Wspominamy Królaka Wspominamy Królaka
643
BLOG

Łobodziński o Królaku2: Jeśli był początek, to taki

Wspominamy Królaka Wspominamy Królaka Osobiste Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

           W tym fenomenie, jakim stał się Jacek dla swoich znajomych, najbardziej uderzające jest, jak wszyscy chcemy przypisać samym sobie ważne miejsce w Jego życiu. Podczas tłumnego spotkania przyjacielskiego, które Jola i Marta urządziły po pogrzebie, niejednokrotnie słyszałem, jak przybyli licytują się, kto był bliżej. I choć jest to rodzaj lansu, wcale mnie on nie dziwi i nie razi. Przeciwnie, to najpiękniejsze mauzoleum, jakie można postawić człowiekowi podczas trącania się kieliszkami. Z tych wyścigów towarzyskich wyłania się potrzeba, by choć trochę ogrzać się jeszcze w Jego świetle. Jacek był dla nas absolutnym przeciwieństwem obciachu, wstydliwego epizodu. Dla mnie wciąż pozostaje jednym z najpiękniejszych zdarzeń z życiu.

Zdarzeń, złożonych z kawalątków, które były przecież różne. Czasem oślepiał aureolą wiedzy i mądrości, czasem ramię w ramię współtworzył chwilę, czasem szedł w takie maliny, że ręce można było załamać.

Przez lata byłem od Niego uzależniony. Chwilę po pożegnaniu już tęskniłem, już myślałem o tym, kiedy znów się spotkamy. Czy wytrzymam do następnego piątku, czy już najbliższego wieczora pogadamy przez telefon. Wszedł we mnie do tego stopnia, że samo słowo „Jacek” ma dla mnie jedno znaczenie. Inni ludzie o tym imieniu muszą mieć jeszcze jakieś nazwiska. Jacek jest jeden.

A początki nie były wcale łatwe. Przez bodaj rok moi przyjaciele Marek Karlsbad i Jarek Gugała wynajmowali wspólnie mieszkanie na warszawskich Piaskach, na rogu Literackiej i Broniewskiego. Pewnego dnia Marek zdecydował się zamieszkać gdzie indziej, a na jego miejsce wszedł polecony przez Maćka Strzembosza jego kumpel. Znali się z polonistyki, ale kumpel przeniósł się już w tym czasie na ukochane malarstwo na ASP.

Potem zaczęły dochodzić anegdoty o tym kumplu. Że cholernie oczytany, ale trochę go ciągnie do menelskiego trybu życia. Że znerwicowany. Że kurewsko dowcipny. Jarek był olśniony, że ktoś taki wprowadził się do niego, szybko też wokół mieszkania na Broniewskiego zaczęła tworzyć się mgławica towarzyskich układów planetarnych. Raz poszedłem na jakieś spotkanie, ale rejwach był taki, że trudno cokolwiek było sądzić. Nie miałem pojęcia, że ten szczupły facet z ostrym nosem i uważnym spojrzeniem będzie moim demiurgiem. Rozeszło się. Potem znów spotkaliśmy się w gronie kilku osób. Jacek oceniał obrazy, które szykowano na sprzedaż w prywatnej galerii. Rzucał krótkie, klasyfikujące, lekko pogardliwe określenia, okraszając je cytatami z piosenek, powieści, historii. Uznałem, że się go boję. Nie odzywałem się, żeby mnie nie wyśmiał – albo, co gorsza, żeby mnie nie zignorował. Za mocny, za bardzo wyśrubowany w swoich przemyśleniach. My tu młodzi, wciąż się uczymy, a on, niby student, tymczasem mógłby już być profesorem. Dlatego mentalnie nie dopuszczałem go do bliskiego kręgu. Fizycznie sam o to nie zabiegał. Gadaliśmy potem częściej, ale to wciąż nie był mój kumpel. Była chyba jesień Orwellowskiego 1984 roku.

Aż doszło do koncertu Zespołu Reprezentacyjnego, na który zaprosiliśmy mnóstwo osób, śpiewaliśmy bardzo długi program piosenek Lluisa Llacha. Pieśni buntowniczych, zadziorno-poetyckich protest-songów. To był 3 marca 1985 roku. Podczas koncertu, przed i po Studio Video-Remont kręciło dokument. Zaproszeni przed kamerę ludzie byli tam pytani przez Maćka Strzembosza, czym są dla nich pieśni Llacha, co lub kogo reprezentuje Zespół Reprezentacyjny i po co w ogóle piosenka literacka, studencka. Indagowani odpowiadali zgodnie z przekonaniem. I nagle kamera dojechała do Jacka Królaka. „Co lub kogo reprezentuje Zespół Reprezentacyjny?” Jacek uśmiecha się z przekorą i mówi „Nie wiem”. „A co to jest piosenka studencka?” „Nie mam pojęcia”. „Po co nam są katalońskie pieśni?” „Po nic… Niczemu nie służą”. Rozgląda się z rozbawieniem i jakby zażenowaniem (choć to mogła być wszystko inscenizacja). Maciek mówi: „Już”, a Jacek do kamery: „Ty jeszcze mnie filmujesz, cały czas?” Kiedy to obejrzałem, pokochałem Go. Dotarło do mnie, jak bardzo zakpił sobie z naszego nabzdyczenia, samozadowolenia, górnolotności. Przekłuł balon.

Niedługo potem dowiedziałem się, że ja sam Go już wcześniej intrygowałem. Tyle że żadna w tym moja zasługa. Okazało się, że Jego Mama miała panieńskie nazwisko Łobodzińska. Wprawdzie moja rodzina związana była z Łodzią, a Jego – z Częstochową, trudno więc byłoby uważać się za krewnych, ale nawet tak wątły pretekst mógł się przydać. I się przydał.

Jeśli ktoś chciałby zamieścić tekst na tym blogu proszę o przysłanie go pod adres: wspominamyjacka@gmail.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości