Wspominamy Królaka Wspominamy Królaka
243
BLOG

Jacek Królak - nasz współczesny

Wspominamy Królaka Wspominamy Królaka Osobiste Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

W zeszłym tygodniu umarł Jacek Królak. Nasz przyjaciel, wybitny artysta, długoletni szef zespołu grafików tygodnika „Polityka”. Człowiek, który łaską przyjaźni obdarzał nas nierówno i kapryśnie, ale tych, których tym przywilejem zechciał obdarzyć, dawał siebie całego. Nie tylko dlatego, że w swoich pasjach wolał spalać się cały niż płonąć równym promieniem przez długi czas. Płomieniem, który niejednego poparzył, ale też niejednemu oświetlił drogę. Pokazał, że można odważyć się na więcej, więcej żądać od siebie, a także od innych. Dlatego tak wielu z nas uważało, że Jacek jest bohaterem nie z tej epoki, nie z naszego czasu i nie z tej konstelacji wartości. Nawet jeśli tego nie mówił wprost, Jacek podziwiał i obdarzał swoistym nabożeństwem rzeczy wzięte z przeszłości, z odległych nieraz czasów, kiedy ceniono błyskotliwą konwersację, swobodę życia cyganerii, bezkompromisowe trwanie przy swoich wartościach, kiedy jeszcze obdarzano czcią dzieła wykonane zgodnie z regułami doskonałości, nie zaś blogowanie i surfowanie, czyli ślizganie się po powierzchni zjawisk.

           Jego perfekcjonizm i przywiązanie do cyzelowania detalu były legendarne. Nie zawsze znajdował partnerów do rozmowy o tym jak w świecie korporacyjnych mechanizmów stworzyć projekt naprawdę warty uwagi, taki który przetrwa próbę czasu i będzie żył swoim życiem niezależnie od zmieniającej się konstelacji prezesów, redaktorów naczelnych i dyrektorów artystycznych. Jacek uważał, że gdyby miał jakiś wybór zamieszkałby w innej epoce, w jakimś innym świecie, gdzie nie musiałby na co dzień zmagać się z materią, która składa się z agresywnej głupoty i żądzy władzy. Czasem praktyki i obyczaje z tej swojej wyśnionej epoki usiłował wcielić w życie, które dzieje się tu i teraz. Nie zawsze był rozumiany. Oskarżano go o romantyczne upodobania i brak realizmu, czyli straszne grzechy w świecie, w którym tekst trzeba złamać na dzisiaj, a makietę zreformować na przyszły tydzień. Liczne próby odwrócenia biegu wydarzeń, (kiedyś nazywało się je wiernością) sprawiały, że Jacek gotów był wiele ryzykować, żeby uzyskać to, co wydawało mu się słuszne i potrzebne, a co niektórzy w najlepszym razie uważali za ekstrawagancję, w najgorszym zaś za brak kontaktu z rzeczywistością. Ale to jemu rzeczywistość przyznała rację.

           Nie na darmo był autorem najlepszej makiety tygodnikowej w Polsce. „Polityka” była i jest projektem, z którym inni mogą się mierzyć, jednak bez wielkich szans na odniesienie zwycięstwa. Dziesięć lat niezwykłej prosperity tego tytułu, to także wielka zasługa Jacka, bez którego pasji powstałoby pisemko w najlepszym razie poprawne. Tylko po co robić rzeczy poprawne, gdy można robić rzeczy naprawdę wybitne? Jacek jako rzemieślnik nigdy nie przestawał być artystą, o czym pięknie nad grobem mówił Jerzy Baczyński. Mandelsztam pisał, że poezja jest losem i nie można od niej uciec, odmówić jej. Jacek był artystą nie dlatego by znaleźć się na szczycie pochwał i zachwytów, nie po to, żeby zbierać laury i spijać słodycz komplementów. Po prostu dlatego, że inaczej nie potrafił. To też był jego los. Nigdy nie uginał się pod naporem „logiki faktów”, nie zakładał z góry, że czegoś nie można zrobić, bo jest to zbyt trudne dla czytelnika, nieprzystosowane do potrzeb rynku lub nie przemawia do masowej wyobraźni. Wiedział, że należy bardzo się starać, żeby spełnić swoją powinność.

           I ten los zdarzył również (a Jacek umiał nim pokierować), że tak solenny i bezkompromisowy człowiek nigdy nie był nudziarzem. Walczył niezłomnie o swoje, lecz bez zbędnego moralizowania i bez prób nauczania jedynie słusznej doktryny. Jego doktryny. Był poza wszelką ortodoksją nie tylko dlatego, że jako wybitny artysta w żadnej z nich nie mógł się zmieścić, także dlatego, że był realistą prawdziwym. Żądał niemożliwego. Od siebie, a czasem także od innych. Ironia jego losu i naszego z nim obcowania polega jednak na tym, że to, co niemożliwe stawało się w końcu możliwe. Nie od razu, nie za skinieniem jego czarodziejskiej różdżki. Ale jednak to jemu, po wielu trudach, ten los przyznawał rację.

           Seneka Młodszy pisze w swych Listach: „tych los prowadzi, którzy się nie opierają, zaś tych, którzy się opierają – siłą wlecze”. I jego los wlókł i „czołgał” na różne sposoby. Historia jego wieloletniej choroby jest na swój sposób heroiczną historią zmagań z życiem, z życiem, które, jak wiadomo, jest chorobą śmiertelną. Najwięcej wie o tym Jola, jego nieustraszona towarzyszka życia, żona, opiekunka i przewodniczka, matka Marty. Była światłem jego życia, nawet wtedy, gdy wszystkie inne zgasły. Bez niej Jacek nie mógłby sobie pozwolić na „nieliczenie się z logiką faktów”, na bezkompromisowe zmagania o swoje sprawy, na ślęczenie po nocach nad projektami . Bez niej Jacek nie mógłby ocalić siebie i swojej pracy, bez niej Jacek nie mógłby nas obdarzyć swoją przyjaźnią i uwagą. Trudno się oprzeć wrażeniu, że Jola wciąż go wspiera. Nawet wtedy, gdy Jacek przeszedł na tamtą stronę. Wczoraj na cmentarzu to ona pocieszała żałobników licznie zgromadzonych nad grobem Jacka, to ona z wielką odwagą i dzielnością stawała wobec jego śmierci, tak jak wcześniej dzielnie stała przy nim za życia. Dzieliła się z nami światłem, którym niegdyś tak hojnie obdarzała Jacka.

           A teraz kolei na nas. Założony na stronie Salonu24 blog powinien zazielenić się tekstami i zdjęciami, które pozwolą nam Jacka lepiej pamiętać, pozwolą ocalić od zapomnienia duże i drobne sprawy, dla których żył Jacek Królak.

 

Łukasz Gałecki

Jeśli ktoś chciałby zamieścić tekst na tym blogu proszę o przysłanie go pod adres: wspominamyjacka@gmail.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości