Mistrz, autorytet, nauczyciel, przewodnik - jak najbardziej, ale Jacek był także uczniem. Wiele nas wszystkich nauczył i bardzo wiele wziął też od nas. Każdemu, kogo dopuścił blisko, ufał. Słuchał nas, radził się nas i liczył się z naszym zdaniem. Miał w nas ekspertów od dowcipu, wina, muzyki, grafiki, wiary, niewiary, wszystkiego, co było dla Niego ważne. Mnie dawał czasem do oceny swoje teksty. Czułam się ważna i mądra, tym ważniejsza i mądrzejsza, że pisał świetnie. Wiedział o tym doskonale, ale potrzebował potwierdzenia. Pękałam z dumy, że szukał go u mnie. Przez kilka lat żyliśmy wszyscy (mogę tak chyba napisać?) w cudownej symbiotycznej utopii, która dodawała nam mocy i polotu. Tę moc i polot wydobywał z nas Jacek - dając i biorąc.
Jacek był bardzo mocnym człowiekiem. Najmocniejszym, jakiego znam. A ja wobec Jego mocy byłam bezsilna. Trochę się złościłam, a kiedy dotarło do mnie, jak duży ma wpływ na moje życie, zbuntowałam się. Ciekawe, po co? Teraz, kiedy go nie ma, wracają różne obrazy. Oglądam je, bogatsza o późniejszy kontekst, może trochę mniej głupia, i widzę, o co mu chodziło. Ratował mnie przed moimi kretyńskimi wyborami, w dodatku - jak mi wstyd - odwołując się do najbardziej oklepanych literackich klisz. Wiedział jak mnie podejść - jak zresztą każdego, komu kibicował. Zapraszał mnie do gry, a ja tę grę podejmowałam. W swojej próżności myślałam, że jesteśmy równi, w swoim przewrażliwieniu nie widziałam, jak dobrze mi życzył. Żałuję dziewięciu lat, które przeżyłam z daleka od Niego, choć był przy mnie cały czas. Rozłąka pokazała, że był dla mnie bardzo ważny. Zobaczyliśmy się tuż po świętach Bożego Narodzenia, jechałam na spotkanie z ogromną obawą, a było tak, jakbym wróciła do domu. Czekał na mnie i poświęcił mi dużo czasu, a na pożegnanie powiedział, żebym Go odwiedzała. Nie przyszłam, bo w swoim przewrażliwieniu uznałam to za grzecznościową formułę - a przecież najchętniej zostałabym tam z Jolą, Martą i Jackiem na stałe. Przyśnił mi się w pierwszych dniach marca. To był bardzo wyraźny sen. 10 marca zobaczyłam Go ostatni raz - dzięki Tobie, Jolu. Nic mi już nie powiedział, więc uznaję grudniowe zaproszenie za ostatnie słowo.
Wymknął nam się Jacuś cichaczem, jak to miał w zwyczaju, ale tylko na chwilę. Przyjmuję zaproszenie, już nie do Jego gabinetu, ale do tej - niech będzie klisza - nieobecnej w atlasach krainy. Wyruszę tam kiedyś bez obawy i z taką samą pewnością, z jaką wyruszyłam 15 lat temu do Nieporętu. Wtedy, kiedy uratował mnie pierwszy raz.
Madzia Łobodzińska
Jeśli ktoś chciałby zamieścić tekst na tym blogu proszę o przysłanie go pod adres: wspominamyjacka@gmail.com
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Rozmaitości