Wspominamy Królaka Wspominamy Królaka
620
BLOG

Łobodzinski o Królaku4: Czytanie, gadanie

Wspominamy Królaka Wspominamy Królaka Osobiste Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

           Dużo czasu w życiu zabałaganiłem, zamiast czytać ważne książki. Cynik powie, że nie ma ważnych książek, są tylko kompleks niższości i propaganda salonu. Może. Sam dziś, gdy od kilku lat staram się nadrabiać zaległości i raczej nie marnować czasu na błahe lektury, wierzę, że czasu nie tracę. Ilekroć mam w perspektywie wyjście na spotkanie towarzyskie, długo sam siebie przekonuję, że warto. Wolę posiedzieć z książką.

Rzecz w tym, że kiedyś, spędzając czas w towarzystwie, też go nie marnowałem. Te spotkania też mnie budowały, też czułem się po nich może czasem napity, ale też nieco lepszy niż przedtem. Ale spotkanie musiało mieć jeden element, żeby spełniać ten warunek. Musiał być na nim też Jacek. On był jak książka albo raczej cała biblioteka. I jeszcze do tego piaskownica, koszary i pub. Dla mnie był idealnym kompanem do towarzyskiego ględzenia, picia, odkrywania nowych dzieł, piosenek, powiedzonek.

Pamiętam, jak jesienią 1986 roku, będąc w wojsku, udało mi się zdobyć zezwolenie na nocowanie w domu. Jednostka mieściła się w podwarszawskiej Wesołej. Późnym popołudniem wsiadałem w elektryczny, dojeżdżałem do Śródmieścia, tramwaj na skrzyżowanie Niepodległości i Wawelskiej i byłem w domu. Po drodze – bywało – kupowałem butelkę wódki, szykowałem może coś do żarcia, dzwoniłem do Jacka i mówiłem: „Jestem”. Odpowiadał równie zwięźle: „Będę” i po godzinie stał już w przedpokoju, ze śmiechem patrząc na pusty stół, flaszkę i dwa kielonki.

Raz zapędziliśmy się z tą flaszką do późna, poszliśmy na metę na Plac Zbawiciela po następną. I gdzieś koło trzeciej nad ranem postanowiliśmy zadzwonić dla kawału do telefonu zaufania. W mieszkaniu były dwa aparaty telefoniczne do jednej linii, więc mogliśmy rozmowę z panią dyżurną prowadzić jednocześnie. Coś, co zaczęło się jako kawał, skończyło się po dwóch godzinach. Prowadziliśmy pasjonującą dyskusję na trzy gęby, z czego dwie nasze broniły takich drobiazgów, jak wolność słowa i twórczości, a jedna – pani z TZ – broniła z kolei systemu. Jacek czasami rozmawiał z nią sam, a ja biegałem do regałów z książkami, szukałem cytatów i dostarczałem argumenty. Mieliśmy wówczas o świcie przekonanie, że telefon zaufania ma ideologicznie betonowe, jeśli nie wręcz ubeckie fundamenty. Do jednostki pojechałem niewyspany, jeszcze pijany, podniecony, ale szczęśliwy.

Takich tête-à-tête było jeszcze kilka. Każde, jak i każda rozmowa w szerszym gronie, podobne było do czytania książki. Książki szczególnej, bo interaktywnej. Jacek tak samo łapczywie słuchał, co inni mieli do powiedzenia, każde spotkanie wtedy traktował jak przygodę. Potrafił coś, czego wielu nie umie – otwarcie przyznać, że czegoś nie wie, nie zna, chętnie pozna.

Ale ten swój parnasizm łączył niebywale z jarmarkiem, z dosadnym dowcipem, z kultem absurdu i konceptu, szczególnie językowego. Dlatego też tak zachłannie rzucił się na scrabble’a, gdy ta gra pojawiła się w towarzystwie, i tak nas irytował godzinnym zastanawianiem się nad kolejnym słowem, bo chciał ułożyć coś niezwykłego zamiast banału.

O Jego wrażliwości na język można by napisać rozprawę. O tym, jak czujnie wsłuchiwał się w dyskurs ludzi poturbowanych intelektualnie. Był czas, gdy Jacek oglądał beznadziejne programy telewizji śniadaniowej, żeby podsłuchać i podpatrzeć, jak ludzie tam występujący wciskają się w mentalne gorsety i coś tam bredzą.

Opowiadał też o znaleziskach – takie także miał lektury – w sferze nikiform. Nikiformy (termin ukuty przez Edwarda Redlińskiego) to wszelkie pisane ready-mades, które wyjęte z kontekstu stają się specyficzną poezją. Jadłospisy, pamiętniki zwykłych ludzi, wpisy do ksiąg pamiątkowych… Kiedyś znalazł pamiętnik jakiegoś niepełnosprawnego intelektualnie sąsiada, w którym był np. wpis: „Widziałem nyskę”. Albo kalendarz, leżący w wykopie, gdzie na przestrzeni całego roku pod jedną datą było tylko jedno samotne słowo: „Robiłem”. Takie skarby traktował jako dowody na to, że świat jest tragicznie wprost zabawny i komicznie smutny. Śmiał się, ale nie było w tym drwiny, raczej z trudem maskowane przekonanie, że to świadectwa równie wiele mówiące o nas, jak Deklaracja Niepodległości czy Dżuma.

Od kilku lat właściwie nie bywam na spotkaniach towarzyskich. Prawda jest brutalna i dla wielu wspaniałych, kochanych przeze mnie ludzi pewnie krzywdząca: jeśli nie ma Jacka, nie ma dla mnie przyjemności. To pewnie kiedyś minie, pewnie wrócę kiedyś z tego zdziczenia, jeśli ktokolwiek jeszcze będzie chciał, żebym wrócił… Na razie wolę czytać, bo to jest jakaś namiastka Jacka.

I nie przeszkadza mi dojmujące przekonanie, że trzymam książkę, którą On już dawno przeczytał i przemyślał.

Jeśli ktoś chciałby zamieścić tekst na tym blogu proszę o przysłanie go pod adres: wspominamyjacka@gmail.com

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości