czy też widzów TVP Info, lub TVN24 były żadne. Zakazy wypowiedzi mogą mieć więc taki paradoksalny efekt, że treści, których szerzenie prawo stara się powstrzymywać, mogą – poprzez legalne informowanie o takich treściach, które bardzo często jest prowokowane przez prokuratorskie czy sądowe postępowania przeciwko ich pierwotnym autorom – trafiać do oczu i/lub uszu bez porównania większej liczby osób od tej, do której mogłyby one trafić wówczas, gdyby organy ścigania zostawiły pierwotnych autorów tych treści w spokoju - i przez to przyczyniać się do "zarażania" wyrażanymi w takich wypowiedziach poglądami większej liczby ludzi, w porównaniu z tą, jaka mogłaby się nimi "zarazić" gdyby postępowań prawnych przeciwko autorom takich treści nie wszczynano - czy już tym bardziej w porównaniu z tą, jaka mogłaby się nimi "zarazić" wówczas, gdyby wypowiedzi te były prawnie legalne i nie zwracały na siebie uwagi jako na coś, co może podpadać pod takie czy inne paragrafy.


Ponadto, jeśli nawet zakazy wypowiedzi odstraszają od (publicznego przynajmniej – a to jest szerokie pojęcie – pamiętam, że tłumaczyłem kiedyś pewnej osobie, że "publicznie" to nie znaczy – w sposób konieczny – czegoś takiego, że ktoś wyjdzie na środek pełnego ludzi placu i zacznie się drzeć na całe gardło; napis w – za przeproszeniem – wychodku może zostać uznany publiczny, jeśli jest to wychodek ogólnodostępny, do którego każdy – potencjalnie – może wejść) formułowania pewnych myśli, to ludzie, którzy chcą przekonywać innych do słuszności swoich zapatrywań – których wyrażanie w formie "kawa na ławę" mogłoby ich narazić na prawne problemy – mogą formułować swe wypowiedzi tak, by prokurator nie miał się w nich do czego przyczepić. To zresztą robią rasiści, antysemici, neonaziści, homofobi, itd. w krajach, gdzie "mowa nienawiści" (czy też "propagowanie faszyzmu", etc.) jest zakazana. Nie wypisują oni takich rzeczy, że osoby należące do takich czy innych grup narodowościowych, etnicznych, rasowych, religijnych, mniejszości seksualnych itd. są robactwem, zarazą, zwierzętami, czy podludźmi – bo za takie wypowiedzi można trafić za kratki (nie mówiąc już o tym, że takie wypowiedzi odstręczają większość ludzi od ich autorów i nie stawiają wyrażanych przez nich opinii w – tak to nazwijmy - dobrym świetle; myślę, że z powodzeniem można zaryzykować twierdzenie, że to właśnie takie wypowiedzi odrzucają ludzi od rasizmu, antysemityzmu, homofobii, etc.) – ale propagują poglądy tego rodzaju, że każda kultura powinna rozwijać się wyłącznie na swoim rdzennym terytorium, że każdy naród ma prawo do zachowania swojej kulturowej tożsamości i przejmują język organizacji liberalnych argumentując, że prawo do zachowania tożsamości narodowej jest jednym z najbardziej podstawowych praw człowieka.


Tego rodzaju wypowiedzi nie podpadają pod przepisy w rodzaju artykułów 256 czy 257 k.k. – nie mówiąc już o przepisach dotyczących nawoływania do popełniania przestępstw (czy pochwalania przestępstwa). Czy jednak takie wypowiedzi nie mogą być niebezpieczne? Jeśli chodzi o to, to Google AI podaje przykłady zupełnie legalnych wypowiedzi, wraz z uzasadnieniem tezy, w jaki sposób wypowiedzi takie mogą prowadzić do przemocy:


Narracja o „obronie demograficznej i kulturowej”


Te wypowiedzi poruszają w pełni legalne tematy tożsamości narodowej, suwerenności granic i zmian struktury społecznej.


Przykład: „Musimy natychmiast zatrzymać masową imigrację, ponieważ jako rdzenni mieszkańcy zostaniemy mniejszością we własnym kraju. Nasz system socjalny runie, a nasza tradycyjna kultura chrześcijańska/europejska zostanie całkowicie zastąpiona przez obce nam wartości”.


Dlaczego to jest legalne? Każdy obywatel i polityk w demokracji ma prawo krytykować politykę migracyjną, wyrażać lęk przed utratą tożsamości kulturowej czy domagać się zamknięcia granic. Nie ma tu obrazy żadnej rasy ani religii.


Wpływ na przemoc: U osób zradykalizowanych taka retoryka rezonuje z teorią spiskową o „Wielkim Zastąpieniu” (The Great Replacement – która, chciałbym to zauważyć, nie da się – per se przynajmniej – zakwalifikować jako „nawoływanie do nienawiści” przeciwko jakiejś grupie czy też znieważenie tej grupy). Gdy wpływowi publicyści powtarzają, że „czas ucieka, a nasza kultura ginie”, jednostki skłonne do przemocy zaczynają wierzyć, że sytuacja jest krytyczna i wymaga radykalnych, fizycznych działań (w ich mniemaniu – „obronnych”).


Wybiórcze lub zmanipulowane operowanie statystykami przestępczości


Radykalni liderzy opinii rzadko mówią „ta rasa jest zła”. Zamiast tego używają oficjalnych danych policyjnych w sposób, który tworzy jednoznaczne skojarzenie. 


Przykład: „Spójrzmy prawdzie w oczy i przestańmy być politycznie poprawni: ta konkretna mniejszość stanowi zaledwie 13% społeczeństwa, a odpowiada za ponad 50% wszystkich morderstw w naszym kraju. Liczby nie kłamią, to są fakty, o których media milczą”.


Dlaczego to jest legalne? Cytowanie oficjalnych statystyk rządowych (np. danych FBI) jest całkowicie legalne. Wolność słowa i badań naukowych chroni prawo do analizowania przestępczości w podziale na grupy demograficzne.


Wpływ na przemoc: Taki przekaz, pozbawiony kontekstu socjoekonomicznego (ubóstwa, historii gettoizacji), w umysłach agresorów cementuje przekonanie, że każdy napotkany członek tej mniejszości jest statystycznym zagrożeniem. Popycha to ludzi do tzw. „rasizmu defensywnego” – sprawcy atakują pierwsi, podświadomie wierząc, że eliminują potencjalnego przestępcę.


Alarmistyczna obrona „bezpieczeństwa dzieci” przed zmianami obyczajowymi


Wypowiedzi te skupiają się na ochronie najmłodszych, tradycyjnego modelu rodziny oraz krytyce programów edukacyjnych.


Przykład: „Wprowadzanie zajęć o neuroróżnorodności płciowej i ideologii queer do przedszkoli i szkół podstawowych to nic innego jak systemowa seksualizacja naszych dzieci przez lewicowych aktywistów. Musimy powstrzymać to szaleństwo i chronić niewinność naszych dzieci przed tą agresywną propagandą”.


Dlaczego to jest legalne? Krytyka programów szkolnych, ideologii politycznych czy debata nad wiekiem inicjacji seksualnej to fundament debaty publicznej. Unia Europejska i Kanada w pełni chronią prawo do konserwatywnych poglądów na wychowanie. [1]


Wpływ na przemoc: Słowa o „zagrożeniu dla dzieci” wyzwalają najsilniejsze ludzkie emocje ochronne. Dla osób chwiejnych psychicznie lub fanatycznych, zrównanie aktywizmu LGBTQ+ z krzywdzeniem dzieci staje się moralnym usprawiedliwieniem dla przemocy. Jeśli sprawca wierzy, że lokalny klub z drag queens lub centrum społecznościowe „krzywdzi dzieci”, czuje się w obowiązku zaatakować to miejsce w imię wyższego dobra (tak tłumaczono m.in. ataki na kluby LGBTQ+ w USA). 


Krytyka „globalnych elit i instytucji finansowych”


Współczesny antysemityzm rzadko posługuje się dawnym językiem religijnym czy rasowym. Przeniósł się w sferę krytyki wielkich korporacji i organizacji międzynarodowych. [1, 2] Przykład: „Światowe Forum Ekonomiczne, międzynarodowe fundusze inwestycyjne i garstka miliarderów z Davos chcą zniszczyć własność prywatną, wprowadzić cyfrowy pieniądz i kontrolować każdy aspekt naszego życia. Te bezduszne, kosmopolityczne elity finansowe nie dbają o interesy zwykłych, ciężko pracujących obywateli”.


Dlaczego to jest legalne? Krytyka kapitalizmu, globalizmu, Forum w Davos czy Banku Światowego to standardowy element dyskursu zarówno skrajnej lewicy, jak i prawicy.


Wpływ na przemoc: Choć w tekście nie pada ani jedno słowo o Żydach, dla osób zakorzenionych w teoriach spiskowych hasła „kosmopolityczne elity”, „międzynarodowe fundusze” czy wymienianie konkretnych nazwisk bankierów to bezpośrednie synonimy „spisku żydowskiego”. Tego typu legalna krytyka ekonomiczna aktywuje u sprawców poczucie, że są oszukiwani przez tajną klikę, co owocuje atakami na lokalne synagogi czy instytucje żydowskie, postrzegane jako symbole tej władzy.


Eliminacja nienawistnych i obraźliwych stwierdzeń na temat takich czy innych grup narodowościowych, etnicznych, rasowych, religijnych itp. – której osiągnięcie mają na celu przepisy prawne w rodzaju art. 256 i 257 polskiego k.k. - nie jest więc w stanie zapobiec czynom, którym państwo stara się zapobiegać m.in. poprzez wprowadzanie i egzekwowanie tego rodzaju przepisów – przeciwnie, próba eliminacji skrajnych wypowiedzi (która oczywiście, nigdy nie będzie w pełni skuteczna) może się przyczyniać do większego, niż w przypadku braku takiej próby, rozprzestrzenienia się wypowiedzi, które w dużo większym, niż agresywna, chamska, wulgarna i prymitywna "hate speech" mogą się przyczyniać do przemocy przeciwko osobom należącym do tych grup, których ochronę przed przemocą ma na celu istnienie "hate speech laws" – tego typu, co wspomniane tu przepisy polskiego k.k.


Zakazy wypowiedzi mogą mieć też skutek w postaci tworzenia tak zwanych komór echa w internecie – gdzie wyznawcy skrajnych (i dziwnych) teorii i opinii wymieniają swoje poglądy głównie z podobnie myślącymi osobami. Coś takiego nie grozi raczej szerokim rozpowszechnieniem się niebezpiecznych przekonań – grozi natomiast tym, że wyznawcy takich przekonań będą się nawzajem utwardzać i wręcz nakręcać w owych przekonaniach. Takie "nakręcanie się" może prowadzić do radykalizacji, która z kolei może czasem prowadzić do brutalnych czynów. Dla ogółu społeczeństwa zepchnięcie "mowy nienawiści" czy też innych skrajnych ideologii i teorii do internetowego podziemia może oznaczać brak możliwości zapoznania się z pewnymi opiniami, które w społeczeństwie (niestety) występują i intelektualnego przeciwstawienia się wyznawcom tych opiniami.


Ponadto, jaki (najprawdopodobniej) może być wpływ zakazów wypowiedzi oraz represji za wypowiedzi na ludzi wyznających rasistowskie, antysemickie, homofobiczne, itp. poglądy i przekonanych do ideologii neonazistowskich, etc.? Czy pod wpływem otrzymania informacji, że ktoś został skazany za wyrażanie bliskich im osobiście idei uznają oni, że idee te są fałszywe, niemoralne, etc. – a oni sami bardzo się mylili w ich wyznawaniu? Czy coś takiego spowoduje choćby tylko złagodzenie ich nastawienia wobec jakiejś grupy będącej obiektem ich obsesji? Choć w czysto indywidualnych przypadkach wszystko jest pewnie możliwe, to mimo wszystko najbardziej prawdopodobną reakcją takich ludzi może być w takim wypadku to, że poczują się oni prześladowani (czy jeszcze bardziej prześladowani, niż byli wcześniej) przez władze i jeszcze bardziej zapiekli w swej nienawiści wobec grupy narodowej, rasowej, religijnej, itp. postrzeganej przez nich w takiej sytuacji jako spiritus movens wymierzonych w nich represji. Niektórzy wyznawcy ekstremistycznych poglądów (nie tylko rasistowskich, antysemickich, neonazistowskich, itp.) mogą postrzegać represje za wyrażanie wyznawanych przez ich opinii, czy też za udział w organizacjach kultywujących takie opinie jako coś w rodzaju wytoczonej im przez państwo wojny. A co się robi na wojnie? Jak dobrze wiadomo – strzela się. Państwo w tej "wojnie" „strzela” przy użyciu takiej broni, jak zatrzymania, przeszukania, aresztowania, wyroki skazujące i wsadzenie do więzień. Natomiast ludzie, którzy czują, że państwo (a co najmniej pośrednio także grupa narodowa, rasowa, religijna, etc. która w ich odczuciu stoi za skierowanymi przeciwko nim działaniami organów państwa) prześladuje ich w związku z wyznawanymi przez nich poglądami mogą - w swoim odczuciu - mieć w tej wojnie jedną broń równoważną przemocy ze strony państwa: przemoc bezprawną - lecz moralnie według nich, z racji stosowania przez państwo przemocy przeciwko nim - uprawnioną. Oczywiście, nie wszyscy z takich ludzi po nią sięgną – najprawdopodobniej może sięgnąć po nią ich niewielka część, może nie sięgnąć nikt. Lecz mimo wszystko są poważne przesłanki do tego, by uważać, że represje "za poglądy" niosą ze sobą ryzyko wzrostu przemocy, której władze przy użyciu takiej przemocy chcą zapobiec. Jak w swoim artykule "Can hate laws stop hate speech?" pisał kanadyjski autor Stefan Braun, oceniając sytuację w Kanadzie kilka lat temu po tym, jak kanadyjskie władze, korzystając z wprowadzonego w 1970 r. do kodeksu karnego przepisu zakazującego „świadomego promowania nienawiści przeciwko określonej grupie” (grupą taką jest obecnie „każda grupa społeczeństwa wyróżniona ze względu na kolor skóry, rasę, religię, pochodzenie narodowe lub etniczne, wiek, płeć, orientację seksualną, tożsamość lub ekspresję płciową albo niepełnosprawność fizyczną lub psychiczną”, pierwotnie pojęcie to było ograniczone do grup ludzi wyróżniających się kolorem skóry, rasą, religią, oraz pochodzeniem narodowym lub etnicznym) postanowiły wytoczyć procesy karne antysemitom „Wolność słowa odbiera legitymację stosowaniu siły. Gdy mamy prawo do wypowiadania się, przekonywania innych – a tym samym również do obrażania ich – maleje potrzeba uciekania się do przemocy, by przeforsować swoje racje. Nie jest tak, że w warunkach wolności słowa przemoc przestanie istnieć. Rasistowska i seksistowska przemoc będzie obecna zawsze. Jednak cenzura jedynie nasila to zjawisko. W Kanadzie miejsce niedopuszczalnych, krzywdzących wypowiedzi coraz częściej zajmują krzywdzące czyny – począwszy od powtarzających się nocnych profanacji synagog w Toronto i Montrealu (w styczniu 1993 roku w ciągu zaledwie doby zaatakowano siedem synagog w Montrealu), aż po wstrząsającą masakrę 14 studentek inżynierii w École Polytechnique de Montréal w grudniu 1989 roku. Dla osób odczuwających strach jest to dowód na konieczność zaostrzenia ograniczeń wolności słowa i uzasadnienie dla jeszcze dalej idącej cenzury. Z kolei dla tych, którzy ów strach budzą kolejne restrykcje dotyczące wypowiedzi stanowią usprawiedliwienie dla jeszcze większej przemocy. Ograniczania wolności słowa i krzywdzące czyny napędzają się nawzajem. Krótko mówiąc, być może lepiej jest zostać znieważonym słownie dzisiaj, niż zostać fizycznie ugodzonym nożem w plecy jutro.W Kanadzie surowe przepisy antyrasistowskie i antyseksistowskie, wprowadzające de facto cenzurę, ponoszą całkowitą porażkę w dążeniu do stworzenia społeczeństwa bardziej tolerancyjnego i oświeconego. W sposób subtelny, powolny, niemal niedostrzegalny, postępowe „lekarstwo” stosowane w Kanadzie staje się samą chorobą, której tak bardzo chciano uniknąć. Zamiast prawdziwej tolerancji, udało nam się wprowadzić jedynie publiczne pozory i oportunistyczne pozy. Co więcej, doprowadziliśmy do wzrostu liczby skrytych aktów przemocy i nieświadomie usankcjonowaliśmy zalążki represji wobec myśli politycznej – zaczątki znacznie bardziej podstępnej formy nietolerancji społecznej”. Z kolei Brytyjczyk Kenan Malik powiedział w udzielonym przez siebie wywiadzie, że dekada, która nastąpiła po tym, jak w 1965 r. zakazano w Wielkiej Brytanii „podżegania do nienawiści rasowej” „była prawdopodobnie najbardziej rasistowska w historii Wielkiej Brytanii. Była to dekada „Paki-bashingu”, kiedy rasistowscy bandyci szukali Azjatów, aby ich pobić. Była to dekada podpaleń, pchnięć nożem i morderstw”.


W kontekście tego o czym była powyżej mowa warto też zwrócić uwagę na zmiany liczby "hate crimes" – takich, jak fizyczne napaści na osoby i zabójstwa – w takich krajach, jak Niemcy, Francja, Kanada (które zakazują prawnie "mowy nienawiści" i represjonują jej autorów) oraz Stany Zjednoczone (gdzie "mowa nienawiści" nie jest prawnie zakazana) w latach 2014 – 2024 (dlaczego z tego okresu? Dlatego, że pochodzące z niego dane wydają się być w miarę wiarygodne – choć oczywiście, z całkowitą pewnością są one poważnie zaniżone – tzw. ciemna liczba przestępstw jest rzeczą całkowicie normalną, a niektóre osoby poszkodowane w wyniku "hate crimes" - np. imigranci – mogą nie być zbyt skłonne do zgłaszania takich przestępstw, zwłaszcza tych nie najcięższego kalibru – a więc np. nie powodujących istotnych obrażeń ciała naruszeń nietykalności cielesnej, czy drobnego wandalizmu - policji). Opierając się na danych przedstawionych na wspomnianej już stronie https://hatecrime.osce.org/hate-crime-report - oraz na danych dotyczących liczby ludności tych krajów - policzyłem, że liczba takich akurat przestępstw z nienawiści wzrosła w tym okresie we wszystkich tych krajach: w Niemczech od 8,39 na milion mieszkańców w 2014 r. do 22,91 na milion mieszkańców w 2024 r. (2,73 razy), we Francji od 5,99 na milion mieszkańców w 2014 r. do 22,76 na milion mieszkańców w 2024 r. (3,80 razy), w Kanadzie od 5,38 na milion mieszkańców w 2014 r. do 26,98 na milion mieszkańców w 2024 r. (5,01 raz), zaś w USA od 7,18 na milion mieszkańców w 2014 r. do 13,27 na milion mieszkańców w 2024 r. (1,70 razy). Jeśli weźmiemy natomiast pod uwagę wszystkie uwzględnione na stronie https://hatecrime.osce.org/hate-crime-report przestępstwa z nienawiści tego rodzaju, co fizyczne ataki na osoby, groźby przemocy i ataki na własność (zniszczenie mienia, kradzieże, rozboje, czy podpalenia) to możemy policzyć, że w Niemczech liczba tego typu "hate crimes" wzrosła od 19,31 na milion mieszkańców w 2014 r. do 78,68 na milion mieszkańców w 2024 r. (4,08 razy), we Francji wzrosła ona od 25,05 na milion mieszkańców w 2014 r. do 89,17 na milion mieszkańców w 2024 r. (3,56 razy), w Kanadzie liczba ta wzrosła od 28,90 na milion mieszkańców w 2014 r. do 108,58 na milion mieszkańców w 2024 r. (3,76 razy), zaś w USA od 20,06 na milion mieszkańców w 2014 r. do 38,91 na milion mieszkańców w 2024 r. (1,94 razy). Oczywiście, niektóre dane na jakich się opierałem tworząc to zestawienie budzą naprawdę poważne wątpliwości – to na przykład na pewno można powiedzieć na temat danych odnośnie przestępstw z nienawiści we Francji w 2014 r. w przypadku których uwzględnione były tylko dwa rodzaje "hate crimes": fizyczne napaści na ludzi (w łącznej liczbie 397) oraz groźby i grożące zachowania (łącznie 1265). Widoczny w statystykach prezentowanych na stronie https://hatecrime.osce.org/hate-crime-report wzrost liczby przestępstw z nienawiści w takich krajach, jak wspomniane tu Francja i Niemcy jak najbardziej mógł wynikać z poprawy zbierania danych na temat takich przestępstw (w Stanach Zjednoczonych dane na temat "hate crimes" są publikowane przez FBI od 1996 r., kraje europejskie zaczęły robić to później, niektóre z nich – takie, jak np. Austria i Holandia – dopiero kilka lat temu zaczęły w tej kwestii publikować dane, które wydają się być wiarygodne, zaś na temat danych pochodzących z byłych państw komunistycznych dość spokojnie można powiedzieć, że nie są one warte funta kłaków). Niemniej jednak dane te wskazują na to, że choć liczba "hate crimes" wzrosła w latach 2014 – 2024 zarówno w Niemczech, we Francji i Kanadzie (które wydają się być dobrymi przykładami dużych krajów, w których "mowa nienawiści" nie jest prawnie tolerowana) jak i w USA – to w tym ostatnim kraju liczba ta wzrosła prawdopodobnie znacznie mniej – nie tylko pomimo tego, że taka "mowa” nie jest w Stanach Zjednoczonych prawnie zakazana, ale także pomimo np. tego, że dużo złego klimatu, któremu często przypisuje się wzrost liczby przestępstw z nienawiści, narobił w tym okresie Donald Trump. (8)


Tak czy owak, na to, że zakazując "hate speech" można powstrzymać – czy przynajmniej zredukować - "hate crimes" po prostu nie ma dowodów, zaś wiele co najmniej poszlak wskazuje na to, że faktyczne efekty zakazów "mowy nienawiści" są odwrotne od tych, jakie chcieliby przy użyciu takich zakazów osiągnąć ich zwolennicy. Ponadto, jakkolwiek nie sposób byłoby powiedzieć czegoś takiego, że żadna "mowa nienawiści" nigdy nie przyczyniła się do żadnej przemocy, to mimo wszystko z powodzeniem można zaryzykować twierdzenie, że związki przyczynowo – skutkowe pomiędzy "hate speech” a "hate crimes" są w najlepszym bądź razie słabe. W każdym razie, jak brytyjski autor Eric Heinze pisał w swej książce „Hate speech and democratic citizenship” „(współczesne zachodnie demokracje – określane przez niego skrótem LSPD – od longstanding, stable, prosperous democracies) są najbardziej empirycznie zbadanymi społeczeństwami w historii. Jedzenie, spanie, palenie, picie, bieganie, siedzenie, stanie, skakanie i wszystko inne , co robimy jest nieustannie analizowane w celu znalezienia dowodów na jakieś szkodliwe skutki robienia tego czegoś. Żadne wcześniejsze społeczeństwa nie miały środków do tego, by wytworzyć tomy społecznych analiz, jakie wygenerowane zostały w (zachodnich demokracjach), wliczając w to trwające wciąż badania nad przemocą i dyskryminacją przeciwko członkom wrażliwych grup. Jednak pomimo całych dekad obowiązywania i egzekwowania zakazów „mowy nienawiści” nie zostały zgromadzone żadne dowody, które by w jakikolwiek statystycznie istotny sposób wiązały nienawiść wyrażaną w ogólnym publicznym dyskursie z konkretnymi szkodliwymi efektami”. W innej swej publikacji, zatytułowanej „Towards the abolition of hate speech bans” Eric Heinze stwierdził, że „w stabilnych, dojrzałych i prosperujących zachodnich demokracjach związek między „mową nienawiści” a nienawistnymi czynami nigdy nie został wykazany – nie w większym stopniu, niż to, że codzienna dieta telewizyjnej przemocy (pomijając zdarzające się okazyjnie wyczyny jej naśladowców) zmieniła nas wszystkich w oszalałych morderców”. W ogóle też, jak Gordon Danning" pisał w swoim eseju "Hate Speech Does Not Induce Hatred" „Wbrew powszechnemu przekonaniu, istnieje niewiele dowodów na to, że propaganda jest w stanie zmieniać poglądy; zazwyczaj okazuje się skuteczna jedynie wśród osób, które już podzielają dany przekaz, natomiast w przypadku osób o odmiennych zapatrywaniach bywa wręcz kontrproduktywna. Dotyczyło to nawet nazistowskiej propagandy antyżydowskiej – na terenach, które historycznie nie wykazywały postaw antysemickich, doprowadziła ona wręcz do spadku liczby donosów na Żydów składanych przez zwykłych obywateli”.


Warto przy okazji zwrócić uwagę na to, że Gordon Danning odniósł się we wspomnianym tekście do takiej "mowy nienawiści" która była czymś absolutnie porównywalnym do ludobójczej propagandy uprawianej przez Streichera, o ile nie (i to być może nawet znacznie) gorszym: tej uprawianej przez osławione "Radio Tysiąca Wzgórz" przed i podczas rzezi etnicznej w Rwandzie w 1994 r. Istnieje całkiem popularne przekonanie, że to właśnie audycje tego radia były czymś, co podburzyło członków stanowiącego (w owym czasie) większość rwandyjskiej ludności plemienia Hutu do mordowania członków mniejszościowego plemienia Tutsi. Jednak, jak pisze Danning „popularna narracja dotycząca roli „radia nienawiści” ignoruje dwudziestoletnie badania naukowe, które nie wykazują istotnych dowodów na to, że audycje radiowe skłaniały ludzi do angażowania się w ludobójstwo. Na przykład badanie z 2017 roku opublikowane w czasopiśmie „Criminology” nie wykazało statystycznie istotnego związku między ekspozycją na audycje radiowe a zabójstwami. Co więcej, antropolog Charles Mironko przeprowadził wywiady ze stu skazanymi sprawcami i stwierdził, że wielu z nich albo nie słyszało audycji „radia nienawiści”, albo błędnie je zinterpretowało. Politolog Scott Straus z Uniwersytetu Wisconsin stwierdził, że to presja otoczenia i osobiste apele, a nie radio nienawiści, motywują większość sprawców. Podobnie, obszerne studium politolog Lee Ann Fujii na temat ludobójstwa w Rwandzie wykazało, że osoby biorące udział w ludobójstwie nie wykazywały nadzwyczajnego poziomu strachu ani nienawiści wobec Tutsi. Zamiast tego, uczestniczyły w nim poprzez osobiste relacje z lokalnymi elitami, często z obawy przed reperkusjami w przypadku braku udziału. Nienawiść nie miała z tym nic wspólnego”.


Jak dalej można przeczytać w artykule Danninga „Odkrycia profesor Fujii są zgodne z niedawnym badaniem opublikowanym w „Quarterly Journal of Economics”, które wykazało, że wsie z lepszym odbiorem radia miały wyższy poziom uczestnictwa w ludobójstwie. W badaniu tym przypisano jednak ten efekt nie wywoływaniu nienawiści, lecz temu, że audycje informowały tych, którzy byli już gotowi do udziału, jak koordynować działania, i zapewniały ich, że rząd popiera zabijanie, a zatem nie będą oni ukarani”.


Danning nie kwestionuje przy tym tego, że "Radio Tysiąca Wzgórz" odegrało rolę w rwandyjskim ludobójstwie. Owszem, odegrało ją, ale rola ta nie polegała na tym, że radio to wywołało nienawiść Hutu wobec Tutsich – która to nienawiść zaowocowała przemocą wobec tych ostatnich - ani nawet na tym, że przekonało do mordowania Tutsich tych Hutu, którzy wcześniej nie byli przekonani o potrzebie ludobójczej akcji, tylko na instruowaniu osób uczestniczących w masakrach, kogo trzeba zabić i gdzie szukać ofiar.


To, zauważmy działo się w kraju, którego niedawna przeszłość była pełna brutalnej przemocy między-etnicznej i w którym nienawiść między grupami etnicznymi niezwykle łatwo – na zdrowy rozum – można było wywołać (choć – też na na zdrowy rozum - i tak już ona istniała). Jednak, jak wskazuje Gordon Danning, z ludobójstwem w Rwandzie nie było tak, że to nienawiść Hutu wobec Tutsi – pobudzona m.in. przez słuchanie audycji "Radia Tysiąca Wzgórz" – doprowadziła tych pierwszych do mordowania tych drugich. A jeśli nawet "Radio Tysiąca Wzgórz" odegrało rolę w rwandyjskim ludobójstwie także poprzez zachęcenie niektórych Hutu do mordowania Tutsich – czy też np. Hutu, którzy starali się pomóc Tutsim – a nie tylko poprzez instruowanie i kierowanie tymi, którzy już i tak mieli zamiar zabijać, to w tym kontekście warto przytoczyć fragment artykułu opublikowanego na stronie waszyngtońskiego Muzeum Holokaustu: „Ludobójstwo nie wybucha w sposób spontaniczny, niezależnie od tego, jakie formy wypowiedzi są wykorzystywane do jego wspierania; musi istnieć struktura organizacyjna – często w postaci państwa – która wdraża określony plan. Do ludobójstwa może dojść nawet bez zakrojonej na szeroką skalę propagandy, ale nie może do niego dojść bez zorganizowanej struktury władzy, która jest w nie zaangażowana. W Rwandzie, na przykład – niezależnie od tego, czy media odegrały istotną rolę w podżeganiu do przemocy – konieczne było, aby przywódcy zorganizowali bojówki, przejęli kontrolę nad wojskiem oraz zmobilizowali swoich znajomych, członków rodzin i sąsiadów do wzięcia udziału w tych działaniach”. Lecz mimo wszystko kwestia roli "mowy nienawiści" w generowaniu przemocy jest w najlepszym wypadku spekulatywna. Jak można przeczytać w we wspomnianym już tekście na stronie Holocaust Memorial Museum „Nie ma bezpośrednich, niepodważalnych dowodów łączących mowę nienawiści lub propagandę z przemocą”. Gordon Danning pisze z kolei, że jeśli "mowa nienawiści" w ogóle wywiera jakikolwiek wpływ na przemoc, to jedynie poprzez to, że „ułatwia działanie osobom, które już wykazują skłonności do agresji. Dzieje się tak głównie dlatego, że nadaje ona aktom przemocy swoiste „oficjalne przyzwolenie”, utwierdzając ludzi już pałających nienawiścią i skłonnych do przemocy w przekonaniu, że ich czyny pozostaną bezkarne”. W związku z tym, jak pisze Gordon Danning „cenzurowanie „mowy nienawiści” stosowanej przez zwykłych ludzi jest bezcelowe – niebezpieczna może być jedynie „mowa nienawiści” płynąca od elit (choć nawet w takim przypadku nie chodzi o wywoływanie nienawiści). Brak jest jakichkolwiek dowodów na to, że „mowa nienawiści” ze strony przeciętnych osób w jakikolwiek sposób przyczynia się do przemocy”.


I jasne jest też chyba, że "mowa nienawiści" nie jest jedynym rodzajem w wyobrażalny sposób niebezpiecznej ekspresji, której cenzurowanie i represjonowanie za nią nie przynosi skutków oczekiwanych przez zwolenników kryminalizacji pewnych rodzajów wypowiedzi, a może przynosić skutki odwrotne od tych, jakie chcieliby oni osiągnąć. W tej kwestii warto zwrócić uwagę na taką oto ciekawostkę, że po tym, jak w wydanym w 1969 r. wyroku w sprawie Brandenburg v. Ohio Sąd Najwyższy USA orzekł, że „konstytucyjne gwarancje wolności słowa i prasy nie pozwalają stanowi na zakazanie propagowania użycia siły lub złamania prawa, chyba, że takie propagowanie ma na celu podburzenie lub wywołanie natychmiastowego bezprawnego działania i jest prawdopodobne, że podburzy lub wywoła takie działanie” i unieważnił przy tej okazji obowiązującą w stanie Ohio "ustawę o kryminalnym syndykalizmie" zgodnie z którą przestępstwem było „propagowanie obowiązku, konieczności bądź właściwości przestępstwa, sabotażu, przemocy lub bezprawnych metod terroryzmu jako środka doprowadzenia do reform politycznych lub przemysłowych”, a także „dobrowolne zgromadzenie się z towarzystwem, grupą lub zbiorowiskiem osób, sformułowanym w celu nauczania lub propagowania doktryn kryminalnego syndykalizmu” w Stanach Zjednoczonych bardzo znacząco spadła liczba przestępstw o charakterze terrorystycznym – które na przysłowiowy zdrowy rozum można byłoby cokolwiek wiązać z np. propagowaniem obowiązku, konieczności bądź właściwości przestępstwa, sabotażu, przemocy lub bezprawnych metod terroryzmu jako środka doprowadzenia do (np.) reform politycznych lub przemysłowych – co od wyroku w sprawie Brandenburga (który był aktywistą Ku Klux Klanu) nie mogło być już karalne. W każdym razie, jak wynika z danych przedstawionych na stronie https://ourworldindata.org/terrorism o ile w 1970 r. (wcześniejsze dane na ten temat niestety nie istnieją) terrorystycznych przestępstw odnotowano w USA 468, to w roku 1971 przestępstw takich stwierdzono w tym kraju 247, w 1972 r. 68, zaś w 1973 r. 58. To prawda, że w kolejnych latach liczba aktów terroru w USA wzrosła – dochodząc do 149 w 1975 r., 105 w 1976 r. i 130 w 1977 r. – lecz później liczba terrorystycznych przestępstw w USA spadła i wynosiła kilkadziesiąt, kilkanaście, bądź nawet tylko kilka takich przestępstw w ciągu roku – dopiero od 2011 r. liczba terrorystycznych ataków zaczęła się w USA piąć w górę, by dojść do 103 w 2020 r. – a następnie spaść do 26 w 2021 r. (późniejszych danych na wspomnianej stronie nie ma). Tymczasem w znacznie bardziej, niż Stany Zjednoczone ograniczającej wolność słowa Wielkiej Brytanii (podżeganie do popełnienia przestępstwa jest w tym kraju karane niezależnie od tego, czy ma ono na celu spowodowanie natychmiastowego popełnienia przestępstwa i czy faktycznie może doprowadzić do jego popełnienia, od 1965 r. obwiązuje też w Wielkiej Brytanii zakaz podżegania do nienawiści wobec grup społecznych wyróżniających się takimi cechami, jak przynależność rasowa, etniczna i narodowościowa) liczba terrorystycznych przestępstw wzrosła od 12 w 1970 r. do 292 w 1972 r. W latach 1973 – 1994 liczba aktów terroru w Wielkiej Brytanii poza latami 1982, kiedy to odnotowano ich 95 i 1985, kiedy to takich aktów stwierdzono 67, nigdy nie spadła w Wielkiej Brytanii poniżej 100, zaś w latach 1974, 1979, 1991, 1992 i 1994 wynosiła ona ponad 200 (z maksimum 274 w 1974 r.). To prawda, że w połowie lat 90 liczba terrorystycznych przestępstw w Wielkiej Brytanii zmniejszyła się (w 1995 r. odnotowano tam 22 takie przestępstwa, a 2004 r. zaledwie 5 takich przestępstw), lecz od 2007 r. liczba takich przestępstw zaczęła w Zjednoczonym Królestwie rosnąć, tak, że doszła ona 136 w 2013 r. i 123 w 2017 r. (w kolejnych latach nastąpił spadek liczby tego rodzaju czynów do 40 w 2021 r.). Tak jednak czy owak, w latach 1970 – 2021 w Wielkiej Brytanii odnotowano 5553 terrorystyczne przestępstwa, podczas gdy w USA (które są blisko 5 razy ludniejszym krajem) 3147. Warto też przy okazji zauważyć, że wzrost liczby terrorystycznych przestępstw w Wielkiej Brytanii po 2006 r. nastąpił po tym , jak karalne stało się w tym kraju nie tylko bezpośrednie nawoływanie do uprawiania terroryzmu, ale także jego gloryfikowanie. Z kolei we Francji – kraju pod względem swobody wypowiedzi niewątpliwie bez porównania bardziej zbliżonym do Wielkiej Brytanii, niż do Stanów Zjednoczonych - aktów terroru w latach 1970 – 2021 odnotowano łącznie 2640. Było to oczywiście mniej, niż w USA (1,19 razy) i w Wielkiej Brytanii (2,1 razy), ale pamiętajmy o tym, że ludność Francji jest blisko 5 razy mniejsza, niż ludność USA. W przypadku Niemiec – o których często się mówi, że jest to najbardziej ograniczająca wolność słowa zachodnia demokracja - chciałbym tu zauważyć, że oprócz zakazów „mowy nienawiści”, aprobowania, kwestionowania lub bagatelizowania Holocaustu i propagowania nazizmu oraz używania nazistowskich gestów i symboli – a także oczywiście nawoływania do popełnienia przestępstwa – niemiecki kodeks karny zawiera przepis (art. 130a) przewidujący karę do 3 lat więzienia lub grzywny dla kogoś, kto „rozpowszechnia lub udostępnia publicznie treści, które mogą służyć jako instrukcja popełnienia jednego z czynów zabronionych, o których jest mowa w art. 126 ust. 1” (czyli generalnie rzecz biorąc poważnych przestępstw kryminalnych) i które mają na celu zachęcanie lub nakłanianie innych osób do dokonania takiego czynu, a także przepis przewidujący karę do roku więzienia dla osoby, która rozpowszechnia, upublicznia, bądź udostępnia osobie nieletniej treści, które „opisują okrutne lub w inny sposób nieludzkie akty przemocy wobec ludzi lub istot humanoidalnych w sposób gloryfikujący lub bagatelizujący takie akty przemocy lub które przedstawiają okrutne lub nieludzkie aspekty zdarzenia w sposób naruszający ludzką godność” (art. 131) - przedstawione na stronie https://ourworldindata.org/terrorism dane na temat liczb aktów terroru dotyczą okresu 1990 – 2021. Jak wynika z tych danych, przestępstw tego rodzaju we wspomnianym okresie odnotowano w Niemczech 829 – przy ich minimalnej rocznej liczbie równej 0 (w 2013 r.) i maksymalnej wynoszącej 156. Bezwzględna liczba aktów terroru w Niemczech była więc w tym okresie nieco mniejsza, niż w USA, gdzie w latach 1990 – 2021 stwierdzono ich łącznie 945, lecz chyba nie od rzeczy będzie zauważyć, że Niemcy są krajem o prawie 4 razy mniejszej liczbie ludności, niż Stany Zjednoczone. Z kolei w Kanadzie bardzo znaczny wzrost liczby terrorystycznych przestępstw nastąpił po tym, jak do kanadyjskiego kodeksu karnego wprowadzono cały rozdział na temat terroryzmu, a w nim takie przestępstwa, jak np.: „świadome ułatwianie działalności terrorystycznej” (art. 83.19 (1), które jest popełniane niezależnie od tego, czy jego sprawca wie o tym, że ułatwia konkretną terrorystyczną działalność, a także, czy konkretna działalność terrorystyczna była przewidywana lub planowana w czasie jej „ułatwiania” i oczywiście niezależnie od tego, czy jakakolwiek (niekoniecznie nawet konkretna) działalność terrorystyczna miała miejsce w związku z jej „ułatwianiem” (grozi za to do 14 lat więzienia); jak również „doradzanie popełnienia przestępstwa terrorystycznego” (art. 83.221 (1), które popełniane jest nawet wówczas, gdy ktoś doradzający innej osobie popełnienie takiego przestępstwa nie proponuje popełnienia żadnego konkretnego takiego przestępstwa (grozi za to do 5 lat odsiadki). O ile bowiem w 2011 r. terrorystycznych przestępstw nie odnotowano w Kanadzie w ogóle (w USA przestępstw takich stwierdzono wówczas 9), to np. w 2017 r. przestępstw o terrorystycznym charakterze odnotowano w Kanadzie 16. To oczywiście było przeszło 4 razy mniej od 66 tego rodzaju przestępstw, które w tym samym roku odnotowano w USA, tylko, że trzeba pamiętać, że ludność Kanady była w 2017 r. blisko 9 razy mniejsza, niż ludność USA. 

Inna podobnego rodzaju ciekawostka – też jednak relewantna w odniesieniu do dyskusji na temat potrzeby ograniczania swobody ekspresji w imię zapobiegania groźnym zjawiskom społecznym – dotyczy spadku liczby przestępstw seksualnych w Japonii wraz ze wzrostem dostępności pornografii. Japonia jeszcze gdzieś na początku lat 80 była krajem do tego stopnia restrykcyjnym wobec pornografii, że zakazana była tam sprzedaż takiego pisma, jak amerykański „Playboy”. Później jednak podejście do pornografii stało się w tym kraju bardziej swobodne i od mniej więcej 1990 r. wszelkiego rodzaju pornografia stała się w Japonii łatwo dostępna, w tym także dla osób nieletnich. Co jest charakterystyczną cechą japońskiej pornografii to to, że dużo częściej, niż pornografia wytwarzana w innych krajach łączy ona seks ze scenami gwałtów i przemocy – a więc stanowi ten rodzaj pornografii, odnośnie którego stosunkowo najprędzej można wysuwać „zdroworozsądkowe” obawy, że może mieć ona niebezpieczny wpływ na niektórych jej odbiorców. Czy jednak niewątpliwy fakt, że w latach 90. więcej Japończyków naoglądało się pornografii – w tym także takiej, która ukazuje sceny gwałtów, seksualnych tortur i seksu z dziećmi – niż w czasach wcześniejszych sprawił, że w Japonii wzrosła faktyczna liczba seksualnych przestępstw? Odpowiedzi na to pytanie dostarczają dane przedstawione w opublikowanym w 1999 r. artykule Miltona Diamonda z Uniwersytetu Hawajów i Ayako Uchiyamy z Narodowego Instytutu Badawczego Nauk Policyjnych w Tokio „Pornography, Rape and Sex Crimes in Japan”. Co wynika z tych danych? Otóż to, że o ile w 1972 r. – kiedy to pornografia była w Japonii praktycznie niedostępna – japońska policja odnotowała 4677 gwałtów (dokonanych przez 5464 sprawców), to w roku 1995 – kiedy wszelkiego rodzaju pornografia dostępna była tam bez trudu – gwałtów odnotowano w Japonii 1500, przy czym popełnione zostały one przez 1160 zidentyfikowanych przestępców. W okresie o którym jest tu mowa w sposób szczególny zmniejszyła się liczba gwałtów dokonanych przez osoby nieletnie – tj. mające mniej, niż 20 lat. O ile bowiem osoby takie dokonały 33% z 4677 gwałtów stwierdzonych przez japońską policję w 1972 r., to spośród 1500 gwałtów odnotowanych w 1995 r. osoby takie popełniły tylko 18% tego rodzaju przestępstw – co w liczbach bezwzględnych oznacza spadek liczby takich czynów dokonanych przez osoby w wieku poniżej 20 lat z ok. 1543 do 270 (liczba gwałtów dokonanych przez osoby nieletnie w Japonii spadła zatem w latach 1972 – 1995 ok. 5,71 razy, podczas gdy liczba gwałtów w ogóle „tylko” ok. 3,12 razy). Na ten akurat fakt warto zwrócić uwagę z tego względu, że jeśli pornografia może mieć niebezpieczny wpływ na jakieś osoby, to na zdrowy rozum może się wydawać, że najprędzej może mieć ona taki wpływ na kilkunastoletnich chłopaków – którzy zapewne też częściej, niż jakiekolwiek inne osoby w praktyce interesują się pornografią (zazwyczaj nie w celach naukowych). Badania Diamonda i Uchiyamy nie wykazują jednak jakiegoś zgubnego wpływu pornografii na takie osoby – wręcz przeciwnie, sugerują rzecz dokładnie odwrotną. Inną rzeczą jaką zauważyli Diamond i Uchiyama jest spadek – we wspomnianym tu okresie - liczby przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom. I tak np. o ile w 1972 r. 8,3 % ofiar gwałtów miało mniej niż 13 lat, to w roku 1995 osoby w tym wieku stanowiły tylko 4 % wszystkich ofiar takich przestępstw (bezwzględna liczba gwałtów na takich osobach spadła zatem w tym czasie w Japonii 6,46 razy). Z punktu poruszonego tu problemu – tj. tego, czy dostępność pornografii przyczynia się do wzrostu liczby przestępstw o podłożu seksualnym jest to ważna informacja z takiego choćby względu, że w okresie w którym w Japonii nastąpił bardzo znaczący spadek liczby gwałtów dokonanych na osobach w wieku do 13 lat w kraju tym nie było żadnego prawa specyficznie skierowanego przeciwko pornografii dziecięcej (choć podejrzewam, że mimo wszystko była ona cokolwiek zwalczana w oparciu o istniejący w japońskim kodeksie karnym przepis o „obsceniczności”) zaś rzeczą po prostu powszechnie wiadomą jest to, że Japonia wręcz słynie z produkcji materiałów ukazujących (w sposób fikcyjny) seks z udziałem osób młodocianych, czy nawet po prostu dzieci – takich, jak kreskówki typu hentai (które w Polsce można byłoby podciągnąć pod art. 202 §4b k.k. – według tego przepisu „Kto produkuje, rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”). Sprawdziłem też, przy okazji, ile gwałtów odnotowano w Japonii w najnowszych czasach (1995 r. to – można twierdzić – była inna epoka). Z danych dostępnych w Internecie wynika, że w 2012 r. w Japonii stwierdzono 1266 gwałtów, w 2013 – 1409, w 2014 - 1250, w 2015 – 1167, w 2016 – 989, w 2017 – 1109, w 2018 – 1307, w 2019 – 1405, w 2020 – 1332 i w 2021 – 1388. (9) To prawda, że są to dane policyjne – z całą pewnością nie odpowiadające rzeczywistej liczbie gwałtów w Japonii – o większości których policja się po prostu nie dowiaduje. Lecz aby teza, że kilkukrotny spadek liczby gwałtów w Japonii wykazywał korelację w czasie z wybitnym wzrostem dostępu do pornografii mogła być de facto fałszywa (z powodu nie zmniejszenia się – lub jeszcze gorzej, wzrostu rzeczywistej liczby gwałtów w okresie, o którym jest tu mowa) to w latach 1972 – 1995 i jeszcze późniejszych musiałby w Japonii nastąpić bardzo znaczący spadek liczby doniesień na policję o faktycznie dokonanych gwałtach. Jakkolwiek japońska policja (podobnie, jak policje w innych krajach) o większości gwałtów się nie dowiaduje, to co jak co, ale kilkukrotne (przynajmniej) zmniejszenie doniesień o rzeczywistych gwałtach we wspomnianym tu okresie nie wydaje się – na zdrowy rozum – czymś prawdopodobnym. Podobnie też w krajach takich, jak Niemcy Zachodnie, Dania, Szwecja i USA liczba gwałtów po zalegalizowaniu pornografii czy też faktycznemu ułatwieniu dostępu do niej nigdy nie wzrosła bardziej niż liczba nie-seksualnych przestępstw z użyciem przemocy i ponadto w krajach tych istniała ogólna tendencja do stagnacji lub nawet spadku wskaźników gwałtów dokładnie w tych latach, kiedy pornografia stała się bardziej wszechobecna niż kiedykolwiek wcześniej dzięki wideo i telewizji kablowej lub kodowanej (stwierdzenie przytaczam za George C. Thomas III „A Critique of the Anti-pornography Syllogism”, który powołuje się na Berl Kutchinsky „PORNOGRAPHY, SEX CRIME, AND PUBLIC POLICY”).


Wracając zaś do postawionego przez Noemi Grin na początku jej tekstu pytania „Czy można skazać kogoś na karę śmierci za mowę nienawiści?” – i odpowiedzi, że „Przypadek Juliusa Streichera pokazuje, że tak”… to tak się trochę zastanawiam, czy zdania te miały być po prostu stwierdzeniem pewnego faktu, czy też argumentem – odnośnie np. tego, jak należy traktować "siewców nienawiści" (wieszać? wsadzać na dożywocie lub przynajmniej na długo do więzienia?). Bo jeśli miało to być po prostu stwierdzenie faktu, to zgoda – tak było – z tym zastrzeżeniem, że Streicher nie został skazany za "mowę nienawiści" w sensie np. brzydkiego wyrażania się o Żydach – bo takie rzeczy jak najbardziej obejmuje się zakresem pojęcia "mowy nienawiści" – tylko za całkowicie jednoznaczne nawoływanie do ludobójstwa, które miało miejsce dokładnie wówczas, kiedy Streicher do niego wzywał (aczkolwiek faktyczna rola Streichera w przyczynieniu się do ludobójstwa nie jest wcale jasna i przed Trybunałem Norymberskim nie przedstawiono konkretnych dowodów na to, że teksty publikowane na łamach "Der Stürmer" stanowiły inspirację dla bezpośrednich sprawców ludobójstwa). Lecz jeśli wspomniane stwierdzenie miało być argumentem odnośnie tego, jak traktować "mowę nienawiści" to w tym przypadku wchodzimy już na grunt cokolwiek śliski. Spróbujmy bowiem argument tego rodzaju, że skoro coś kiedyś zrobiono, to znaczy, że można to zrobić (w tym sensie, że jest to czymś moralnie uprawnionym, nie takim, że zrobienie tego jest możliwe… niemożliwe to jest przekroczenie prędkości światła… i założenie hełmu wojskowego na lewą stronę) zastosować w sposób konsekwentny. Co z konsekwentnego zastosowania takiego argumentu by wynikało? Otóż, jeśli chodzi o to, to chciałbym np. zauważyć, że kardynał Richelieu powiedział ponoć coś takiego „Jeżeli dasz mi sześć linijek napisanych przez najbardziej uczciwego człowieka, to znajdę w nich powód do tego, żeby go powiesić”. Powinno się wieszać ludzi, którzy napisali przynajmniej sześć linijek – na przykład w mailu, na swoim blogu, etc. – bo powód do tego zawsze mógłby się znaleźć? W Korei Północnej zdarzają się egzekucje za oglądanie (a zwłaszcza już za rozpowszechnianie) wyprodukowanych w Korei Południowej filmów. Można więc skazać kogoś na śmierć za obejrzenie wyprodukowanego w innym kraju filmu? Jak widać, można. Jednak chyba doprawdy mało kto uzna ten niewątpliwy fakt za argument na rzecz tezy, że ludzi należy rozstrzeliwać za np. oglądanie filmów wyprodukowanych za granicą. Lepiej więc uważajmy z tego rodzaju argumentami. Zaś co do Streichera, to nawet jeśli istniał bezpośredni związek przyczynowo – skutkowy pomiędzy szerzoną przez niego propagandą, a hitlerowskim ludobójstwem na Żydach, to takie fakty, jak to, że propaganda ta miała charakter absolutnie jednoznacznego nawoływania do wymordowania wszystkich Żydów, miała miejsce wówczas, gdy Żydzi na Wschodzie byli – jak stwierdził norymberski Trybunał – mordowani w najbardziej przerażających warunkach – a Streicher doskonale wiedział o popełnianych przeciwko nim zbrodniach - i jak wreszcie przede wszystkim to, że propaganda ta miała miejsce w państwie totalitarnym, w którym nie istniała wolność słowa i związana z nią możliwość przeciwstawienia się tej propagandzie (która to możliwość istnieje w demokratycznym kraju, w którym generalnie rzecz biorąc istnieje swoboda wypowiedzi) wskazują na to, że argument "ad Streicherum" nie jest dobrym argumentem na rzecz zakazów "mowy nienawiści". (10)


Przypisy:


1. W kontekście sprawy Streichera warto wspomnieć o drugim osądzonym przez Trybunał Norymberski nazistowskim propagatorze, jakim był (od1938 r.) szef działu prasowego Ministerstwa Rzeszy ds. Oświecenia Publicznego i Propagandy, a od 1942 r. szef działu radiowego tego ministerstwa Hans Fritzsche. Według aktu oskarżenia Fritzsche podżegał i zachęcał do popełniania zbrodni wojennych, celowo fałszując wiadomości, aby wzbudzić w narodzie niemieckim te namiętności, które doprowadziły go do popełnienia okrucieństw”, lecz został uniewinniony, ponieważ sąd „nie był przygotowany do uznania, że ​​jego audycje miały na celu podżeganie narodu niemieckiego do popełniania okrucieństw na podbitych narodach”.


2. Trzeba powiedzieć, że tezę tą – opierając się m.in. na tych samych zeznaniach członków 101 Rezerwowego Batalionu Policji – zakwestionował Daniel Jonah Goldhagen, który w swej wydanej w 1996 r. książce „Gorliwi kaci Hitlera: zwyczajni Niemcy i Holocaust” („Hitler’s Willing Executioners: Ordinary Germans and the Holocaust”) przeciwstawił się wcześniejszemu konsensusowi historycznemu, według którego za Holokaust odpowiadała wąska elita fanatyków (SS, NSDAP) oraz bezduszna, biurokratyczna machina państwowa, w której wykonawcy jedynie „spełniali rozkazy” i przedstawił tezę, że w Niemczech od XIX wieku dominował specyficzny, głęboko zakorzeniony „antysemityzm eliminacjonistyczny” - Niemcy jako naród byli przekonani, że Żydzi są śmiertelnym zagrożeniem i należy ich usunąć ze społeczeństwa. Goldhagen pisał w swej książce o tym, że niemieccy żołnierze i policjanci, którzy nie chcieli strzelać do kobiet i dzieci, mogli poprosić o inne zadanie (np. wartownicze) i nie groziły im za to żadne poważne konsekwencje – np. wyrok śmierci czy też obóz koncentracyjny – lecz mimo to ogromna większość decydowała się zabijać. Opisał również ich potworny sadyzm i czerpanie satysfakcji z cierpienia ofiar. Niemcy według niego nie zabijali w sposób „mechaniczny” – przeciwnie, organizowali publiczne upokorzenia, tortury i marsze śmierci - co zdaniem Goldhagena świadczy o ich osobistej nienawiści podbudowanej ideologicznie. Książka Goldhagena wywołała gigantyczną debatę naukową i medialną (tzw. debatę Goldhagena), zwłaszcza w Niemczech i USA. Choć stała się międzynarodowym bestsellerem, wielu wybitnych historyków (m.in. Christopher Browning i Raul Hilberg) poddało ją ostrej krytyce. Zarzucano jej m.in. monokauzalizm - sprowadzenie tak skomplikowanego zjawiska jak Holokaust do tylko jednej przyczyny (niemieckiego antysemityzmu), oskarżanie całego narodu niemieckiego i przypisywanie mu unikalnego, genetycznego wręcz antysemityzmu, co zacierało fakt, że antysemityzm był wówczas silny w całej Europie, a także skupienie się wyłącznie na nienawiści do Żydów, przy jednoczesnym pominięciu masowego mordowania przez tych samych Niemców milionów Słowian czy osób niepełnosprawnych. Książce tej przeciwstawiano zwłaszcza wspomnianą już tutaj publikację Christophera Browninga. Browning w swej książce – w odróżnieniu od Goldhagena, który skupił się na sadyzmie i podkreślał, że Niemcy robili sobie zdjęcia z ofiarami, torturowali je i poniżali bez żadnego rozkazu taktycznego, co było według niego dowodem głębokiej nienawiści rasowej - opisał proces stopniowego tępienia wrażliwości. Według niego, początkowo policjanci po egzekucjach wymiotowali i przeżywali załamania nerwowe, lecz z czasem jednak machina biurokratyczna i rutyna sprawiały, że mordowanie stało się dla nich „zwykłą pracą”.

Który z tych autorów miał rację? Jeśli chodzi o to, to nie czuję się kompetentny wypowiadać się na ten temat, lecz chciałbym mimo wszystko zauważyć, że w środowisku naukowym publikacja Browninga jest uznawana za pozycję bardziej rzetelną, uniwersalną i lepiej udokumentowaną od bardziej być może sensacyjnej książki Goldhagena.


3. Według informacji przedstawionej przez Google AI w okresie Republiki Weimarskiej karano też np. za oczernianie tradycyjnej żydowskiej modlitwy Kol Nidre - odmawianej na początku święta Jom Kippur (Dnia Pojednania) – która była celem nieustannych ataków antysemitów. Wyroki zapadały za wypowiedzi głoszące, że: „Podczas Jom Kippur Żydzi modlą się o to, by Bóg wybaczył im kłamstwa i oszustwa, które popełnią wobec chrześcijan w nadchodzącym roku”. Wyrokami z art. 166 kończyło się też publikowanie pamfletów twierdzących, że ortodoksyjni Żydzi potrzebują chrześcijańskiej krwi (zwłaszcza dzieci) do wypieku macy. Z kolei na podstawie art. 130 niemieckiego kodeksu karnego, który w jego ówczesnej wersji przewidywał karę do 2 lat więzienia dla kogoś, kto "w sposób zagrażający pokojowi publicznemu publicznie podżega różne klasy ludności do aktów przemocy przeciwko sobie, podlega karze grzywny do dwustu talarów lub karze więzienia do lat dwóch" karano za sformułowania typu "Żydzi to pasożyty na ciele narodu niemieckiego, którzy wysysają krew z klasy robotniczej poprzez spekulacje giełdowe i lichwę" - sądy stały na stanowisku, że nazywanie grupy obywateli „pasożytami” destabilizuje ład społeczny. Za karalne podżeganie uznawano też publiczne głoszenie haseł wzywających do systemowego bojkotu lub pozbawienia Żydów praw obywatelskich.

Julius Streicher, Adolf Hitler, Joseph Goebbels i setki innych nazistów w latach 20. regularnie stawali przed sądami, płacili gigantyczne grzywny i szli do więzień (Hitler napisał Mein Kampf właśnie podczas odsiadywania wyroku – choć co prawda nie za „mowę nienawiści” lecz za próbę zamachu stanu). Surowe prawa anty-hate speech w żaden sposób nie powstrzymały jednak wzrostu antysemityzmu ani dojściu Hitlera do władzy. Każdy proces sądowy naziści wykorzystywali jako genialną platformę propagandową. Przed sądami udawali „ofiary systemu” i „męczenników wolności słowa”, co tylko mobilizowało ich zwolenników i dawało im poczucie, że walczą z „wrogim systemem”.


4. Jeśli chodzi o Polskę, to ze strony https://hatecrime.osce.org/poland można wywnioskować, że w 2024 r. na milion mieszkańców naszego kraju przypadało 17,71 "hate crimes" - trudno jest jednak powiedzieć, jak dużą część tych czynów stanowiły rzeczywiste przestępstwa z nienawiści - czyli np. fizyczne napaści, czy niszczenie mienia, a jaką "mowa nienawiści" podpadająca zwłaszcza pod art. 256 i/lub 257 k.k. - jest zresztą bardzo wątpliwe, by dane te były w miarę choćby rzetelne - choć oczywiście, że nigdzie nie są one dokładne - to nie jest możliwe w przypadku danych dotyczących jakichkolwiek przestępstw.


5. Nie od rzeczy będzie też zwrócić uwagę na takie przestępstwa z nienawiści, jak podpalenia, które, jak podaje Google AI „organizacje monitorujące przestępczość z nienawiści traktują jako najwierniejszy, najbardziej realny barometr nastrojów radykalnych w społeczeństwie”. Jeśli chodzi o liczby tych akurat przestępstw z nienawiści we wspomnianych tu krajach to w Niemczech w latach latach 2014 – 2024 odnotowano łącznie 390 takich „hate crimes” – najwięcej w latach 2015 i 2016 (106 i 102), zaś najmniej w roku 2014 (9). Jeśli więc średnia liczba ludności Niemiec w tym czasie wynosiła 83 miliony osób, to w ciągu roku na statystyczny milion ludności przypadało w w tym okresie w Niemczech średnio rzecz biorąc 0,43 takich akurat przestępstw z nienawiści. W Austrii w latach 2021 - 2024 podpaleń, zakwalifikowanych jako „hate crimes” odnotowano 18, co oznacza, że na milion mieszkańców tego ok. 9 milionowego kraju przypadało w tym okresie średnio rzecz biorąc 0,50 takich przestępstw w ciągu roku. W przypadku Kanady 96 podpaleń uznanych za „hate crimes” przy średniej rocznej liczbie ludności Kanady w latach 2014 – 2024 wynoszącej 37,9 mln osób daje ich 0,23 rocznie na milion ludności – warto przy tym zwrócić uwagę na niepomierny wzrost liczby takich przestępstw w ostatnich latach – o ile w 2014 r. w Kanadzie odnotowano 2 podpalenia zakwalifikowane jako „hate crimes”, w latach 2015 – 2016 po 4 takie przestępstwa – zaś dane z 2017 r. – podejrzanie zresztą ogólnikowe – nie wskazują w ogóle takich przestępstw z nienawiści – to w 2018 r. podpaleń uznanych za „hate crimes” odnotowano w Kanadzie 8, w 2020 r. – 13 (z 2019 r. na https://hatecrime.osce.org/hate-crimereport w ogóle nie ma oficjalnych danych z Kanady), w 2021 r. – 21, w 2022 r. – 11, w 2023 r. – 18 i 2024 r. – 15. Dane dotyczące Wielkiej Brytanii są niestety skromne, gdyż pochodzą tylko z lat 2021 i 2022 – w pozostałych latach wszystkie przestępstwa z nienawiści odnotowane w tym kraju były określane na stronie https://hatecrime.osce.org/united-kingdom jako „unspecified” jeśli chodzi o rodzaj czynów. Sporo może tu jednak mówić fakt, że w 2021 r. podpaleń zakwalifikowanych jako „hate crimes” odnotowano w Wielkiej Brytanii 188 (w USA 21), zaś w 2022 r. 177 (w USA 46). Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to podpaleń uznanych za „hate crimes” odnotowano tam w latach 2014 – 2024 łącznie 513 (od 4 do 63 w ciągu roku). Jako że średnia liczba ludności USA w tym okresie wynosiła 328 milionów osób, na milion ludności USA przypadało w tym okresie 0,14 takich przestępstw rocznie – ponad 3 razy mniej, niż w Niemczech, ponad 3,5 razy mniej, niż w Austrii, 1,64 razy mniej, niż w Kanadzie i 19,7 razy mniej, niż w Wielkiej Brytanii.


6. Warto wspomnieć, że prawa anty-hate speech w Indiach i w Brazylii – a także w Holandii - idą znacznie dalej, niż tego rodzaju przepisy zazwyczaj obowiązujące w krajach europejskich, czy też w Kanadzie, które dotyczą wypowiedzi, które (według tych przepisów) znieważają, poniżają, czy zniesławiają grupy narodowe, rasowe, etniczne, religijne czy też takie, jak osoby LGBT (w Niemczech wypowiedzi karalne na podstawie art. 130 StGB mogą – teoretycznie rzecz biorąc – dotyczyć każdej grupy będącej częścią społeczeństwa), czy też nawołują/podżegają do nienawiści lub dyskryminacji czy też przemocy wobec takich grup, wyrażają pogardę dla takich grup, bądź grożą takim grupom (co niekoniecznie musi polegać na grożeniu popełnieniem przestępstwa – np. w Wielkiej Brytanii zapadały wyroki więzienia za wypowiadanie opinii, że homoseksualizm powinien być karany śmiercią – co było raczej szokującą propozycją zmiany obowiązującego prawa, niż grożeniem złamania tego prawa; w Kanadzie do tamtejszego kodeksu karnego została niedawno dodana poprawka, zgodnie z którą wypowiedź nie stanowi podżegania do nienawiści ani jej propagowania wyłącznie dlatego, że wypowiedź ta dyskredytuje, upokarza, rani lub obraża – poprawka ta opiera się na orzecznictwie Sądu Najwyższego Kanady na tle art. 319 tamtejszego k.k. według którego przez „nawoływanie/promowanie nienawiści” nie można rozumieć wywoływania zwykłych uczuć dezaprobaty, antypatii, uprzedzenia, niechęci, pogardy czy urażenia, lecz jedynie dążenie do całkowitego odczłowieczenia i delegitymizacji danej grupy społecznej poprzez jej oczernianie i wyrażanie wstrętu wobec niej). W każdym razie w Indiach art. 153A tamtejszego kodeksu karnego przewiduje, że „(1) Ktokolwiek - (a) słowami, mówionymi lub pisanymi, znakami, widocznymi przedstawieniami lub w inny sposób promuje lub próbuje promować, ze względu na religię, rasę, miejsce urodzenia, miejsce zamieszkania, język, kastę lub społeczność lub z jakiegokolwiek innego powodu, dysharmonię lub uczucia wrogości, nienawiści lub złej woli między różnymi grupami religijnymi, rasowymi, językowymi lub regionalnymi, kastami lub społecznościami, lub - (b) dopuszcza się czynu, który jest szkodliwy dla utrzymania harmonii między różnymi grupami religijnymi, rasowymi, językowymi lub regionalnymi, kastami lub społecznościami, i który zakłóca lub może zakłócić spokój publiczny podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech lub grzywny, albo obu tym karom łącznie”. W Brazylii art. 20 obowiązującej w tym kraju ustawy antyrasistowskiej przewiduje karą od roku do 3 lat więzienia za „praktykowanie, wywoływanie lub podżeganie do dyskryminacji lub uprzedzeń ze względu na rasę, kolor skóry, przynależność etniczną, religię lub pochodzenie narodowe” (przepis ten został przez brazylijski Sąd Najwyższy rozciągnięty na homofobię – z całkowitym zlekceważeniem zasady „nullum crimen sine lege” – przy okazji, za robienie takich rzeczy w publikacjach, w tym w internecie grozi od 2 do 5 lat więzienia – bez możliwości zawieszenia wykonania kary). Z kolei art. 137e kodeksu karnego Holandii stanowi, że „Osoba, która z jakiegokolwiek innego powodu, niż wyłącznie w celu przedstawienia prawdziwej informacji o faktach upublicznia stwierdzenie, o którym wie, lub odnośnie którego powinna w sposób rozsądny podejrzewać, że może być ono obraźliwe dla grupy osób z powodu ich rasy, wyznania, przekonań osobistych, albo hetero – lub homoseksualnej orientacji, względnie że zachęca ono do nienawiści lub dyskryminacji przeciwko ludziom albo do przemocy wobec osób lub ich własności z powodu ich rasy, religii, przekonań osobistych, płci albo hetero – lub homoseksualnej orientacji; (lub) Rozpowszechnia przedmiot, o którym wie, lub w sposób rozsądny powinien podejrzewać, że zawiera on takie stwierdzenia albo posiada taki przedmiot w celu wystawienia go publicznie lub rozpowszechnienia, podlega karze więzienia do sześciu miesięcy lub grzywnie trzeciej kategorii” – odnośnie tego ostatniego przepisu zauważmy, że można na jego podstawie skazać kogoś, kto nawet nie zdawał sobie sprawy z obraźliwości czy też nienawistności upublicznionego przez siebie stwierdzenia, jeśli tylko powinien on w sposób rozsądny podejrzewać, że stwierdzenie to może mieć taki charakter (przy okazji, kary za celowe znieważanie grupy ludzi z powodu ich rasy, religii, przekonań, homo lub heteroseksualnej orientacji, bądź fizycznej, mentalnej lub intelektualnej niepełnosprawności, a także za podżeganie do nienawiści, lub dyskryminacji wobec takiej grupy osób, lub przemocy wobec takiej grupy osób lub jej własności są wyższe – do roku więzienia i do dwóch lat, jeśli ktoś popełniający takie przestępstwo zrobił sobie z tego zawód lub zwyczaj, lub działa wspólnie z inną osobą). Mają jednak te przepisy jakieś pozytywne rezultaty, jeśli chodzi o np. przeciwdziałanie rasizmowi? Jeśli chodzi o Brazylię, to pomimo tego, że liczba osób ściganych i skazywanych za rasizm w ostatnich latach dramatycznie wręcz wzrosła, to statystyki dotyczące przemocy fizycznej nie spadły. Czarnoskórzy obywatele Brazylii (pretos i pardos) stanowią też nieproporcjonalnie wysoki odsetek ofiar zabójstw, brutalnych pobić oraz przemocy ze strony policji. Z przeprowadzonych kilka lat temu przez Instytut Peregum i Project Seta - organizacje zajmujące się badaniem populacji czarnej ludności – badań wynika, że zdaniem 81% Brazylijczyków kraj, w którym żyją jest rasistowski. 66% ankietowanych było przy tym świadkami rasistowskich wyzwisk i obelg, 42% miało okazję obserwować czyjeś nierówne traktowanie ze względu na rasę, zaś 39% było świadkami przemocy o rasistowskim podłożu. Z kolei przemoc wobec mniejszości seksualnych (zwłaszcza kobiet transpłciowych) utrzymuje się na najwyższym poziomie na świecie, mimo że Sąd Najwyższy objął społeczność LGBTQ+ ustawą antyrasistowską. Jeśli chodzi o Indie, to raporty organizacji praw człowieka (np. Association for Protection of Civil Rights) wskazują na potężną falę wzrostową przestępstw z nienawiści w Indiach w ujęciu per capita. Odnotowuje się masowe napady, lincze na mniejszości muzułmańskiej (często pod pretekstem rzekomego uboju krów, uważanych przez hinduistów za święte) oraz ataki na społeczności chrześcijańskie i niższe kasty (Dalitów). Służby państwowe i prokuratura bardzo chętnie wykorzystują art. 153A do uciszania i aresztowania krytyków rządu, dziennikarzy czy liderów mniejszości religijnych pod zarzutem „tworzenia dysharmonii” - jednocześnie ten sam artykuł rzadko jest stosowany wobec radykalnych polityków partii rządzącej czy pro-rządowych mediów, które otwarcie stosują dehumanizującą retorykę wobec muzułmanów. Holandia, pomimo obowiązujących w niej (i naprawdę egzekwowanych) rozciągliwych „hate speech laws” jest – o czym była tu już zresztą mowa – krajem o znacznie (być może kilkukrotnie) wyższym poziomie przestępstw z nienawiści tego typu,co fizyczne napaści na ludzi z takich powodów, jak ich przynależność rasowa, narodowościowa, etniczna, wyzaniowa, czy orientacja seksualna, niż Stany Zjednoczone, gdzie zakazów „mowy nienawiści” nie ma. Warto też przy okazji zwrócić uwagę na to, co wynika wykresu zawartego w dostępnym w Internecie artykule na temat społecznej akceptacji osób homoseksualnych w Holandii (zob. https://www.academia.edu/758005/Out_in_the_Netherlands_A_study_into_the_acceptance_of_homosexuality_in_the_Netherlands). Wykres ten pokazuje, że radykalny spadek liczby osób negatywnie nastawionych wobec homoseksualistów nastąpił w Holandii pod koniec lat 60. oraz w latach 70 XX wieku. I tak np. procent ludzi nie zgadzających się z twierdzeniem, że geje powinni móc żyć tak swobodnie, jak jest to możliwe zmniejszył się w latach (mniej więcej; lata i procenty ujęte są w tym wykresie co pięć) 1968 – 1980 z ok. 36% do jakichś 7%. Odsetek ludzi zgadzających się z twierdzeniem, że przeciwko gejom powinny zostać podjęte energiczne działania zmniejszył się w latach 1970 – 1980 z 25% do 5%. Odsetek zwolenników opinii, że geje powinni zostać usunięci ze społeczeństwa zmniejszył się w tym samym okresie z 10% do jakichś 2%. Nieco późniejszego okresu, bo lat 1980 – (mniej więcej) 1993 dotyczą dane na temat poglądu, że osoby homoseksualne nie powinny razem ze sobą mieszkać – ze wspomnianego tu wykresu wynika, że o ile w 1980 r. wyznawców takiego poglądu było w Holandii 15%, to gdzieś w 1991 było ich może z 11% (później liczba takich osób nieznacznie wzrosła). Te zmiany nastawienia Holendrów wobec osób homoseksualnych nastąpiły zdecydowanie przed tym, zanim „mowa nienawiści” przeciwko takim osobom została w tym kraju prawnie zakazana (stosowną poprawkę do kodeksu karnego uchwalono w 1992 r., weszła ona w życie w 1994 r.). Czy wprowadzenie zakazu „homofobicznej mowy nienawiści” doprowadziło do jakiejś zmiany w takich postawach? Ze wspomnianego wykresu nie można wyciągnąć takiego wniosku; wynika z niego zresztą w ogóle to, że zmiany postaw o które tu chodzi były po 1980 r. niewielkie. Można jednak zauważyć, że odsetek ludzi nie zgadzających się z poglądem, że geje powinni móc żyć tak swobodnie, jak jest to możliwe minimalnie wzrósł w latach 1997 – 2006. Tak czy owak, jak można policzyć na podstawie danych przedstawionych na stronie https://hatecrime.osce.org/netherlands w 2024 r. na milion mieszkańców Holandii przypadało ok. 21,72 takich przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT, jak fizyczne napaści, 4,11 przypadków zniszczenia własności takich osób, oraz 21,33 skierowanych przeciwko takim osobom gróźb i grożących zachowań. Na milion mieszkańców USA tego rodzaju „hate crimes” przeciwko osobom LGBT było w 2024 r. (w świetle danych przedstawionych na stronie https://hatecrime.osce.org/united-states-america), odpowiednio, 3,37 (wśród aktów fizycznej przemocy przeciwko takim osobom były w 2024 r. w USA cztery zabójstwa; tego rodzaju przestępstw z nienawiści nie odnotowują statystyki dotyczące przestępstw z nienawiści w Holandii – przynajmniej od 2022 r. – od kiedy to na stronie https://hatecrime.osce.org/netherlands publikowane są dane liczbowe na temat typów zdarzających się w tym kraju „hate crimes” – pamiętajmy jednak, że ludność Holandii jest około 19 razy mniejsza, niż ludność USA, zaś liczba zabójstw na 100 000 mieszkańców wynosi obecnie w USA ok. 4,1, zaś w Holandii ok. 0,57), 2,48 i 2,23. Choć oczywiście nie wiadomo, na ile te liczby naprawdę odpowiadają obiektywnej rzeczywistości (prawdziwe liczby „hate crimes” – i wszelkich innych przestępstw – zna niestety wyłącznie Pan Bóg) wydaje się rzeczą na zdrowy rozum cokolwiek wątpliwą, by wspomniane różnice pomiędzy poziomem przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT w obu tych krajach mogły wynikać np. tylko z mniejszego raportowania takich przestępstw w drugim z nich; różnice te są (przynajmniej w przypadku aktów fizycznej przemocy przeciwko osobom oraz gróźb) po prostu zbyt duże.    


7. Można się zastanawiać nad tym, czy wypowiedzi mające formę bezpośredniego nawoływania do przestępczych działań nie są aby przypadkiem bardziej ryzykowne od wypowiedzi, które takich działań wprost nie propagują. Mając intuicję, że wcale nie musi tak być napisałem w jednym z moich wcześniejszych tekstów coś takiego: „Tak nawiasem mówiąc, to nie jestem przekonany, że te wypowiedzi, które np. w jakiś bardzo emocjonalny sposób prezentują pewien pogląd, przedstawiają coś jako zło, z którego istnieniem nie można się pogodzić – ale nie wzywają do stosowania przemocy przeciwko ludziom odpowiedzialnym (czy postrzeganym jako odpowiedzialni) za owo zło są w jakiś konieczny sposób mniej niebezpieczne od tych, które wzywają wprost do (bezprawnego) użycia siły w celu zwalczania owego zła. Zadajmy sobie pytanie: czy jakiś ekstremalny „obrońca życia poczętego” lub „obrońca praw zwierząt” który mówi (lub pisze) o aborcji, bądź o wykorzystywaniu i zabijaniu przez ludzi zwierząt jako o drugim Holocauście, o czymś będącym wołającym o pomstę do nieba złem, ale dodaje do tego, że z tym złem praktycznie rzecz biorąc nic nie da się zrobić – można tylko wydawać jakieś tam broszurki, czy urządzać pokojowe demonstracje w nadziei na to, że może kiedyś – nie wiadomo kiedy, może za 100, może za 200, a może za 500 lat – ludzi ruszy sumienie, tak, że owo zło zostanie powstrzymane jest na pewno mniej niebezpieczny od kogoś, kto wprost wyraża opinię, że w imię obrony nienarodzonych, czy też w imię obrony krzywdzonych przez ludzi zwierząt należy podpalać kliniki aborcyjne, rzeźnie, laboratoria, w których eksperymentuje się na zwierzętach i inne miejsca, gdzie wyrządzana jest krzywda zwierzętom? To oczywiście jest pytanie retoryczne – trudno udzielić na nie 100% pewnej odpowiedzi. Niemniej jednak, moje wyczucie w tej kwestii jest takie, że przekonanie o czymś, że to coś – coś np. takiego, jak aborcja czy eksploatacja zwierząt – jest złem, z którego istnieniem nie można się pogodzić w połączeniu z frustracją wynikającą z przekonania, że owego zła nie da się na drodze legalnej (łatwo i szybko, w każdym razie) powstrzymać, że prawo jest wobec tego zła bezsilne może co najmniej równie skutecznie motywować niektórych ludzi do stosowania przemocy w imię walki z owym złem, jak wzywanie do stosowania owej przemocy sformułowane wprost i bez ogródek” (z tego tekstu https://bartlomiejkozlowski.pl/internetsafeorfree.pdf) Niedawno spytałem się Google AI o to, co "myśli" ono na temat powyższego twierdzenia i dostałem na to pytanie następującą odpowiedź:

„To twierdzenie trafia w sam środek niezwykle ważnej debaty z pogranicza psychologii radykalizacji, filozofii moralnej i socjologii terroryzmu. Autor tekstu formułuje hipotezę, którą w naukach społecznych można opisać jako paradoks intencji nadawcy a potrzeb poznawczych radykalnego odbiorcy. W świetle współczesnej wiedzy o ekstremizmie, to twierdzenie jest głęboko prawdziwe i trafne. 

Oto szczegółowa analiza, dlaczego mechanizm opisany w tym cytacie działa tak skutecznie i dlaczego „bezzębny” moralizm bywa groźniejszy od otwartego nawoływania do przemocy:

1. Psychologiczny mechanizm: „Moralne Imperatywy” i redukcja dysonansu

Cytat idealnie opisuje zjawisko tworzenia poznawczej pułapki bez wyjścia. [1] Jeśli nadawca definiuje jakieś zjawisko (np. aborcję lub ubojnie) jako „drugi Holocaust” – czyli zło absolutne, najwyższą możliwą formę zbrodni – a jednocześnie twierdzi, że legalne metody (broszury, marsze) przyniosą skutek za 500 lat, u niestabilnego odbiorcy rodzi się gigantyczny dysonans poznawczy. Odbiorca zaczyna myśleć logicznie, choć w sposób ekstremalny: „Skoro to jest Holocaust, to czekanie 500 lat oznacza przyzwolenie na mordowanie milionów. Ulotki są aktem tchórzostwa lub hipokryzji”. W tym momencie to nie autor tekstu wzywa do przemocy – to logika definicji zła, którą autor posłużył się w tekście, zmusza odbiorcę do działania. Przemoc staje się w jego oczach jedyną moralną i racjonalną odpowiedzią na tak zdefiniowaną tragedię.

2. Generowanie frustracji jako katalizatora przemocy

W psychologii radykalizacji powszechnie znana jest teoria frustracji-agresji. Samo przekonanie, że dzieje się krzywda, rzadko prowadzi do terroryzmu. Najbardziej wybuchową mieszanką jest poczucie bezsilności połączone z blokadą legalnych ścieżek zmian. Kiedy publicysta pisze: „Prawo jest bezsilne, nic nie da się zrobić przez najbliższe pokolenia”, nieświadomie odbiera odbiorcy nadzieję na systemowe rozwiązanie problemu. Dla zradykalizowanego aktywisty jest to jednoznaczne z pchnięciem go w stronę metod nielegalnych. Skoro system demokratyczny zawiódł, jednostka czuje się zwolniona z przestrzegania jego zasad. [1, 2, 3]

3. Dlaczego to jest „groźniejsze” od bezpośredniego podżegania?

Autor słusznie zauważa, że takie teksty mogą być „co najmniej tak samo niebezpieczne” (a w praktyce często groźniejsze) niż otwarte nawoływanie do przemocy z kilku powodów: Brak filtra obronnego (Kamuflaż moralny): Gdy ktoś pisze wprost: „Idź i podpal laboratorium”, większość odbiorców natychmiast uruchamia wewnętrzny filtr alarmowy: „To jest przestępstwo, to jest bandytyzm”. Taki komunikat łatwo odrzucić. Gdy jednak tekst głosi: „To straszne zło, musimy cierpliwie modlić się/pisać petycje i znosić to cierpienie”, tekst brzmi szlachetnie, pokojowo i legalnie. Przechodzi pod radarem filtrów społecznych i prawnych, głęboko infekując umysł odbiorcy poczuciem winy, że „robi za mało”. Asymetria prawna: Bezpośrednie wezwanie do przemocy jest karalne i szybko usuwane z przestrzeni publicznej przez moderację czy policję. Emocjonalny, bezradny esej opisujący cierpienie zwierząt czy nienarodzonych jako Holocaust pozostaje w przestrzeni publicznej całkowicie legalny. Może wisieć w sieci latami i stale „karmić” potencjalnych zamachowców. [1, 2]

4. Przykłady historyczne potwierdzające tę tezę

Historia ruchów radykalnych dostarcza dziesiątek dowodów na poparcie tej intuicji: Ekofaszyzm i głęboka ekologia: Wielu zamachowców (np. ekoterrorystów) nie zaczynało od czytania podręczników robienia bomb. Zaczynali od czytania suchych, dramatycznych raportów naukowych o tym, że planeta umiera, a korporacje i rządy nie robią nic, by to powstrzymać. Ta narracja o absolutnej bezradności legalnych struktur zrodziła w nich potrzebę stosowania przemocy. Ruchy Anti-Choice (USA): Mordercy lekarzy wykonujących aborcję (np. Scott Roeder, który zabił dr. George’a Tillera) często karmili się retoryką legalnie działających organizacji religijnych. Organizacje te oficjalnie potępiały przemoc i nawoływały wyłącznie do modlitwy, jednak w swoich broszurach używały języka „masowego ludobójstwa”. Roeder uznał, że modlitwa to za mało, skoro „codziennie giną dzieci”. Cytowane twierdzenie jest genialną obserwacją psychologiczną. Pokazuje ono, że język bezradnego radykalizmu moralnego generuje podciśnienie emocjonalne, które ktoś inny (skrajny odbiorca) niemal na pewno spróbuje wyrównać za pomocą fizycznego czynu. Nadawca tekstu może mieć czyste ręce i szczerze nawoływać do pokoju, ale jeśli w tym samym zdaniu zdefiniuje rzeczywistość jako ‘piekło na ziemi, którego nie da się legalnie zatrzymać’, to podświadomie wręcza czytelnikowi zapałki”.


Przy okazji, jeśli chodzi o zakres wolności wypowiedzi nawołujących do popełniania przestępstw (oraz implicite wypowiedzi mogących przyczyniać się do ich popełniania) to skłaniam się do opinii, że najbardziej właściwe podejście do tego problemu zaprezentował sędzia Sądu Najwyższego USA William O. Douglas pisząc w swej opinii w sprawie Brandenburg v. Ohio, że jedynym rodzajem wypowiedzi uznawanym za niechroniony przez Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA powinna być „mowa sprzężona z działaniem” (speech brigaded with action). Podanym przez niego przykładem takiej wypowiedzi jest przedstawiona już pół wieku wcześniej przez sędziego Holmesa w sprawie Schenk v. United States sytuacja, w której ktoś w sposób świadomie kłamliwy krzyczy w pełnym ludzi teatrze „pali się!” i wywołuje przez to panikę (a dalej – w domyśle – wzajemne tratowanie się uciekających w popłochu widzów – w czasach, w których żył sędzia Holmes – 1841 – 1935 – takie rzeczy naprawdę nieraz się zdarzały). Kryterium takie wręcz podręcznikowo spełniałaby także głośna swego czasu wypowiedź rapera „Pei” (Ryszarda Andrzejewskiego) jaka miała miejsce na jego koncercie w Zielonej Górze w 2009 r. Podczas tego koncertu ktoś wykonał w stronę „Pei” gest powszechnie uważany za obraźliwy, tj. pokazał mu środkowy palec. Rozwścieczony tym gestem „Peja” zaczął do niego krzyczeć „Jak ja k…wa rapowałem, to ty żeś nawet nie wiedział, jak się k…wa wysr…” – a następnie wrzasnął do tłumu „wiecie, co robić, nie?!, wiecie co z nim zrobić! Rozjebać w ch…!”. Podburzony okrzykami Pei tłum rzucił się na chłopaka – jak się później okazało, wcale nie tego, który pokazał mu środkowy palec – okładając go pięściami i kopiąc.

Dlaczego jednak zakres nawoływania do popełniania przestępstw powinien być tak ograniczony, że nawoływanie to prawie zawsze musiałoby być bezkarne? Otóż moim zdaniem za takim podejściem przemawiają następujące racje. Po pierwsze, karalność tylko takiego nawoływania do popełnienia przestępstwa, które bezpośrednio prowadzi do jego popełnienia (czy też przynajmniej próby popełnienia) w największym możliwym stopniu gwarantuje, że prawo dotyczące takiego nawoływania rzeczywiście będzie konsekwentnie stosowane. Jeśli karalne są wszelkie wypowiedzi nawołujące do popełniania przestępstw, w praktyce ścigana i karana jest tylko jakaś - zazwyczaj niewielka - część z nich. W różnych portalach społecznościowych, forach internetowych takich wypowiedzi (szczególnie wypowiedzi zawierających jakieś ogólnikowe nawoływania do zakazanych prawem działań – weźmy tu choćby hasła typu „Żydzi do gazu” które można przecież uznać za nawoływanie do dokonania ludobójstwa) jest po prostu za dużo, by wszystkie one mogły choćby zwrócić na siebie uwagę organów ścigania (czy nawet jakichś grup obywatelskich tropiących takie wypowiedzi). Wypowiedzi faktycznie bezpośrednio prowadzące do złamania prawa zwrócą na siebie uwagę ze znacznie większym prawdopodobieństwem. Wąski zakres karalności nawoływania do popełnienia przestępstwa może zapobiegać temu, że organy państwowe będą ścigały takie nawoływanie w sposób wybiórczy lub w drodze przypadku (np. dlatego, że ktoś akurat na kogoś doniósł, przy czym o szeregu podobnych wypowiedziach policja, ABW, czy prokuratura w ogóle się nie dowiadują) co jest sprzeczne z zasadą rządów prawa. Po drugie, w przypadku, gdy karalna jest tylko „speech brigaded with action” istnieje najmniejsze pole do wątpliwości, czy jakaś wypowiedź zasługuje na ukaranie czy też nie. W sytuacji, gdy karalne są wypowiedzi, o których można powiedzieć, że mogły one spowodować „natychmiastowe bezprawne działanie” wątpliwości mogą być spore. Po trzecie wreszcie, „test Brandenburga” zgodnie z którym nawoływanie do popełnienia przestępstwa może być karalne tylko wówczas, gdy ma na celu spowodowanie natychmiastowego (ang. imminent) bezprawnego działania i faktycznie może takie działanie spowodować w moim odczuciu silnie chroni wolność słowa wówczas, gdy jest on stosowany przez sędziów nie bojących się w sposób przesadny skutków prezentacji wzbudzających niepokój idei. Lecz jeśli takim testem posługują się sędziowie, którym przed oczami łatwo pojawia się widmo przemocy, jaką w ich odczuciu może spowodować to, że ktoś np. napisał na swoim profilu w Facebooku, że trzeba zabijać Żydów, Murzynów, Ruskich, islamistów, członków jakiejś partii, itd. to rezultat zastosowania literalnie rzecz biorąc tego samego testu może być zupełnie inny. Podejście zaproponowane w sprawie Brandenburga przez sędziego Douglasa (i zaaprobowane przez sędziego Hugo Blacka w jego bardzo krótkiej, dwu zdaniowej opinii w tej sprawie) ma taką przewagę nad innymi podejściami do kwestii zakresu wolności wypowiedzi nawołujących do łamania prawa, że w podejściu tym w maksymalnie możliwy sposób liczą się fakty – a nie odczucia odnośnie np. tego, czy jakaś nawołująca do przestępstwa wypowiedź, która przestępstwa jednak nie spowodowała, mimo wszystko mogła doprowadzić do jego popełnienia. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że w przypadku, w którym każde nawoływanie do popełnienia przestępstwa jest karalne również liczą się tylko fakty (tzn. to, czy dana wypowiedź nawoływała do złamania prawa karnego czy też nie), a nie subiektywna opinia sędziego co do możliwych, czy też niemożliwych skutków danej wypowiedzi. Tyle tylko, że – jak już wspomniałem – w praktyce nie da się ścigać wszelkich wypowiedzi nawołujących do popełnienia przestępstw – co musi prowadzić do tego, że za takie wypowiedzi karani są ludzie, którzy przypadkowo wpadli w łapy prokuratora (np. dlatego, że ktoś trafił w internecie na podżegającą do przestępstwa wypowiedź i powiadomił o niej odpowiednie służby) lub tacy, na których władza się uwzięła – niekoniecznie z powodu niebezpieczeństwa stwarzanego przez ich wypowiedzi. Podejście zaproponowane przez sędziego Douglasa w sprawie Brandenburga istotnie zmniejsza prawdopodobieństwo takiego biegu wydarzeń. Pozwala ono zarówno pociągać do odpowiedzialności osoby będące spiritus movens atakujących innych ludzi, bądź ich własność tłumów, jak i w maksymalnie możliwym stopniu zachować wolność nawet wyjątkowo kontrowersyjnej, prowokacyjnej i wzbudzającej złe emocje ekspresji.

 

8. Warto zwrócić uwagę, że w latach 1996 (kiedy to FBI zaczęła publikować dane na temat liczby stwierdzonych przez różne policyjne agencje w USA „hate crimes”) - 2014 mierzona per capita liczba przestępstw z nienawiści zmniejszyła się z ok. 4,09 na 100 000 mieszkańców, do ok. 2,01 na 100 000 mieszkańców (wyraźny skok liczby takich przestępstw nastąpił w 2001 r. w związku z zamachami terrorystycznymi z 11 września – przejściowo poszła wówczas w górę liczba „hate crimess” skierowanych przeciwko Arabom i muzułmanom). Tymczasem jeśli chodzi o kraje europejskie, zakazujące m.in. „mowy nienawiści” to – jako można przeczytać w artykule Jacoba Mchangamy „The Harm in Hate Speech Laws” (z 2012 r.) - według raportu unijnej Agencji Praw Podstawowych liczba przestępstw z nienawiści wzrosła w latach 2000–2009 w jedenastu z czternastu badanych pod tym względem krajów UE. Ponadto, jeśli chodzi o USA, wzrost liczby „hate crimes” po 2020 r. wynikał nie tylko z obiektywnego faktu zwiększenia się liczby takich przestępstw, ale też z tego, że że amerykańskie agencje zaczęły masowo cyfryzować swoje systemy i precyzyjniej kwalifikować zgłoszenia jako "przestępstwa z nienawiści", zamiast traktować je jako zwykłe bójki czy akty wandalizmu. Warto też zauważyć, że w 2025 r. liczba odnotowanych w USA „hate crimes” zmniejszyła się o około 7% w porównaniu z rokiem 2024. Jeśli przyjąć za U.S. Census Bureau, że liczba ludności USA wynosiła w 2025 r. 341,8 miliona mieszkańców, 10 881 stwierdzonych w 2025 r. w USA przestępstw z nienawiści daje ich około 31,83 na milion mieszkańców.   

 

9. Należy jednak zauważyć, że w ostatnich latach liczba stwierdzonych w Japonii gwałtów bardzo poważnie wzrosła. I tak np. w 2022 r. Krajowa Agencja Policji odnotowała 1665 takich przestępstw, w 2023 r. 2711 takich przestępstw, zaś w latach 2024 i 2025 przestępstw takich stwierdzono w Japonii 3936 i 4177. Jednak, jak podaje Google AI „Gwałtowny skok liczby rejestrowanych przestępstw po 2022 roku nie wynika z nagłego pogorszenia bezpieczeństwa fizycznego, lecz ze zmian w japońskim prawie karnym. Przede wszystkim, w lipcu 2023 roku weszła w życie kluczowa reforma, która redefiniowała pojęcie gwałtu. Dotychczasowy wymóg udowodnienia „użycia przemocy lub groźby” zastąpiono kryterium braku świadomej zgody (niekonsensualny stosunek płciowy). Do kategorii gwałtów włączono czyny, które wcześniej kwalifikowano jako inne, łagodniejsze przestępstwa seksualne. Ponadto wspomniane tu zmiany w prawie oraz kampanie społeczne zachęciły ofiary do częstszego zgłaszania przestępstw na policję, co bezpośrednio wpłynęło na statystyki”.

 

10. Oczywiście, twierdzenie, że „hate speech” prowadzi do „hate crimes” nie jest jedynym argumentem używanym jako uzasadnienie potrzeby istnienia „hate speech laws”. Jako argument taki bywa też przedstawiane to, że „mowa nienawiści” powoduje krzywdy natury psychicznej u osób należących do grup, do których „mowa” taka się odnosi. Jak w swoim opublikowanym w 1989 r. artykule „Public response to racist speech: considering the victim’s story” pisała amerykańska zwolenniczka „hate speech laws” Mari Matsuda „ofiary zjadliwej, nienawistnej propagandy doświadczały fizjologicznych objawów i psychicznego cierpienia rozciągających się od przenikającego wnętrzności strachu, poprzez przyspieszenie akcji serca i trudności w oddychaniu, po koszmary senne, zespół stresu pourazowego, nadciśnienie tętnicze, psychozy i samobójstwa”.

 To, co prof. Matsuda napisała we wspomnianym tekście niewątpliwie brzmi przejmująco – ale czy może to stanowić poważny argument na rzecz zakazów np. „publicznego nawoływania do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość” – bądź na tle jeszcze innych różnic między ludźmi (np. ze względu na orientację seksualną) - czy też „publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości” (względnie z jakichś jeszcze innych powodów) – co stanowi przestępstwo w myśl art. 256 i 257 polskiego k.k.? Problem z takim argumentem widoczny jest choćby w świetle przykładów „mowy nienawiści” jakie prof. Matsuda wybrała, aby zilustrować swą tezę o wyjątkowo krzywdzącym dla jej ofiar charakterze „hate speech”. Jakie to były przykłady? Otóż, były to przypadki bezpośredniego dręczenia konkretnych osób, bądź małych ich grup – takie, jak rasistowskie obelgi w sposób uporczywy kierowane do pracowników afro – amerykańskiego, czy japońskiego pochodzenia w miejscach ich pracy, czy też napisy KKK namalowane na samochodach czarnoskórych pracowników Frito-Lay w Jackson w stanie Missisipi - nie zaś przykłady „mowy nienawiści” w postaci takich czy innych treści prezentowanych na ulotkach, w gazetach, na blogach czy stronach internetowych, czy nawet w tyradach ulicznych mówców.

To ważna różnica. Uporczywe słowne dręczenie czy też zastraszanie konkretnych osób jak najbardziej może powodować emocjonalną krzywdę u osób, których bezpośrednio dotyczą tego rodzaju zachowania – coś takiego może wręcz dosłownie niszczyć psychicznie osoby będące ofiarami takich zachowań. Ale czy tę samą zdolność mają np. obelżywe i/lub nienawistne teksty w internecie (bądź innych mediach – gazetach, ulotkach, wystąpieniach ulicznych mówców) którymi osoby należące do grup, do których odnoszą się takie wypowiedzi nie są przymusowo epatowane? Jeśli chodzi o ten problem, to warto zwrócić uwagę na opisane w książce Nadine Strossen „Hate: why should we resist it with free speech, not censorship” badanie przeprowadzone przez Laurę Leets z Wydziału Komunikacji Uniwersytetu Stanforda. W badaniu tym szereg studentów college’u będących Żydami i osobami LGBT zostało zachęconych do przeczytania wielu antysemickich i homofobicznych obelg i odpowiedzenia na pytanie, jak oni sami by zareagowali, gdyby byli celem takich nienawistnych wypowiedzi. Wszystkie zawarte w tych wypowiedziach stwierdzenia były wzięte z rzeczywistych sytuacji. Co było uderzające, to to, że „powszechna odpowiedź” ze strony uczestniczących w badaniu studentów była taka, że „mowa nienawiści” nie miałaby na nich wpływu zarówno na krótką, jak i na długą metę. Wielu uczestników badania wyraziło opinię, że autor wypowiedzi motywowany był przez ignorancję lub brak poczucia bezpieczeństwa i w związku z tym powinien być obiektem współczucia, a nie gniewu. Niektórzy uczestnicy badania stwierdzili, że zareagowaliby poprzez spokojne odpowiedzenie autorowi antysemickiej czy homofobicznej wypowiedzi, niektórzy po prostu zignorowaliby autora takiej wypowiedzi, zaś niektórzy inni wskazali, że zareagowaliby w sposób gniewny. Ci jednak, podobnie, jak tacy którzy stwierdzili, że „mowa nienawiści” wywołałaby u nich jakieś negatywne reakcje, takie jak podważenie ich poczucia wartości przynajmniej bezpośrednio po zetknięciu się z taką „mową” stanowili zdecydowaną mniejszość uczestniczących w badaniu studentów. 83% uczestników badania uznało, że najlepszą odpowiedzią na „mowę nienawiści” byłoby po prostu milczenie i spokojne odejście od wyrażającego obraźliwe dla nich poglądy mówcy.

Oczywiście pozostaje tu jeszcze owe 17%. Lecz co do tej reszty, u której – jak wynika ze wspomnianego tu badania – zetknięcie się z „mową nienawiści” wywołałaby jakieś negatywne reakcje trzeba powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze taką, że wywołanie takich uczuć jak gniew, czy przejściowe podważenie poczucia własnej wartości nie jest jeszcze równoznaczne ze spowodowaniem poważnej krzywdy psychicznej. Wiele rzeczy, w tym ludzkich zachowań spotykanych we w miarę codziennym życiu potrafi wywoływać u ludzi tego rodzaju reakcje, lecz raczej nikt nie proponuje np. konsekwentnego karania osób, których zachowania powodują u niektórych innych ludzi takie reakcje. Ponadto, jeżeli twierdzenie Mari Matsudy na temat krzywd psychicznych powodowanych przez „mowę nienawiści” odnosi się nie tylko do „mowy” mającej charakter dręczenia czy zastraszania, ale do po prostu ogólnie dostępnej „hate speech” to warto zauważyć, że do poważnych krzywd psychicznych potrafią u niektórych ich odbiorców prowadzić choćby np. wypowiedzi straszące potencjalnymi skutkami globalnego ocieplenia. Jak można przeczytać w tekście pod adresem https://bizblog.spidersweb.pl/globalne-ocieplenie-problemy-psychiczne „psychologowie alarmują, że silne emocje związane ze zmianami klimatu coraz częściej wymykają się spod kontroli. Przedstawiciele The Climate Psychology Alliance (CPA) powiedzieli „The Daily Telegraph”, że dzieci skarżące się na lęk ekologiczny otrzymują nawet leki psychiatryczne”. Jest tam też powiedziane, że „Kierownik CPA (i nauczycielka zarazem) Caroline Hickman opowiadała, że jej podopieczni mają wątpliwości, czy opłaca się uczyć do egzaminów i iść na studia”. Według Google AI lęk ekologiczny (solastalgia lub eko-lęk), bywa na tyle silny, że paraliżuje codzienne funkcjonowanie i wywołuje chroniczny kryzys psychiczny. Według badań psychologicznych publikowanych m.in. przez Uniwersytet SWPS, ten rodzaj strachu nie jest zwykłą obawą, lecz permanentnym stanem zagrożenia, którego nie da się rozładować ucieczką. W skrajnych przypadkach silny lęk przed katastrofą klimatyczną przybiera formy zbliżone do zaburzeń lękowych i depresyjnych. Objawia się poprzez: [1]

Paraliż decyzyjny – poczucie bezsilności, które zamiast motywować do działania, odbiera energię życiową.

Zaburzenia snu – chroniczny stres i natrętne myśli o niepewnej przyszłości planety.

Zmiany w planach życiowych – młodzi ludzie coraz częściej rezygnują z posiadania dzieci z obawy przed światem, w jakim przyjdzie im żyć.

Obsesyjne śledzenie wiadomości – ciągłe sprawdzanie doniesień o anomaliach pogodowych (tzw. doomscrolling).

Poczucie straty i żałoby – smutek wywołany niszczeniem ekosystemów i wymieraniem gatunków. 

Nikt jednak, a już na pewno nie typowi zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” nie proponuje tego, by zakazać wypowiedzi przyczyniających się do powstawania u niektórych ludzi wspomnianego powyżej „eko-lęku”. Dalej, jeśli „mowa nienawiści” wywołuje u niektórych osób należących do grup, których dotyczy taka „mowa” strach przed przemocą (w tym np. powtórką Holokaustu), to chciałbym zauważyć, że przeczytanie fragmentu Ewangelii, w którym jest mowa o tym, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu nigdy nie zostanie przebaczony przez Boga może u niektórych ludzi, którzy przeczytali ten fragment, bądź usłyszeli o nim wywołać taki strach, że strach gorszy od niego jest chyba po prostu niemożliwy: strach przed nieuchronnym smażeniem się przez całą wieczność w piekle. Wspomniany powyżej strach przed przemocą mogą też u osób należących do grup, przeciwko którym bywa kierowana „mowa nienawiści” wywoływać takie np. wypowiedzi, jak publikacje na temat fizycznych przestępstw z nienawiści przeciwko członkom takich grup, których kto jak kto, ale typowi zwolennicy zakazów „hejtspiczu” z całą pewnością nie chcieliby zabronić. Z kolei do obniżenia poczucia własnej wartości – czy nawet wręcz właściwie zanegowania sensu życia – mogą prowadzić wypowiedzi, w oparciu o które niektórzy odbiorcy tych wypowiedzi mogą wyciągnąć wniosek, że pewne ważne dla nich i głęboko wyznawane przez nich przekonania były niestety błędne. Na to jak subiektywnie krzywdzące dla niektórych osób mogą być takie wypowiedzi wskazuje przykład George’a Price’a – genialnego, choć ekscentrycznego amerykańskiego amerykańskiego genetyka populacyjnego i teoretyka w dziedzinie ewolucji (1922 – 1975). Pod koniec lat 60. Price natrafił w Londynie na publikacje brytyjskiego biologa Williama D. Hamiltona dotyczące doboru krewniaczego (kin selection). Hamilton dowodził matematycznie, że to, co nazywamy „altruizmem” w przyrodzie, nie wynika z czystej dobroci serca, ale z genetycznego egoizmu. Organizmy poświęcają się dla innych tylko wtedy, gdy pomaga to przetrwać osobnikom spokrewnionym, czyli nośnikom tych samych genów (zgodnie z zasadą: „oddam życie za dwóch braci lub ośmiu kuzynów”). Price, który głęboko wierzył w autentyczną, nadrzędną moralność i czysty ludzki altruizm, poczuł się tą teorią głęboko wstrząśnięty i oburzony. Uznał ją za cyniczną i postanowił udowodnić matematyczną błędność twierdzeń Hamiltona. Jednak zamiast obalić teorię Hamiltona, Price dokonał czegoś odwrotnego. Pracując samotnie, stworzył genialne narzędzie matematyczne – znane dziś jako równanie Price’a (Price equation). Ku swojemu przerażeniu odkrył, że jego własne równanie nie tylko bezbłędnie potwierdza wyliczenia Hamiltona, ale wręcz je rozszerza. Pokazało ono, że: [1, 2, 3] ewolucyjny altruizm jest matematyczną koniecznością służącą przetrwaniu grupy, zaś altruizm na poziomie jednostki (wewnątrz grupy) rozwija się i jest promowany przez naturę tylko dlatego, że pomaga danej grupie wygrać rywalizację z innymi grupami. U podstaw każdego „dobrego” zachowania leży twardy, biologiczny interes i konkurencja. Gdy Price pokazał swoje równanie Hamiltonowi, ten był zachwycony jego elegancją i prostotą. Jednak dla samego Price’a wynik ten stał się źródłem osobistego dramatu i głębokiej depresji, która ostatecznie doprowadziła go do tego, że popełnił samobójstwo podcinając sobie tętnicę szyjną nożyczkami do paznokci. Stres, jak u Price’a musiała wywołać lektura publikacji Hamiltona z całą pewnością był nieporównywalnie silniejszy od tego, jaki u osoby należącej do jakiejś mniejszości społecznej mogą spowodować obelgi odnoszące się do tej mniejszości. Samobójstwo w rezultacie usłyszenia, bądź przeczytania czegoś, co u danego człowieka podważyło poczucie sensu tego, w co wierzy i co robi to oczywiście jest (najprawdopodobniej) skrajna rzadkość. Ale z dość dawnych już w tej chwili czasów pamiętam opowiastkę o pewnej dziewczynie z istniejącego jeszcze wówczas ZSRR, która popłakała się po tym, jak ktoś jej powiedział trochę prawdy o Leninie – to znaczy, jaki to był zbrodniarz. Lecz nikt jednak nie proponuje wprowadzenia zakazu takich wypowiedzi, jak te, które przyczyniły się do depresji i w ostateczności samobójstwa George’a Price’a - ani takich, pod wpływem których wspomniana nastolatka z Kraju Rad wybuchła płaczem.

 

Dodać można, że jeśli chodzi o pokrewne prawom przeciwko „mowie nienawiści” sensu stricte zakazy propagowania np. nazizmu (w Polsce według art. 256 § 1 k.k. publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa lub nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość grozi do 3 lat więzienia, zgodnie z art. 256 § 1a taka sama kara grozi komuś, kto publicznie propaguje ideologią nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologią nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne; art. 256 § 2 odnosi się do produkowania, przechowywania, posiadania, itp. materiałów zawierających treści określone w § 1 i 1a tego artykułu w celu ich rozpowszechnienia) mają w praktyce taki efekt, że w Niemczech - gdzie za rozpowszechnianie materiałów propagandowych m.in. mających na celu wspieranie działalności byłej organizacji narodowosocjalistycznej oraz używanie nazistowskich – lub tak podobnych do nich, że można je pomylić z nimi – symboli, haseł i gestów grozi do 3 lat więzienia; z kolei za czynny udział w zdelegalizowanej organizacji grozi do 5 lat – liczba prawicowych ekstremistów według danych Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji wzrosła w latach 2015 – 2025 od ok. 20 000 do ok. 58 700 w 2026 r. Kontrwywiad szacuje, że 15 600 spośród nich to nastawieni bojowo radykałowie, zdolni do popełniania brutalnych przestępstw z użyciem siły. Statystyki MSW wykazują stały wzrost liczby przestępstw o podłożu politycznym oraz aktów przemocy wymierzonych w mniejszości narodowe, migrantów, polityków demokratycznych oraz funkcjonariuszy policji. [1, 2] Jeśli chodzi o Austrię, gdzie zgodnie z tamtejszą „Ustawą Zakazującą” (Verbotsgesetz) za próbę utrzymania lub reaktywowania rozwiązanej organizacji narodowosocjalistycznej grozi od 10 do 20 lat więzienia (a przypadku szczególnego zagrożenia stwarzanego przez sprawcę przestępstwa lub jego działalność dożywocie), za udział w takiej organizacji od 5 do 10 lat (lub 10 do 20 lat w takich, jak wspomniane wcześniej przypadkach), za gloryfikowanie celów NSDAP, jej instytucji lub służących temu celowi środków od 5 do lat (lub od 10 do 20 lat, jeżeli działalność taka lub jej sprawca powoduje szczególne zagrożenie), a za innego rodzaju działalność w duchu nazistowskim od 6 miesięcy do 5 lat (i od roku do 10 lat, jeżeli tego rodzaju czyn zostaje dokonany w sposób dostępny dla wielu osób – za tego typu przestępstwo, jeśli ono samo lub jego sprawca powodują szczególne zagrożenie grozi od 10 do lat więzienia) – jakkolwiek trudno jest dokładnie powiedzieć, ilu jest tam neonazistów, gdyż ludzie o tego typu poglądach operują tam w głębokim podziemiu – to jednak dane opublikowane przez austriackie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wykazują gwałtowny wzrost liczby incydentów powiązanych z prawicowym ekstremizmem. W każdym razie, w pierwszej połowie 2025 roku liczba odnotowanych przestępstw skrajnie prawicowych wzrosła w Austrii o 41,5% w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Do najważniejszych zjawisk związanych ze skrajną prawicą należy militaryzacja i gromadzenie broni – policja regularnie przeprowadza masowe obławy, podczas których konfiskowane są setki sztuk nielegalnej broni palnej, tysiące sztuk amunicji, materiały wybuchowe oraz nazistowskie pamiątki. Służby alarmują, że ekstremistyczne grupy przygotowują się na potencjalne scenariusze „starć kulturowych”. [1, 2, 3, 4]. Według szacunków austriackich służb specjalnych najbardziej radykalny, gotowy do przemocy trzon (tzw. Gefährder – osoby stwarzające realne zagrożenie terrorystyczne) wspomnianych środowisk liczy w całej Austrii od kilkuset do około tysiąca osób.

Jak jest w USA, gdzie przepisów zabraniających „propagowania nazizmu” (czy komunizmu) nie ma, a policja stanowa, czy FBI mogą podjąć działania operacyjne przeciwko np. neonazistom dopiero wtedy, gdy przechodzą oni od głoszenia radykalnych haseł do planowania lub popełniania przestępstw o charakterze przemocowym?     

Jeśli chodzi o to, to trochę neonazioli w USA oczywiście jest. Lecz ilu? Otóż, według Google AI podanie dokładnej liczby neonazistów w USA jest niemożliwe z powodu zanonimizowanej, rozproszonej i głównie internetowej natury tego ruchu. Organizacje eksperckie, takie jak Southern Poverty Law Center (SPLC) oraz Anti-Defamation League (ADL), zamiast liczenia pojedynczych osób skupiają się na tropieniu aktywnych grup i struktur. W każdym jednak razie istniejące dane szacunkowe pozwalają zobrazować skalę tego zjawiska w podziale na grupy formalne oraz szerszy ruch:

Liczebność największych grup (Twardy rdzeń)

Liczba sformalizowanych, płacących składki członków konkretnych organizacji neonazistowskich i białej supremacji jest stosunkowo niewielka i wynosi zazwyczaj od kilkuset do kilku tysięcy osób na grupę:

Patriot Front: Wewnętrzne dokumenty organizacji, które wyciekły do mediów, ujawniły, że grupa ta posiada w całych Stanach Zjednoczonych około 540 aktywnych, zweryfikowanych członków. Mimo tak małej liczby odpowiadają oni za lwią część ulicznej propagandy w kraju. [1, 2, 3]

Aryan Freedom Network: Zewnętrzne szacunki badaczy skrajnej prawicy oceniają liczebność tej dynamicznie rosnącej organizacji na od 1000 do 1500 członków. [1]

Klan (KKK) i mniejsze bojówki: Tradycyjny Ku Klux Klan drastycznie skurczył się w ostatnich dekadach, a jego członkowie liczeni są w niskich tysiącach, rozbici na dziesiątki zwalczających się wzajemnie frakcji.

Liczba organizacji (Oddziały i komórki)

Southern Poverty Law Center (SPLC) stale monitoruje tzw. hate groups (grupy nienawiści). Z ich raportów wynika, że w USA działa aktywnie od 100 do 130 konkretnych grup lub lokalnych oddziałów (chapters) o charakterze stricte neonazistowskim. W szerszej kategorii „białego nacjonalizmu” i supremacji (która częściowo przenika się z neonazizmem) działa kolejnych kilkaset komórek. 

Jeśli z kolei chodzi o to, co można byłoby określić szerszym mianem skrajnej prawicy, do której można zaliczyć nie tylko zdeklarowanych neonazistów, ale także radykalnych białych nacjonalistów, akceleracjonistów i antysemitów uczestniczących w zamkniętych forach internetowych, to badacze zajmujący się ekstremizmem szacują, że w USA istnieje około 100 000 osób aktywnie zaangażowanych w ten ruch (np. poprzez regularne donacje, udział w zamkniętych komunikatorach czy portalach propagandowych). [1] 3490. Sporo – ale w skali całego amerykańskiego społeczeństwa liczebność tak pojętej skrajnej prawicy jest blisko 2,5 razy mniejsza, niż liczebność podobnie (czy może nawet w węższy sposób) rozumianej skrajnej prawicy w Niemczech.

Odnośnie USA warto też zwrócić uwagę na taką rzecz, jak listy wszystkich zarejestrowanych kandydatów na urząd prezydenta USA w wyborach w 2020 i w 2024 r. W pierwszym przypadku kandydatów tych było łącznie 1212, w drugim 1336 – liczby te obejmują – jak podaje AI - liczne kandydatury fikcyjne i satyryczne – w rzeczywistości na kartach wyborczych w przynajmniej jednym stanie znalazło się w 2020 r. 21, a w 2024 r. 24 nazwiska. Kimkolwiek nie byliby ci kandydaci, ze stron https://ballotpedia.org/List_of_registered_2020_presidential_candidates oraz https://ballotpedia.org/List_of_registered_2024_presidential_candidates wynika, że przedstawiali się oni jako przedstawiciele Republican Party, Democratic Party (wielu), a także jako reprezentujący np. Libertarian Party, Constitutional Party, Green Party, American People’s Freedom Party, Freedom Party, American Independent Party, Federalist Party, People’s Party, The Human Rights Party, Independence Party, New Progressive Party, People Over Politics Party, Right to Life Party, Party for Socialism and Liberation, Constitution Party, American Independent Conservative Party, Conservative Party, Ace Party, Peace and Freedom Party, Moderate Party, American People’s Freedom Party, Veterans Party of America Party, Concerned Citizens Party of Connecticut, Resource Party, Democratic Socialists of America (DSA) - jeszcze więcej było takich, którzy prezentowali się jako “independent”, “nonpartisan”, “unaffiliated”, bądź “no party affiliation”. Ilu było takich, którzy przedstawili się jako naziści, neonaziści, albo reprezentujący np. Ku Klux Klan – bądź co bądź legalną w USA organizację? Otóż, w obu przypadkach 0 (słownie: zero). Kandydatów prezentujących się jako komuniści było w 2020 r. dwóch, zaś w 2024 r. aż… trzech.

A przecież kandydatom na prezydenta USA nic by prawnie nie groziło z tego powodu, że prezentowaliby oni w wyborach jakiś nazistowski program – wychwalaliby Hitlera, nawoływali do założenia obozów koncentracyjnych (czy też negowali ich istnienie), lżyli Żydów, lub nawet nawoływali do ich eksterminacji – co nie byłoby karalne tak długo, jak nie byłoby to wzywanie do praktycznie natychmiastowego wszczęcia zakazanych prawem działań, do których w konkretnym miejscu i czasie z dużym prawdopodobieństwem mogłoby dojść. Można oczywiście wyobrażać sobie, że jacyś kandydaci na prezydenta USA w rzeczywistości byli neonazistami, lecz z jakichś powodów ukrywali oni swą prawdziwą polityczną tożsamość. W krajach europejskich, w których głoszenie pewnych poglądów jest zabronione niektórzy politycy – i kandydaci na takie lub inne urzędy - niekiedy robią takie rzeczy z powodów prawnych. W USA, gdzie „propagowanie faszyzmu” czy nawoływanie do nienawiści narodowej, rasowej itd. nie jest karalne mogliby to oni robić ze względów zdroworozsądkowych: jest oczywiste, że ktoś deklarujący swą miłość do Adolfa Hitlera raczej nie miałby szansy na wygranie wyborów na prezydenta USA. Lecz oficjalnie zarejestrowani kandydaci na prezydenta USA w większości byli ludźmi bardzo mało znanymi i z pewnością doskonale zdającymi sobie sprawę z braku możliwości ugrania w wyborach praktycznie czegokolwiek – w tym nawet czegoś takiego, jak zdobycie pewnej popularności. Ludzie politycznie nie mający wiele do stracenia nie powinni – na moje przynajmniej wyczucie - mieć oporów przed absolutnie szczerym prezentowaniem swoich poglądów i przed nazywaniem się np. nazistami, gdyż – w przeciwieństwie do kandydatów poważnych – nie mogą oni stracić na tym np. swego kapitału politycznego, którego i tak nie mają i na którym w jakimś poważnym sensie tego słowa na zdrowy rozum im nie zależy. Jednak żadnych nazistów i faszystów wśród kandydatów na prezydenta USA w dwóch ostatnich kampaniach wyborczych nie było (nikt tak się nie określił nawet dla głupiego żartu), zaś komuniści stanowili tylko 1/606 z nich. O czym to świadczy? Otóż, na zdrowy rozum o tym, że w Stanach Zjednoczonych – kraju, w którym nie jest zakazane ani publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, ani też ideologii nazistowskiej, komunistycznej lub faszystowskiej lub ideologii nawołującej do stosowania przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne – podobnie, jak nie jest tam również prawnie zabronione znieważanie takich czy innych „grup ludności” lub „nawoływanie do nienawiści” przeciwko takim grupom ideologie tego rodzaju, co nazizm, faszyzm czy też komunizm mają co najwyżej znikome społeczne poparcie.

Warszawiak "civil libertarian" (wcześniej było "liberał" ale takie określenie chyba lepiej do mnie pasuje), poza tym zob. http://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka